Święto MB Siewnej

Cytat 1, źródło: opoka.org.pl/biblioteka/T/TA/TAL/mb_siewna.html:

„W polskiej tradycji ludowej Matka Boża, której pamiątkę narodzenia obchodzimy 8 września, jest postrzegana jako patronka jesiennych siewów i dlatego nazwano Ją Siewną. (…) 

Zgodnie z tradycją w dniu 8 września błogosławi się ziarno przeznaczone na siew. W modlitwie błogosławieństwa prosimy: „ Boże, Ty sprawiasz, że wszystkie nasiona wpadłszy w ziemię obumierają, aby wydać plony, które dają radość siewcy i chleb głodnemu. Prosimy Cię, pobłogosław te ziarna i inne nasiona, zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźniaj rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony. Spraw też, abyśmy za przykładem Najświętszej Maryi Panny, która słuchała słowa Twojego i strzegła owocnie w sercu, przynosili plon stokrotny przez naszą wytrwałość w pełnieniu Twojej woli. Udziel nam tego przez zasługi Najświętszej Dziewicy, której narodziny dziś obchodzimy”. Dawniej polscy rolnicy do pobłogosławionego w dniu 8 września ziarna dodawali ziarna wyłuskane z wieńców poświęconych w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, aby uprosić sobie dobry urodzaj. W niektórych stronach Polski rolnicy przed siewem kropili swoje dłonie woda święconą. Pierwszą garść poświęconego zboża rzucali w rolę w formie znaku krzyża, dodając: „W imię Boskie” (O. Kolberg).”


Cytat 2, źródło: niedziela.pl/artykul/72019/nd/Matki-Bozej-Siewnej:

„W naszej Ojczyźnie święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w szczególny sposób upodobał sobie wiejski lud, nazywając je świętem Matki Boskiej Siewnej. Był bowiem taki dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i po przygotowaniu pól zaczynano jesienny siew:

Gdy o Matce Bożej zasiano,
To ani za późno, ani za rano.

To święto kościelne staje się również tematem dla poetów. Poświęca mu jeden ze swoich wierszy Józef Skóra. W wierszu: Matka Boża Siewna pisze:

Idzie Matka Boska Siewna
po jesiennej roli,
wsiewa ziarno w ziemię czarną
w złotej aureoli.
Rzuca swe płomienne blaski
na pola i sioła,
Miłosierna, pełna łaski
patrzy dookoła…

W święto Matki Bożej Siewnej, jak każe dawny zwyczaj, rolnicy przynoszą ziarno przeznaczone na tegoroczny zasiew. Kapłan, poświęcając je, wypowiada następującą modlitwę: „Boże, Ty sprawiasz, że wszelkie nasiona wpadłszy w ziemię obumierają, aby wydać plon (…). Prosimy Cię, pobłogosław te ziarna zbóż i inne nasiona. Zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźnij rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony. Spraw też, abyśmy za przykładem Najświętszej Maryi Panny (…) przynosili plon stokrotny przez naszą wytrwałość w pełnieniu Twojej woli”.

I tak zaorane zagony czekają na przyjęcie nowego daru – ziemia wkrótce otrzyma nowe ziarno; ono jeszcze przed nadejściem zimy uraduje nasze oczy zielenią. Na wiosnę ziarno przygarnięte przez ziemię, wraz z całą naturą, wybuchnie bogatym wzrostem. Pod koniec lata znów uraduje nas plonem stokrotnym.”


Cytat 3, źródło: polskokatolicki.pl/RODZINA/2012_09/08_wrzesnia_MB_Siewnej.htm:

„W Polsce święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ma także nazwę Matki Bożej Siewnej, Był bowiem dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól, brano się do orki i siewu. Lud chciał najpierw, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła Boża Rodzicielka. Do ziarna siewnego mieszano ziarno wyłuskane z kłosów, które były wraz z kwiatami i ziołami poświęcane w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, by uprosić sobie dobry urodzaj. Na Podhalu święto 8 września nazywano Zitosiewną, gdyż tam sieje się wtedy żyto. W święto Matki Bożej Siewnej urządzano także dożynki.

Gdy o Matce Bożej zasiano, To ani za późno, ani za rano.”


Cytat 4, źródło: muzeum-radom.pl/gazeta-kufer/wokol-tradycji/swieto-matki-boskiej-siewnej/475

„8 września to w kalendarzu liturgicznym dzień Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, natomiast w tradycji ludowej obchodzony jest jako święto Matki Boskiej Siewnej. Jest ona patronką zasiewów, ozimin i jesiennych prac polowych. Wierzono dawniej, że właśnie wtedy Matka Boska przechodzi przez zasiane pola i błogosławi je, dzięki czemu będą obfite plony.
Pierwszej orce oraz pierwszemu zasiewowi oraz sadzeniu towarzyszyły różne obrzędy agrarne. Były one przejawem troski o plony, miały zapewnić przyszłoroczny urodzaj.
Do siewnego ziarna dosypywano ziarno wyłuskane z kłosów święconych w bukietach w święto Matki Boskiej Zielnej. W niektórych okolicach słomę po wykruszonych ziarnach zakopuje się przed siewem na początku zagonu – zarówno przy siewie zboża ozimego, jak jarego. Dodawano też ziele poświęcone w oktawę Bożego Ciała, bazie z palm wielkanocnych lub ziarno z wykruszonego wieńca dożynkowego. Miało to zapewnić urodzaj, zabezpieczyć zboża przed myszami, robactwem,  wszelkimi nieszczęściami. Całe ziarno przeznaczone do siewu kropiono święconą wodą, a rozpoczynając siew gospodarz rzucał pierwsze jego garście  na krzyż i ręką kreślił w powietrzu znak krzyża. Zapewniał sobie w ten sposób – jak wierzono – błogosławieństwa Boże, a tym samym obfite plony, ochronę przed gradobiciem, suszą i nadmiarem deszczu.
Na Matkę Boską Siewną zła to gospodyni, która lnu z wody nie wyczyni.
Panna się rodzi – jaskółka odchodzi;
Gdy na Siewną jest błękitnie, wtedy pięknie wrzos zakwitnie.
Prace polowe kończyły się późną jesienią – należało uporać się z nimi przed nastaniem Adwentu. „
Święto MB Siewnej

Zwyczaje wielkanocne w województwie śląskim

„Palenie żuru, wypędzanie Judasza, czy procesje konne to tylko niektóre z nierzadko zapomnianych już zwyczajów wielkanocnych.

Jak bardzo różnorodne pod kątem tradycji jest województwo śląskie, nie trzeba przekonywać jego mieszkańców. Tym, co o podobieństwach i różnicach w regionie wiedzą niewiele, polecamy przejaźdźkę wielkanocym tramwajem. Do 26 kwietnia można w nim zobaczyć, co dzieli a  co łączy Ślązaków i Zagłębiaków.

Wspólna święconka i adoracja przy grobie

Wszędzie święcono palmy, pokarmy, zdobiono jajka, obmywano się w wodzie, adorowano grób pański. Palmy zagłębiowskie bywały bardziej okazałe, zdobione bibułą i kwiatami. Wszędzie popularne było kraszenie jajek w cebuli czy w młodym zbożu. Śląsk zasłynął z jajek drapanych, a Zagłębie – ze względu na obfitość sitowia – oklejanych tym surowcem.

Konia z rzędem

Na Śląsku do dzisiaj (m.in. w Pietrowicach Wielkich, Bieńkowicach i Sudole oraz Ostropie k. Gliwic) zachowały się, mające odległą tradycję, wielkanocne procesje konne połączone z modlitwą o dobre urodzaje. W Poniedziałek Wielkanocny zaraz po południu przed kościołem formowała się procesja. Na jej czele jechali trzej młodzieńcy (jak nakazuje tradycja – wyłącznie kawalerowie) z krzyżem procesyjnym. Za nimi pozostali jeźdźcy. Procesja trwa około czterech godzin, z krótką przerwą na poczęstunek. Po wyjściu z kościoła wierni zdejmowali  z siebie wieńce i starali się tak nimi rzucić, aby zawisły na krzyżu misyjnym – ten kto pierwszy zawiesił swój wieniec na krzyżu jeszcze w tym samym roku stanie na ślubnym kobiercu.

W oczekiwaniu na Wielkanoc, czyli Wielki Tydzień

W tradycji ludowej każdy dzień Wielkiego Tygodnia ma swoje znaczenie:

Wielka Środa zwana też żurową strzodą jest pierwszym dniem Wielkiego Tygodnia, które ma własne zwyczaje ludowe. Na Śląsku są to: palenie żuru (palenie skoczek, skrobaczek) i wypędzanie Judasza.

Przesądem związanym z Wielką Środą było przekonanie, że podczas wieczornego dojenia krów  na zwierzęta nie może paść światło, bo wtedy zmadrzeją i nie będą dawać mleka.

Z Wielkim Czwartkiem wiązało się szereg wierzeń i przesądów. Popularne było przekonanie o szczególnej aktywności czarownic odbierających pożytek z bydła. Dzień był dogodny do uprawiania białej magii, np. przepędzania kretów. Dobrze było siać  jęczmień i len, ale nie można było wywozić na pole obornika. Nie wolno było zmieniać pościeli, bo w domu zalęgłyby się pchły.

Wielki Piątek był najbogatszy w obrzędy i przesądy ludowe. Duża ich część związana była z obrzędowością kościelną, szczególnie wtedy rozbudowaną i oddziałującą na wyobraźnię ludu. Powszechnie praktykowanym i starym zwyczajem było obmywanie się w rzece, strumyku, czy stawie. Woda miała działanie przede wszystkim zdrowotne: skóra po umyciu miała być miękka, cera piękna i bez piegów.

Skuteczne miało być wielkopiątkowe rzucanie uroku, aby więc się przed nimi ustrzec należało do wypowiadanych pochwał dodawać „bez uroku”. W tym dniu nie wolno było niczego z domu sprzedawać, bo majątek by się zmarnował.

W Wielki Piątek można było również stawić horoskopy pogodowe: grzmot lub deszcz oznaczał urodzaj, a zwłaszcza dużo paszy dla bydła, deszcz zapowiadał też rok suchy i na odwrót – pogoda wróżyła mokry rok, dobry urodzaj zapowiadała też poranna rosa na szybach lub drzewach, mróz w nocy – dobre sianokosy, a mróz w dzień obfity zbiór fasoli, wycie psów – bogate roje pszczele.

Do tradycyjnych obrzędów w Wielką Sobotę należy święcenie ognia, wody oraz potraw przygotowanych na święta. Poświęcenie „nowego ognia” symbolizującego światło Chrystusowe zostało przyjęte przez kościół z dawnych zwyczajów pogańskich.

Drugim obrzędem mającym miejsce w Wielką Sobotę w czasie nabożeństwa jest święcenie wody. Woda stosowana była w magii leczniczej, „deszczowej” i w zabiegach oczyszczających. Święci się nią w czasie świąt wielkanocnych izby, potrawy, obejścia, a nawet pola. Używało się jej również przy narodzinach i przy śmierci, gdyż przypisuje się jej cudowne właściwości i moc odpędzania zła.

Wielka Sobota od średniowiecza była dniem święcenia potraw wielkanocnych. W przemysłowej części Górnego Śląska święcone nie było znane.

Wielkie wielowyznaniowe świętowanie

Śląscy i zagłębiowscy wyznawcy religii prawosławnej przybywają na uroczystości Wielkiego Tygodnia do cerkwi pw. świętych Wiery, Nadziei, Luby i ich matki Zofii w Sosnowcu. Obchodzą Wielkanoc zawsze po świecie żydowskiej Paschy. W tym roku święta wielkanocne przypadają w tym samym czasie dla wyznawców religii katolickiej, jak i prawosławia. Kolejny wspólny termin będzie dopiero za ponad dziesięć lat.

Uroczystości Wielkiego Tygodnia wyglądają w obu wyznaniach podobnie. W cerkwi nie buduje się tylko grobu z figurą Chrystusa lecz na podwyższeniu, symbolizującym grób, sytuuje się płaszczenicę – haftowany całun z wyobrażeniem Chrystusa w grobie. Pokarmy, takie same jak w kościele katolickim, święci się zazwyczaj w nocy, po uroczystości Zmartwychwstania. Nabożeństwo Wielkiej Nocy rozpoczyna się o północy, wtedy to płaszczenicę przenosi się do ołtarza, a wierni w uroczystej procesji okrążają cerkiew.

Wielkanoc czas zacząć…

Z niedzielą wielkanocną wiążą się rozmaite wierzenia. Należą do nich m.in. zwyczaj ścigania się furmanek wiozących gospodarzy z rezurekcji. Popularny w innych regionach Polski zwyczaj dzielenia się jajkiem i składania sobie życzeń tuż przed śniadaniem wielkanocnym nie był na Śląsku powszechnie znany, praktykowano go jednak w wielu wsiach Opolszczyzny. Jajko dzielił z reguły gospodarz, ojciec rodziny, współcześni czyni to zwykle gospodyni. Każdy z domowników otrzymywał cząstkę jajka.

Śląskie dzieci mogą mówić o sporym szczęciu – tylko w naszym regionie czekają na łakocie, które przynosi im zajączek.

Co na wielkanocnym stole?

Najdawniejsze wzmianki dotyczące stołu wielkanocnego mówią o chlebie, soli, jajkach, wędzonce, chrzanie i winie oraz specjalnie pieczonych ciastach (struclach i babach zwanych buchetkami).  Później pojawiły się baranki albo zające z ciasta i wielkanocny wieniec. Nieraz pieczono po kilka lub kilkanaście małych zajączków, którymi obdarowywano dzieci chodzące po dyngusie.

Piecze się również wielkanocny wieniec, czyli drożdżową plecionkę, którą stawia się na stół wypełniony kolorowymi kroszonkami i ozdobiony gałązkami bukszpanu. Na każdym śląskim stole stały również kołacze, dawniej pieczone zwykle tylko z posypką, obecnie są jeszcze nadziewane serem, makiem, jabłkami itd.

Charakterystycznym pieczywem wielkanocnym są małe chlebiki, w które zawija się kawałki szynki lub kiełbasy, zwane szołdrami (na Górnym Śląsku – szczodrami lub sodrami). Tymi chlebkami obdarowywały dziewczęta (razem z kroszonkami) chłopców, którzy przychodzą po dyngusie.

Poniedziałek wielkanocny kontrastował swym charakterem z poprzednim dniem – w przeciwieństwie do poważnego nastroju niedzieli był on dniem zabaw i wzajemnych odwiedzin. Najbardziej znaną i praktykowaną po dziś dzień zabawą jest oblewanie wodą kobiet i dziewcząt (a więc „sił rodzących”) – zwyczaj bardzo dawny i popularny na całym Śląsku. Śmigus – dyngus był i jest różnie nazywany: dyngus, śmigus, śmirgust, sikacz, sikanie, lanie, oblewanie, lany poniedziałek. Jego początki sięgają pogaństwa, a były one elementem święta agrarnego.

Śmigus-dyngus

Obrzędowe oblewanie czy rozpryskiwanie wody miało charakter wegetacyjny i głębszy sens obrzędowy : sprowokowanie lub zaklęcie przyrody, aby sprzyjała ludziom i ich pracy na roli.

Obydwa terminy – śmigus-dyngus pierwotnie oznaczające odmienne zwyczaje (dyngusować – otrzymywać wykup, śmigus – uderzenie gałązka wierzbową i oblewanie wodą) od dawna przybrały wspólne znaczenie. Zwyczaje te faktycznie się połączyły, tzn. polewanie wodą i chłostanie (uderzanie) gałązkami oraz obdarowywanie polewających.

Smaganie „bacikiem” podczas dyngusu praktykowane w opolskim mogło polegać na „biciu” rózgami dziewcząt przez chłopców lub odwrotnie – w zależności od zwyczaju w danej wsi.

Dziewczęta obdarowywały oblewających ich kawalerów kroszonkami, których kolory i wypisane sentencje miały znaczenie informacyjne o zamiarach i nadziejach dziewczyny wobec chłopaka. Dyngus stawał się również okazją do rozpoczęcia oficjalnych zalotów. W ten sposób obrzęd nabierał dodatkowego znaczenia społecznego.

Tydzień po Wielkanocy – święto ku czci zmarłych.

Wtedy wierni udają się na groby bliskich. Zanoszą tam palmę poświeconą w Niedzielę Palmową oraz święcone jajko. Pozostają na cmentarzu cały dzień, by dzielić radość ze Zmartwychwstania z bliskimi zmarłymi.

źródła: redakcja InSilesia.pl, Muzeum Wsi Polskiej  „

Zwyczaje wielkanocne w województwie śląskim

Palenie Judasza

Autor: Łukasz Smyrski. Źródło: http://archiwum.wiz.pl/2000/00044000.asp

Artykuł pochodzi z „Wiedzy i Życia” nr 4/2000


Dla chrześcijan wszystkich obrządków święta Wielkanocy są okresem, gdy wciąż na nowo przeżywana jest śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Zanim jednak kapłani odprawią mszę rezurekcyjną, wierni uczestniczą w trzydniowym misterium. W Wielki Czwartek rozważają sceny ostatniej wieczerzy i Judaszowej zdrady, w Wielki Piątek towarzyszą Jezusowi w ostatniej wędrówce na Golgotę, by w sobotę wziąć udział w obrzędach święcenia ognia i wody, a w końcu zaśpiewać uroczyste alleluja.

Niedziela wielkanocna przypada w pierwszą niedzielę po pełni księżyca, po tym jak dzień równoważy się z nocą. Jest to zatem okres przesilenia wiosenno-zimowego, kiedy przyroda powraca do życia po zimowej przerwie. Czas przełomu tradycja ludowa uważa za szczególnie niebezpieczny. Wtedy uzewnętrzniają się w naturze siły, najogólniej mówiąc, nie sprzyjające człowiekowi. Dlatego zwłaszcza w tym okresie ludzie powinni się starać o pomyślność na następne tygodnie i miesiące. Stąd w kulturze ludowej, która z jednej strony jest wierna kalendarzowi naturalnemu, a z drugiej tradycji religijnej, w okresie wielkanocnym jest tak dużo obrzędów, zwyczajów i ceremonii służących nie tylko rozpamiętywaniu wydarzeń Męki Pańskiej.

Wiele obrzędów już zanika. Jednym z nich jest wieszanie, palenie i topienie kukły wyobrażającej biblijnego Judasza. Niegdyś zwyczaj bardzo rozpowszechniony, zwłaszcza w Małopolsce, dziś zachował się przede wszystkim w pamięci ludzi i nielicznych już, ostatnich żywych tradycjach w okolicach Przemyśla.

We wsi Pruchnik (województwo podkarpackie) tradycja palenia Judasza jest wciąż nieodłącznym elementem obrzędowości Wielkiego Tygodnia. Bierze w niej udział większość mieszkańców tej dużej wsi, ale w przygotowaniach do obrzędu uczestniczy tylko nieliczna grupa mężczyzn. Po wielkoczwartkowej liturgii, kiedy wszyscy udają się do swoich domów, oni zmierzają do gospodarstwa, w którym znajduje się przygotowana wielkich rozmiarów słomiana kukła.

Kiedy zapada noc, a wszelki ruch ustaje, rozpoczyna się pierwsza część obrzędu. Mężczyźni wynoszą kukłę Judasza z gospodarstwa i w skupieniu niosą ją przez uśpioną wieś. Orszak dochodzi do centralnego miejsca we wsi. Między kościołem a rynkiem na jednym z drzew w ciemności i bez zbędnych słów Judasz symbolicznie dokonuje żywota. Uczestnicząc w tej ceremonii, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z uzupełnieniem biblijnej sceny, a zarazem zasadą ludowej sprawiedliwości, która wbrew chrześcijańskiej etyce często nie pozwala pozostać winnemu bez zasłużonej kary.

Następnego dnia, w Wielki Piątek, wokół powieszonego Judasza od rana gromadzą się ludzie. Prysł już jednak nastrój powagi sprzed kilku godzin. Całe wydarzenie zaczyna nabierać cech widowiska. Wisząca kukła przede wszystkim śmieszy i bawi. I nic dziwnego – jej prostota, wyeksponowanie niektórych elementów ciała, charakteryzacja twarzy mają najwyraźniej rozbawić. Bawi więc wielkość samej kukły, jej twarz nawiązująca do semickiego wyglądu – Judasz przecież był Żydem – przede wszystkim nieproporcjonalny do reszty głowy nos, przypominający kształtem i kolorem fallusa. Judasz trzyma w ręku worek wypełniony drobno tłuczonym szkłem, którego pobrzękiwania przypominają ciągle o srebrnikowej zdradzie. Dzieci, które gromadzą się szczególnie licznie, nie szczędzą razów i kamieni wisielcowi, a także strzałów z broni napełnionej wodą.

Mimo tak widowiskowego i ludowego charakteru możemy doszukiwać się w całym wydarzeniu pewnych ewangelicznych analogii. Jak Poncjusz Piłat kazał umieścić tabliczkę na krzyżu z napisem Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski, tak na kukle wielkimi literami także wypisany jest rodzaj winy: Judasz zdrajca. Jak żołnierze szydzili z wiszącego na krzyżu Jezusa, tak społeczność Pruchnika drwi z powieszonego na drzewie Iskarioty.

Przed południem w pobliżu powieszonego Judasza gromadzi się coraz więcej ludzi oczekujących na osądzenie zdrajcy. Pomiędzy dziećmi przeciska się człowiek, który będzie pełnił rolę sędziego. Jest to postać z wioskowej społeczności, ale – jak mówią sami uczestnicy obrzędu – trochę inna niż wszyscy. Owa „inność” ma podkreślić niezwykłość całego wydarzenia. Podekscytowanie staje się coraz większe; pętla zostaje przecięta, a Judasz z wysoka spada na ziemię. Rozpoczyna się sąd. Sędzia wygłasza formułę: Judaszu, jak ty wydałeś za 30 srebrników, tak ja ci wymierzam 30 razów. I wśród głośnego liczenia zebranych trzydzieści razy uderza drewnianą pałą leżącą kukłę. Po tym porywają ją dzieci i ciągną po całej wsi, krzycząc i uderzając w nią kijami. Scena sądu powtarza się trzy razy: w miejscu, gdzie Judasz zawisł na drzewie, przed kościołem parafialnym i w rynku.

Teraz zaczyna się ostatni etap całego wydarzenia. Dzieci porywają Judasza i ciągną go poza wieś. Wszyscy zatrzymują się na moście. Sędzia podpala kukłę, a kiedy ogień ją trawi, zostaje zrzucona do rzeki. Zebrani tak szybko, jak pojawili się w tym miejscu, powracają do wsi obrzęd i widowisko zakończyło się. Wieczorem znów wszyscy spotkają się na wielkopiątkowym nabożeństwie.

Czym jest opisana tradycja – formą widowiskową, przejawem religijności czy przedchrześcijańskim reliktem? Wydaje się, że każda odpowiedź jest dobra. W swojej zewnętrznej postaci to niewątpliwie niezwykle widowiskowy element religijności ludowej. Znajdują się w nim jednak archaiczne pierwiastki, świadczące o dużo wcześniejszej genezie tego obrzędu. Zwróćmy uwagę na kilka z nich.

Początek wiosny jest okresem szczególnie nasilających się zabiegów magicznych, mających na celu obłaskawienie natury i zapewnienie letniego urodzaju. Podczas wieszania, palenia i topienia Judasza wiele czynności wskazuje na taką właśnie magiczną praktykę. Już sam fakt wypełnienia kukły słomą przypomina o jej „rolniczym” charakterze. Falliczny kształt nosa Judasza także nawiązuje do symboliki płodności. Wykorzystanie motywów fallicznych w tradycji ludowej jednoznacznie kojarzy się z pobudzaniem, wzrostem i wegetacją.

Etnografowie wskazują także na jeszcze jeden aspekt całego wydarzenia – ofiarę dla przyrody. Zasadniczą treścią całego obrzędu jest przecież symboliczne zabicie człowieka, dzieje się tak nawet dwukrotnie: najpierw przez powieszenie, bez żadnego dodatkowego rytuału jest to tylko wykonanie sprawiedliwego wyroku. Następnego dnia Judasz umiera po raz drugi, już na oczach całej wiejskiej społeczności. Kukła jest wynoszona poza granice wsi i dopiero tam palona i wrzucana do rzeki. Pojawia się zatem jeszcze jeden wątek interpretacyjny: ogień i woda. Te dwa żywioły w swojej symbolicznej postaci zawsze mają moc oczyszczającą i kojarzą się z możliwością kontaktu czy porozumienia z siłami z innego świata.

Wieszanie Judasza jest echem bardzo starej tradycji. Współcześnie niewątpliwie stało się obrzędem i zwyczajem o charakterze religijnym ma przecież przypominać sceny poprzedzające Mękę Chrystusa. Jednak sam nastrój uczestników obrzędu, powszechna wesołość towarzysząca paleniu i topieniu kukły Judasza ma jeszcze inny wymiar, przez uczestników obrzędu chyba już nie uświadamiany. Pod powłoką chrześcijańskiego zwyczaju skryły się starsze treści walki z naturą i prób jej przebłagania dzięki magii i składanym jej ofiarom. Wiadomo przecież, że wiele współczesnych obrzędów i zwyczajów ludowych jest schrystianizowaną formą dawnych rytuałów. Tak stało się też z opisaną, a zanikającą już Judaszową tradycją.


Mgr ŁUKASZ SMYRSKI jest doktorantem w Katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej Wydziału Historycznego UW.

Palenie Judasza

Wampiry

Autor: Łukasz Maurycy Stanaszek. Źródło: http://archiwum.wiz.pl/2001/01011200.asp

Artykuł pochodzi z „Wiedzy i Życia” nr 1/2001


Archeolodzy badający cmentarzyska znajdują niekiedy zagadkowe groby. Niezwykłe pozy zmarłych, brak niektórych części ciała – np. głowy – czy przebicie klatki piersiowej ostrym przedmiotem są niemymi świadectwami praktyk mających ochronić ludzi przed „wampirami”. Takie zabiegi stosowano jeszcze pół wieku temu…

Co to znaczy „wampir” i czym jest wampiryzm? Wedle wierzeń, wampir to duch lub ożywione ciało zmarłego, które wychodzi z grobu, błądzi nocą i wysysa krew ze śpiących, powodując ich rychłą śmierć. Odżywiając się witalną substancją osoby żywej, jej krwią, nie ulega rozkładowi, który jest normalnym następstwem śmierci. Wampiry uważano zazwyczaj za ludzi „z krwi i kości”, nie zaś za zjawy.

Słowo „wampir” pochodzi z języka prasłowiańskiego (bułgarskie vampir, polskie wąpierz, ruskie upir). Z języków słowiańskich rozpowszechniło się w całej Europie, a potem i na świecie. Na ziemiach polskich używano również innych określeń, m.in. upiór, wypiór, wąpierz, wampierz, strzyga, strzygoń, które zostały utrwalone w licznych nazwach geograficznych, jak np. Wąpiersk, Wampierzów, Strzygi.

U Słowian wiara w wampiry sięga co najmniej IV wieku n.e., a więc czasów, gdy stanowili oni jeszcze wspólnotę językową i kulturową. Świadczą o tym podobne opowieści o wampirach i sposobach walki z nimi, znane zarówno u Słowian Południowych (w Serbii, Chorwacji, Bułgarii), jak i Zachodnich (w Polsce, Czechach, Słowacji). Tak więc wampir jako sprawca zła ma bardzo długą historię i jest zlepkiem wierzeń, przesądów ludowych oraz wydarzeń, częściowo autentycznych, mających wytłumaczenie w medycynie.

Ludowe rozumienie sprawiedliwości domagało się, by złoczyńcę spotkała kara wieczna (wiarę w to podtrzymywała religia chrześcijańska). Dlatego też uważano, że ktoś, kto był wyrzutkiem społecznym za życia, pozostanie takim i po śmierci. Było zatem bardzo prawdopodobne, że wampirami „staną się” ludzie wiodący „żywot występny i rozwiązły”, jak również osoby, na których w chwili zgonu ciążyła klątwa lub przekleństwo. Mogli nimi zostać też fałszywi świadkowie, niewierzący, pochowani w sposób sprzeczny z nakazami religii (np. bez ostatniego namaszczenia, ostatniej spowiedzi), martwo urodzone dzieci z nieprawego łoża, dusze zmarłych dzieci, jak również dziewcząt i młodzieńców, którzy nie zdążyli użyć życia, co powodowało ich zawiść w stosunku do ludzi nim się cieszących. Wampirami stawali się także zamordowani lub zmarli śmiercią gwałtowną (topielcy, samobójcy, zmarli na zarazę).

Warto zwrócić uwagę na zbieżność w czasie relacji o pojawianiu się wampirów z atakami morowego powietrza. Przyczyną tego były wypadki choroby i gwałtownej śmierci kilku osób w jednej rodzinie, które napawały strachem pozostałych przy życiu członków grupy. W czasach średniowiecznych notowano w Europie Środkowo-Wschodniej liczne epidemie wampiryzmu, idące oczywiście w parze z epidemiami chorób.

Inspiracją wampirycznych opowieści mogły być też dość często zdarzające się przypadki przedwczesnego pochówku osób pogrążonych w transie kataleptycznym, zapaści pourazowej lub letargu. Rabusie grobów, którzy otwierali mogiły zaraz po pogrzebie, nierzadko byli świadkami przerażających scen. Rozpaczliwe próby wydostania się z zamknięcia, jakie podejmował żywcem pochowany, były przyczyną tego, że zwłoki znajdowano w nienaturalnych, konwulsyjnie wykrzywionych pozach, a dno trumny pełne było świeżej krwi.

Jak antropolodzy mogą dziś stwierdzić, że w jakimś grobie był pochowany „wampir”? Większość grobów „wampirów” zlokalizowana jest na peryferiach cmentarzy i brak w nich wyposażenia zmarłego (np. kabłączków, noży, paciorków), charakterystycznego dla pochówków z okresu wczesnego chrześcijaństwa. Zgodnie z obrządkiem pogrzebowym już w Polsce wczesnopiastowskiej na cmentarzyskach ciało zmarłego układano w pozycji wyprostowanej na wznak, głową w kierunku zachodnim. Groby „wąpierzy” różniły się od pochówków zwykłych śmiertelników, zwłoki spoczywały bowiem w nienaturalnej pozycji (innej niż powszechnie przyjęta), były niekiedy celowo uszkadzane (przebicie ciała lub odcięcie głowy zmarłego), przywalane kamieniami itp.

Od stuleci ludzie stosowali najrozmaitsze zabiegi antywampiryczne, zabezpieczające przed powrotem zmarłych do świata żywych. Zwłoki układano, np. na brzuchu, odcinano głowę „wampira” i kładziono ją między stopami – Polsce znany jest tylko jeden grób, ilustrujący taką praktykę unicestwiania „upiora”. Jest nim pochówek odkryty na cmentarzysku w Starym Brześciu Kujawskim w województwie kujawsko-pomorskim. Zwyczaj „kładzenia wampira na gębę” po to, „by się w ziemię wgryzał”, był wśród polskiego ludu bardzo rozpowszechniony.

Ciało „wampira” przebijano czasami ostrym przedmiotem. Opowieści o tym mają stary rodowód, m.in. biskup Burchard z Wormacji na początku XI wieku opisał przypadek wampiryzmu, gdzie zmarłe bez chrztu dziecko niewiasty chowały w miejscu tajemnym i przekuwały je drewnianym kołem, by z grobu nie wstało i ludzi nie dusiło.

Przedmiotem, którym przebijano ciało zmarłego, mogło być wszystko: zaostrzone kołki (najskuteczniejsze miały być osikowe), ciernie, zęby od brony, żelazne kolce, groty strzał, gwoździe. Z obszaru Polski znane są trzy groby, w których klatki piersiowe zmarłych przekłute zostały kołkiem drewnianym. Znajdowały się one na cmentarzyskach w Brześciu Kujawskim (województwo kujawsko-pomorskie), Buczku (województwo łódzkie) i Starym Zamku (województwo dolnośląskie).

Zapobieganie szkodliwej działalności strzygoni poprzez ścięcie im głowy było sposobem o bardzo długiej historii, ale i bardzo trwałym. Żywość ich przejawia się m.in. w opisanym w XX wieku zdarzeniu ze środkowej Polski, jak to pewien gospodarz zapadł w letarg, uznano go za zmarłego i położono do trumny. Późnym wieczorem, gdy stare kobiety śpiewały pobożne pieśni, nieboszczyk począł nagle się ruszać. Baby wyskoczyły z chałupy z przeraźliwym krzykiem, że to strzygoń. Zaalarmowano całą wieś. Początkowo nikt nie chciał wejść do domu. Później co odważniejsi mężczyźni, uzbrojeni w drągi, siekiery i widły, wpadli do izby, gdzie stała trumna. Zastali go siedzącego w trumnie i próbującego się z niej wydostać. Uderzony kłonicą w głowę, obsunął się z powrotem do trumny i więcej się nie poruszył. Ciało miał jeszcze ciepłe, a policzki zaróżowione. Nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że był to strzygoń. Na wszelki wypadek, aby nie wyszedł z grobu, postanowiono obciąć mu głowę. Zmarły nie próbował już więcej razy wydostać się z trumny…

Z opowiadań mieszkańców wielu okolic Polski wynika, że za bardzo stary i najpewniejszy sposób unieszkodliwienia „wampira” uważano położenie obciętej głowy między nogami, tak „aby nie mógł jej uchwycić rękoma”. Zwyczaj ucinania upiorowi głowy i umieszczania jej w tym miejscu zrodził się niewątpliwie jeszcze w czasach praindoeuropejskiej wspólnoty, o czym świadczą podobne do słowiańskich przypadki obchodzenia się z ciałem, pochodzące ze świata germańskiego. Zdarzały się tam jeszcze w latach 1561, 1617, 1732 – o czym można dowiedzieć się z odkryć archeologów – a w samym Berlinie trwały aż do XX wieku.

Obroną przed upiorami było także wkładanie nieboszczykowi do trumny sierpów, noży, gwoździ itp., aby wstając z grobu, pokaleczył się i nie mógł kontynuować swej wędrówki. Etnografowie wspominają o kaleczeniu pięt i przecinaniu pod kolanami ścięgien oraz o umieszczaniu ostrych przedmiotów w celu unieszkodliwienia upiora. Innym sposobem utrudniającym wyjście zmarłego było przywalenie go ciężkimi głazami (szczególnie okolic głowy, klatki piersiowej albo stóp).

Jednym ze skuteczniejszych i zwykle ostatecznych sposobów uratowania się przed powrotem zmarłego z zaświatów było unicestwienie go poprzez spalenie, gdyż wówczas nie mógł już opuścić grobu. W pewnej czeskiej kronice z XV wieku zanotowano dwa takie wypadki – w latach 1336 i 1344. Oto jeden z nich: „W Czechach […] we wsi Blow umarł pasterz Myślęta. Ten wstając co nocy chodził wokół po wszystkich wsiach, ludzi straszył, dusił i wywoływał. A gdy został kołkiem przebity, mówił szydząc: a to mi bardzo zaszkodzili, bo mi dali laskę, żebym się mógł psom opędzać! A gdy go odkopali, był wzdęty jak wół i ryczał strasznie. A gdy go rzucono w ogień, ktoś porwawszy kij wbił w niego, i natychmiast trysnęła krew jak z naczynia. Gdy został wykopany i włożony na wóz, ściągnął nogi ku sobie jak żywy, ale gdy go spalono, całe zło ustało”.

Wiara, że zmarli, wstawszy z grobów, napadają na ludzi i robią im krzywdę, była powszechna nie tylko na naszych ziemiach czy ziemiach innych Słowian, ale także w starożytnej Babilonii, Egipcie, Indiach, Chinach oraz w wielu innych częściach naszego globu. Korzeni wampiryzmu należy zatem szukać w mrokach paleolitycznych wspólnot pierwotnych. Potwierdza się też stara prawda, że archaiczne formy wiary bywają najtrwalsze i że później, już w innych kulturach, znajdują urodzajną glebę do bujnego rozkwitu. Krwawa idea wampiryzmu przetrwała do połowy XX wieku. A może w XXI wieku archeolodzy i antropolodzy stwierdzą, że jednak dłużej?

WAMPIR W KINIE

Większości współczesnych czytelników wampiry kojarzą się z filmami grozy, opartymi głównie na XIX-wiecznej powieści Brama Stockera pt. „Dracula”. Opisuje ona historię niejakiego hrabiego Vlada Draculi z rumuńskiej Transylwanii. Znakomitej adaptacji filmowej tej powieści dokonał Francis Ford Coppola (1992). Mniej lub bardziej szczęśliwie z tematem rozprawiali się także Neil Jordan („Wywiad z wampirem”), John Carpenter („Wampiry”) czy nasz rodak Roman Polański („Nieustraszeni zabójcy wampirów”).

Literatura, a później filmy stworzyły i upowszechniły w świadomości ludzkiej nowy obraz wampira jako postaci o kształcie nietoperza, demona wysysającego krew z pogrążonych we śnie kobiet. Wampir hollywoodzki ubrany jest w nienaganny, elegancki strój wieczorowy i pelerynę z wysokim kołnierzem. Od zwykłych śmiertelników zaś odróżnia się tym, że ma długie kły i paznokcie oraz potrafi zamieniać się w nietoperza.

Skojarzenie zachowań (tj. nocny tryb życia, picie krwi) legendarnego wampira z nietoperzem dokonało się dopiero w XVI wieku dzięki hiszpańskim konkwistadorom, którzy jako pierwsi mieli kontakt z nietoperzami-wampirami.

Na terenie Ameryki Środkowej i Południowej odkryto trzy gatunki nietoperzy-wampirów. Żywią się one krwią zwierząt domowych (krów, świń, koni); każdy dorosły osobnik dziennie wysysa jej około 5 łyżeczek.Postać powieściowego Draculi wzorowana była na postaci historycznej, żyjącym w XV wieku księciu Vladzie IV Tepesie. Był on jednym z najbardziej tajemniczych książąt rumuńskich, a z jego osobą łączy się wiele legend i przesądów. Urodził się w 1431 roku w mieście Sighisoara jako syn mołdawskiej księżniczki i gubernatora Transylwanii. Kiedy Vlad miał lat kilkanaście, jego ojca zamordowali wołoscy bojarzy. Od tej pory celem jego życia stała się zemsta na mordercach ojca. Dracula wbijał na pal, skalpował, gotował ludzi, obcinał głowy, oślepiał, palił, smażył, siekał, przebijał gwoźdźmi, grzebał żywcem, jak też obcinał uszy, nosy, kończyny i organy płciowe. Chociaż rządy Draculi opierały się na przemocy, stworzył on „prawo”, którego nikt nie łamał. Srogie kary za kradzież, morderstwo czy kłamstwo oczyściły tamtejszy region z wyrzutków społecznych.

Dracula zginął podczas walk niedaleko Bukaresztu, a jego ciało zostało pogrzebane w klasztorze w Snagov. Prowadzący w 1931 roku ekshumację grobu stwierdzili ze zdziwieniem, że trumny w grobowcu nie było…

ODMIEŃCY

W średniowieczu, a także później, powszechna była wrogość społeczności wobec wszystkiego co niezwykłe. Znalazła ona odbicie w głębokiej wierze, że ludzie starzy, biedni i kalecy mają naturalną skłonność do bycia czarownikami, a nawet wampirami. Z podobnych przyczyn za przyszłego upiora uważano, w zależności od czasu i miejsca, osoby o jakimś szczególnie wyróżniającym się wyglądzie, m.in. trwałym kalectwie – garbatych, kulawych, sparaliżowanych, z okaleczonym ciałem. Gigantyzm i karłowatość, zajęcza warga, owłosiona wewnętrzna strona dłoni, zrośnięte brwi, rude włosy, dwa rzędy zębów albo nadmiernie wysunięte do przodu kły, siność i opuchnięcie twarzy, nierówny oddech – także budziły lęk. Nie rozumiano wówczas stanów chorobowych osób cierpiących na gruźlicę, serce czy nadciśnienie tętnicze. Owo odmienne postrzeganie było związane ze stanami patologicznymi zachodzącymi w ciele „anormalnego osobnika” – niepokój lokalnych społeczności, dystansujący je od wszelkich odmieńców, wzbudzały też różnego rodzaju znamiona charakterystyczne dla danej choroby, np. kilaki. Tylko dokładna analiza antropologiczna szkieletu, służąca możliwie jak najwierniejszej identyfikacji cech osobniczych zmarłego – tzw. fenotypu – pozwala określić niektóre właściwości ludzi traktowanych zarówno za życia, jak i po śmierci w szczególny sposób przez ówczesną społeczność.


Mgr Łukasz Maurycy Stanaszek jest doktorantem w Zakładzie Antropologii Historycznej Uniwersytetu Warszawskiego

Wampiry

Święta noc

Autor: Renata Hryń-Kuśmierek. Źródło: http://archiwum.wiz.pl/2001/01123700.asp

Artykuł pochodzi z „Wiedzy i Życia” nr 12/2001


Wigilijnych potraw może być dwanaście, bo tylu było apostołów. Ale równie często przygotowuje się nieparzystą liczbę dań, pięć, siedem czy jedenaście. Im więcej, tym lepiej, tym obfitszy będzie nadchodzący rok.

Boże Narodzenie, w Polsce zwane także Godami, Godnymi lub Godnimi Świętami, Świętymi Wieczorami, Koladką, rozpoczyna wieczór wigilijny 24 grudnia, a kończy dzień Trzech Króli 6 stycznia. Podobnie jak wiele innych świąt i uroczystości religijnych, mają one bogatą obrzędowość ludową, która jest swoistym połączeniem rytuałów kościelnych i przedchrześcijańskich wierzeń, obyczajów, zabiegów magicznych.

„Wigilia Bożego Narodzenia była wielką uroczystością wspomina lata dzieciństwa wybitny pisarz i historyk Julian Ursyn Niemcewicz (1758-1841). – Od świtu wychodzili domowi słudzy na ryby […]. Dnia tego jednakowy po całej może Polsce był obiad. Trzy zupy, migdałowa z rodzynkami, barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, kucja dla służących, krążki z chrzanem, karp do podlewy, szczupak z szafranem, placuszki z makiem i miodem, okonie z posiekanymi jajami i oliwą itd. Obrus koniecznie zasłany być musiał na sianie, w czterech kątach izby jadalnej stały cztery snopy jakiegoś niemłóconego zboża. Niecierpliwie czekano pierwszej gwiazdy; gdy ta zajaśniała, zbierali się goście i dzieci, rodzice wychodzili z opłatkiem na talerzu, a każdy z obecnych, biorąc opłatek, obchodził wszystkich zebranych, nawet służących, i łamiąc go powtarzał słowa: „bodajbyśmy na przyszły rok łamali go z sobą””.

Z pewnością trudno byłoby uznać ten opis za powszechnie obowiązujący wzorzec wieczerzy wigilijnej. W zależności od regionu Polski, stanu, zamożności, tradycji lokalnej czy rodzinnej przygotowywano inne potrawy i obowiązywały inne zwyczaje. Wigilia chłopska różniła się od tej, którą zapamiętał Julian Ursyn Niemcewicz. W „Wigilii polskiej” (Warszawa, 1992) Barbara Ogrodowska opisuje potrawy przyrządzane na południowym Podlasiu: „jadało się barszcz z mąki żytniej lub barszcz buraczany, kaszę gryczaną („reczaną”) z sosem grzybowym, kapustę faszerowaną, kaszę jaglaną, kluski z makiem, pierogi z grzybami, soczewicą, jabłkami, śliwkami lub z farszem z siemienia lnianego, racuchy, kisiel owsiany oraz kutię, zwaną też kucią (gotowany pęczak lub pszenica z makiem i miodem)”. Ta ostatnia była główną potrawą wigilijną na całym wschodnim pograniczu. Na Kurpiach podawano m.in. śledzie, kapustę kwaszoną, kasze i kluski z makiem, zupę owocową z kluskami i miodem. Na ryby mogli sobie pozwolić jedynie bogatsi chłopi. Oskar Kolberg (1814-1890), etnograf i folklorysta, zapisał w tomie piątym swoich „Dzieł”, poświęconym ziemi krakowskiej: „po pierwszej gwieździe i łamaniu się opłatkiem, idzie na stół siemieniec (zupa lub rzadki brej) z pęcakiem (kaszą domową), groch, śliwy z kaszą lub gruszki, rzepa suszona i gotowana”.

Ale było też coś, co łączyło wszystkie polskie Wigilie: świąteczne zdobienie wnętrz, pora rozpoczynania postnej wieczerzy, zwyczaj dzielenia się opłatkiem i pozostawianie wolnego miejsca przy stole.

Zanim nadszedł dzień Wigilii, należało zrobić wielkie porządki. Szorowanie, mycie, odkurzanie, układanie rozpoczynano zwyczajowo w dzień św. Łucji 13 grudnia. Dlaczego wtedy? Może właśnie tyle trzeba było czasu, aby zdążyć z zakończeniem porządków, zanim zapadnie zmrok w dzień Wigilii? A może dlatego, iż dzień św. Łucji uważano za granicę „między tym co było, a tym co będzie”?

Wigilia Bożego Narodzenia była uważana za czas wyjątkowy, kiedy działy się cuda, wracał „czas początków”, a ziemia stawała się – choćby na krótko – rajską krainą. Panowało powszechne przekonanie, nie tylko w Polsce, ale także na Ukrainie, w Czechach czy Francji, że woda w rzekach, potokach i źródłach zamienia się wtedy w wino, miód, a nawet złoto. Jednak tylko niewinni i szczęśliwi ludzie mogli wiedzieć, kiedy nadchodzi ta chwila przemiany. O wierze w niezwykłe, lecznicze i ochronne właściwości „wigilijnej wody” może świadczyć nadal żywy wśród górali podhalańskich zwyczaj obmywania się w wodzie zaczerpniętej z potoku w Wigilię o północy.

Wierzono też, że w noc wigilijną budzą się pszczoły w ulach, pod śniegiem zakwitają kwiaty, także cudowny kwiat paproci, a zwierzęta mówią ludzkim głosem. Tego dnia i one były traktowane w szczególny sposób. Już po zakończeniu wieczerzy obdzielano zwierzęta, szczególnie bydło, opłatkiem i resztkami potraw. Ten zwyczaj zachował się jeszcze na przykład w niektórych wsiach sądeckich. Opłatki dla zwierząt były najczęściej kolorowe (żółte dla bydła, czerwone dla koni). Podczas wypiekania często dodawano do nich święcone zioła, które – jak powszechnie uważano – miały chronić bydło przed chorobami.

W całej Polsce znany był zwyczaj przywoływania na wigilijną kolację dzikich zwierząt, pod postaciami których miały się kryć dusze zmarłych: „Wilcosku, wilcosku, siądź z nami dziś do obiadu, ale jak nie przyjdziesz dziś, nie przychodź nigdy. Wróblęta ptasięta, chodźcie ku nam obiadować, a jak nie przyjdziecie, to nie przychodźcie cały rok”. Otwierano przy tym szeroko drzwi domu, kładąc na stole dodatkowe nakrycie, pozostawiając resztki potraw i okruchy opłatków. Ludzie prosili jednocześnie, aby po Wigilii dusze odeszły do swojego świata i nie szkodziły żyjącym.

W ten wyjątkowy dzień roku wszyscy zachowywali się inaczej niż zwykle. Zgodnie z tradycyjnym kalendarzem obrzędowym w Wigilię rozpoczynał się nowy rok. Dlatego, jak pisze autorka „Wigilii polskiej”: „Należało wstać wcześnie rano i szybko zerwać się z łóżka, aby przez cały rok zachować dobre samopoczucie, energię i rześkość. W tej samej intencji należało umyć się w rzece lub strumieniu albo w domu w miednicy, na dno której kładziono srebrny pieniądz; nie należało natomiast kłaść się w ciągu dnia, aby nie chorować i aby w lecie nie położyło się zboże. Nie wolno było niczego pożyczać sąsiadom, aby nie narażać się na utratę mienia. […] Pomimo obowiązującego ścisłego postu dobrze było w ciągu dnia zjeść trochę chleba maczanego w miodzie lub posmarowany miodem opłatek i napić się wódki, aby w ciągu roku nie brakowało nikomu jadła i napitku”.

W tym dniu żadne zachowanie człowieka nie było przypadkowe. Ponieważ dusze zmarłych mogły być gdzieś blisko, więc starano się zachowywać cicho i spokojnie. Duszyczki mogły się pojawić pod postacią zwierząt i ptaków, żebraków, pielgrzymów lub pozostać niewidzialne. Zanim więc ktoś usiadł na ławie lub stołku, musiał nań dmuchnąć i przeprosić duszę, która mogła właśnie tam przysiąść. Nie wolno też było na przykład pluć, wylewać brudnej wody, prząść, szyć, rąbać drew.

Przed Wigilią ozdabiano też dom. Ustawiano więc snopy nie młóconego zboża (zarówno w chłopskich chatach, dworach szlacheckich, jak i pałacach), rozścielano słomę na całej podłodze lub na stole, na obrus sypano ziarno, zawieszano przystrojone zielone jodłowe gałęzie (różnie je w Polsce nazywano: podłaźnik, podłaźniczka, sad, rajskie drzewko, boże drzewko) czy też co jest całkiem niedawnym zwyczajem stawiano ozdobioną choinkę. Każda z tych czynności odbywała się bardzo uroczyście, na przykład gospodarz, wnosząc do izby snopy zboża, składał życzenia „na szczęście”, „na zdrowie”, „na urodzaj i dobrobyt”, „na to Boże Narodzenie – co by się wam darzyło, mnożyło”.

Choinka jest dziś najczęściej spotykaną ozdobą domów w czasie świąt Bożego Narodzenia. Przywędrowała do Polski z Niemiec dosyć późno, bo na przełomie XVIII i XIX wieku. Początkowo błyszczała ozdobami tylko w domach mieszczan niemieckiego pochodzenia, z czasem trafiła do salonów polskiego mieszczaństwa i inteligencji. „Pod strzechy” choinka zbłądziła dopiero w XX wieku. Najpierw ozdabiano ją „światami” i gwiazdami z opłatka, jabłkami, orzechami, pierniczkami, ciastkami „z dziurką”, cukierkami. Później przybywało ozdób własnoręcznie wykonanych przez domowników z wydmuszek, piórek, słomek, kolorowego papieru. Teraz na choinkach pysznią się bombki o różnych kształtach i kolorach, błyszczące łańcuchy i lampki.

Dawniej do wieczerzy wigilijnej, zwanej też obiadem wigilijnym, pośnikiem, postnikiem, kutią, wilią, zasiadano, kiedy na niebie zabłysła pierwsza gwiazda. I tak jest nadal w wielu domach. Nadeszło święto. Przed rozpoczęciem kolacji wszyscy zgromadzeni łamią się opłatkiem, składając sobie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności. Ten zwyczaj, znany być może już w XVIII wieku, ma prawdopodobnie rodowód szlachecki, choć niektórzy uważają, że raczej mieszczański. Jeszcze na początku ubiegłego wieku nie znano go w niektórych częściach Pomorza, Warmii i Mazur.

Stół przykrywano obowiązkowo białym obrusem lub płachtą, pod które podkładano siano. Zostawiano jedno wolne miejsce, wolne nakrycie lub nie przeznaczone dla nikogo potrawy. W wielu domach ten zwyczaj nadal się pielęgnuje.

Do kolacji wigilijnej musiała usiąść parzysta liczba biesiadników. W przeciwnym razie, jak wierzono, ktoś z domowników mógł umrzeć w nadchodzącym roku. Zdarzało się podobno, że zapraszano jakiegoś samotnego sąsiada lub bardziej przesądna dama symulowała atak migreny. Miejsca przy stole zajmowano według starszeństwa, aby również w takiej kolejności odchodzić z „tego świata”. Uczestnikom wieczerzy nie wolno było wstawać od stołu przed jej zakończeniem. Nie wolno też było odkładać łyżek na stół. Jeżeli ktoś musiał przerwać jedzenie, wówczas trzymał łyżkę w zębach. Należało spróbować wszystkich po kolei potraw wigilijnych. Podczas całej kolacji panował nastrój powagi i skupienia, sprzyjający wspominaniu tych, którzy odeszli.

Potrawy wigilijne przyrządzano z „wszystkiego co w polu, sadzie, ogrodzie, lesie i wodzie”, czyli z ziaren zbóż, maku, miodu, orzechów, grzybów, grochu, fasoli, bobu, suszonych owoców, a w bogatszych domach również wielu gatunków ryb. Właściwie każdy z tych składników miał jakieś symboliczne znaczenie. Na przykład o maku wiedziano, że sprowadza sen na człowieka, więc dzięki niemu choć na chwilę można było wstąpić w „tamten świat”. Albo grzyby – rosnące w lesie, uchodziły za pożywienie niezwykłe, wykradzione z „innego świata”, w tradycyjnej kulturze las był bowiem uważany za przestrzeń niebezpieczną, obcą, nieludzką.

Stołu nie uprzątano po wieczerzy, pozostawiając resztki dla dusz zmarłych. Ludzie zaś mogli odpocząć, porozmawiać, zaśpiewać kolędy i pastorałki. Tuż przed północą wyruszano na pasterkę pieszo, konno, saniami lub na wozie. Każdy starał się jak najszybciej dotrzeć do kościoła. Pierwsi mieli bowiem zapewnione powodzenie we wszystkich pracach gospodarskich.

Wieczór wigilijny sprzyjał wróżbom, których znano bardzo wiele. Gospodarze bacznie obserwowali niebo: jeśli było gwiaździste, oznaczało urodzaj tego roku i dobre niesienie się kur, gdy niebo przykryte było chmurami, krowy miały dawać dużo mleka. Wróżono też o pogodzie, obserwując kolejne dni, z których każdy odpowiadał jednemu miesiącowi nowego roku.

Panny i kawalerowie wróżyli sobie o małżeństwie z siana wyciąganego po kolacji spod obrusa: źdźbło zielone – ślub już wkrótce, zwiędłe – jeszcze trzeba poczekać, łamiące się – stan bezżenny. Dziewczęta liczyły też kołki w płocie, mówiąc przy tym: „ten wdowiec, ten młodec (kawaler)”. Co wypowiedziała przy ostatnim, taki miał być jej przyszły mąż. Starsi zaś, wyciągając siano spod obrusa czy obserwując swój cień na ścianie, mogli poznać wróżbę dotyczącą ich zdrowia i życia.

Dzisiaj wiele tradycyjnych zwyczajów wigilijnych uległo zapomnieniu. Nadal jednak Wigilia jest wyjątkowym spotkaniem bliskich sobie osób, kiedy łatwiej jest powiedzieć „przepraszam” i częściej słyszy się „wybaczam”. Wszak rodzi się Bóg, a anieli cuda ogłaszają…


Mgr RENATA HRYŃ-KUŚMIEREK jest etnografem, absolwentką Katedry Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego.

Święta noc

Zwali tego bałwana Marzanna

Autor: Renata Hryń-Kuśmierek. Źródło: http://archiwum.wiz.pl/2001/01034400.asp

Artykuł pochodzi z „Wiedzy i Życia” nr 3/2001


Dziś pierwszy dzień wiosny to „Dzień Wagarowicza”. Przez wieki niszczono w tym dniu Marzannę, symbol zimy i śmierci.

Bywa, że już na przełomie lutego i marca różne znaki na niebie i ziemi zapowiadają nadejście wiosny. Nam wydaje się, że nie może być nic bardziej pewnego niż zmiana pór roku. Zima odchodzi, a przychodzi wiosna, potem lato i jesień. Nasi dziadowie mieli nadzieję, że taka będzie kolej rzeczy każdego roku, ale nigdy nie byli tego absolutnie pewni.

Wierzyli, że trwanie świata i życie człowieka w dużej mierze zależą od istot „z tamtego świata”, mniej lub bardziej przyjaznych ludziom. One wszystkie, w pewnych zwyczajowo ustalonych okresach roku, działały ku naszemu pożytkowi. Stąd w tradycyjnej polskiej obrzędowości tak wiele śladów świąt zadusznych. Składane wówczas ofiary stawały się darami dla przybyszów z zaświatów, zobowiązując ich do wzajemności i opieki nad ludźmi, ich dobytkiem oraz zbiorami. Kiedy skończył się czas „pożytecznego” pobytu tych istot na ziemi, wówczas należało je odesłać tam, skąd przyszły, aby nie zaczęły szkodzić.

Być może taka jest właśnie geneza niszczenia Marzanny, zwanej również Moreną, Marzaniokiem (na Śląsku), Śmiercichą, Śmiertką, Śmierteczką, Śmiercią (w Wielkopolsce i na Podhalu). Wszystkie nazwy, w mniej lub bardziej dosłowny sposób, odwoływały się do zmory, moru, śmierci, ponieważ Marzanna była uważana właśnie za uosobienie śmierci, zimy i chorób. Powszechne było przekonanie, że jej unicestwienie spowoduje szybkie nadejście wiosny. Niszczenie kukły odbywało się w czwartą niedzielę Wielkiego Postu, zwaną w języku łacińskim Laetare, a także Białą, Czarną albo Śmiertną. Podobne jak u nas obrzędy znane były w wielu krajach Europy, m.in. w Niemczech, na Słowacji, w Czechach, we Francji.

Opis topienia Marzanny podany w XVI-wiecznej „Kronice polskiej” Marcina Bielskiego jest zadziwiająco aktualny: „Za mej to jeszcze pamięci był ten obyczaj u nas jeszcze po wsiach, iż w Białą Niedzielę w poście topili bałwana, jeden ubrawszy snop konopi albo słomy w odzienie człowiecze, który wszystka wieś prowadziła, gdzie najbliżej było jakie jeziorko czy kałuża, tam zebrawszy z niego odzienie wrzucali do wody, śpiewając żartobliwie: Śmierć się wije u płotu, szukający kłopotu etc. Potem najprędzej do domu od tego miejsca bieżali, który albo która się wtenczas powaliła albo powalił, wróżbę tę mieli, iż tego roku umrze. Zwali tego bałwana Marzanna”.

Marzanna najczęściej wyobrażała postać kobiety, ale np. na Śląsku chłopcy topili również kukłę mężczyzny, czyli wspomnianego już Marzanioka. Śmiercichę robiono zazwyczaj z wiechcia słomy, który okręcano białym płótnem, ozdabiano wstążkami i koralami. Śląską maszkarę ubierano bardziej bogato strój druhny weselnej: białą bluzkę, kwiecistą spódnicę, fartuch, gorset, chustę na ramiona, korale, wianek z kwiatów i wstążki w słomianych warkoczach. Marzanną-Śmiercichą mogła być również lalka z gałganków lub kupiona w sklepie, ale musiała mieć białą sukienkę.

W różnych regionach Polski podobnie wyglądał obrzęd niszczenia Marzanny. Najpierw orszak niosący kukłę obchodził wszystkie domy we wsi, śpiewając przy tym stosowne pieśni (podobnie wyglądały bożonarodzeniowe obchody kolędnicze), np. na Podhalu:

„Jak ni mocie bobu,
To nam dejcie chleba.
Bo wos ta śmierztecka
Nie przyjmie do nieba.”

Po ich odśpiewaniu „wiosenni kolędnicy” czekali na datki. Najczęściej dawano im jajka, niekiedy drobne pieniądze. Kiedy zapadał wieczór, Śmierć wynoszono poza granice wsi. Dawniej uważano, że to teren nie należący już do świata ludzi, będący przejściem do „tamtego świata”.

Należało więc mieć się na baczności. Orszak szedł w milczeniu. Na miejscu „egzekucji” z Marzanny zdzierano ubranie, a samą kukłę podpalano i płonącą wrzucano do wody. Zgodnie z dawnym światopoglądem był to najskuteczniejszy sposób wysłania Śmiercichy w zaświaty.

Bezpieczny powrót do domów był możliwy tylko pod pewnymi warunkami. Należało to zrobić jak najprędzej, w milczeniu i nie oglądając się za siebie. Podobne reguły postępowania możemy odnaleźć w opisach innych obrzędów i tekstach ludowych baśni nie tylko z terenu Polski. Kontakt z zaświatami był bardzo niebezpieczny dla człowieka.

Od kilkudziesięciu lat obrzęd jest już przede wszystkim zabawą dzieci i młodzieży, łączoną z początkiem kalendarzowej wiosny. Uczniowie ogłosili pierwszy dzień wiosny „Dniem Wagarowicza” radosnych nastrojach i wymyślnych strojach, wręcz karnawałowych, świętują dzień bez szkoły. Mogą w wodzie utopić nie tylko kukłę Marzanny-zimy, ale przy okazji również niedole i smutki uczniowskie.

W tym artykule odpowiadamy na pytanie Czytelniczki Wiedzy i Życia o ludowy zwyczaj niszczenia Marzanny – skierowane do organizatorów ubiegłorocznego Festiwalu Nauki. O innych problemach interesujących Czytelników można dowiedzieć się pod adresem internetowym www.icm.edu.pl/festiwal


Mgr RENATA HRYŃ-KUŚMIEREK jest etnografem, absolwentką Katedry Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego.

Zwali tego bałwana Marzanna

Ludowe obyczaje wielkanocne Powiatu Krasnostawskiego

Żródło: http://www.krasnostawska.pl/?p=2405


Święta wielkanocne obejmują liczne dawne tradycje. Niektóre z praktykowanych zwyczajów wywodzą się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich, niosąc w sobie echa niezwykle ważnych niegdyś obrzędów roku rolniczego praktykowanych w ramach obchodzonych przez plemiona słowiańskie Jarych Godów. Związane były one z zakończeniem zimy i powitaniem wiosny, z czasem zostały w różnym stopniu schrystianizowane i włączone do elementów kultury chrześcijańskiej.

Współcześnie spotykane praktyki wielkanocne z jakimi mamy do czynienia na terenie powiatu Krasnostawskiego – w rezultacie wielowiekowej unifikacji, a także mieszania się różnorodnych lokalnych zwyczajów – zasadniczo są zbliżone do tych spotykanych współcześnie w innych regionach Polski.

Wielki tydzień – kulminacyjny czas obchodów męki i zmartwychwstania – rozpoczyna się od Niedzieli Palmowej (zwanej niegdyś również Kwietną Niedzielą), kiedy to wierni święcą zdobne palmy. Tu należy się wyjaśnienie, odnośnie nazwy „palma” która w rzeczywistości wywodzi się ze stosowanego niegdyś określania dla wiechy; kwiatu trzciny pospolitej, stanowiącej jeden z podstawowych elementów tradycyjnej wielkanocnej palmy. Podstawą konstrukcji tradycyjnych palm były gałązki wierzbowe z baziami, do ozdobienia służyły – poza wspominanym kwiatem trzciny – rośliny wiecznie zielone: bukszpan, barwinek, borówka, widłak, sosna, cis, tuja. Ponadto czasem stosowano świeże lub bibułkowe kwiaty i wstążki. Współcześnie rynek zdominowały palmy w stylu wileńskim, wykonane z zasuszonych, często barwionych, kwiatów, mchów i traw.

Niegdyś, w niedzielę palmową, po powrocie z kościoła, symbolicznie uderzano palmą domowników, wypowiadając przy tym słowa: „Palma bije, nie zabije, ale zdrowie da”. Palmy wielkanocne wyraźnie odgrywają istotną rolę, wykraczającą poza ramy świąt wielkanocnych. Palmy zwyczajowo przechowywano, umieszczając je np. za świętymi obrazami – co miało chronić domostwo od ognia i piorunów. Innym niezwykle ciekawym zwyczajem, wciąż jeszcze spotykanym na terenie powiatu Krasnostawskiego (min. w okolicach Dworzysk czy Orłowa murowanego) jest umieszczanie palm – po niedzielnym wielkanocnym śniadaniu – za gospodarstwem w polu, w zasiewach pszenicy, co ma przynieść “urodzaj i dobry chleb”.

Wielki poniedziałek i wtorek to zwyczajowy czas porządków w domostwach. W wielką środę niegdyś palono ogniska – aby mogły się przy nich ogrzać dusze zmarłych. Następnego dnia pozostawiano dla zmarłych misy z jedzeniem. W Wielką Sobota następuje święcenie pokarmów (tzw. święconka), które spożywane są dopiero podczas niedzielnego uroczystego wielkanocnego śniadania. Samo śniadanie było jak i jest posiłkiem w miarę możliwości obfitym, mającym wręcz charakter obżarstwa. Istotną rolę odgrywały jajka, którymi się przy stole symbolicznie stukano lub się nim dzielono.

Jajka – jako symbol początku; życia – a także zwyczaj ich malowania to nieodłączny element świąt wielkanocnych. Sama tradycja zdobienia jaj kurzych, rzadziej gęsich czy kaczych, sięga w Polsce co najmniej wczesnego średniowiecza będąc wspólnym wszystkim Słowianom zwyczajem wiosennym. Malowaniem jajek zajmowały się tylko kobiety, które wypędzały z izb każdego przybysza płci męskiej. Obecnie na terenie powiatu Krasnostawskiego wykonuje się głównie kraszanki (pisanki barwione jednolicie), pisanki drapane (drapanki), rzadziej zaś właściwe pisanki wykonywane metodą batikową – poprzez pisanie (rysowanie) wzorów gorącym woskiem a następnie zanurzaniu jaja w barwniku.

Lokalnym folklorem jest również zwyczaj zwany „Meus” w ramach którego po śniadaniu wielkanocnym, mieszkańcy kilku okolicznych wiosek: Olesin, Kolonii Wielobycz, Kolonia Bobrowe, Majdan Krzywski, Jaślików i Niemienice, zbierali się w lesie pomiędzy swymi wioskami, gdzie po obmyciu się w źródle, we wspólnym gronie spożywano przyniesione jadło. Poza żywnością i trunkami zabierano ze sobą również instrumenty muzyczne. „Meus” stanowi nawiązanie do Emaus – biblijnej miejscowości do której wędrowali apostołowie po zmartwychwstaniu Jezusa, i gdzie wraz z nim spożywali posiłek. Zwyczaj ten posiada również pewne nawiązania do krakowskiej tradycji Emaus która była w XIXw. wielkim, uroczystym spacerem mieszczan krakowskich po całym dniu siedzenia za stołem, przeprowadzanym na pamiątkę wyżej wspomnianej historii biblijnej. Krakowski Emaus przerodził się z czasem w ludową zabawę i rodzaj odpustu.

Lany poniedziałek, Śmigus-dyngus, zwany dawniej również dniem św. Lejka, to w rzeczywistości relikt dwóch odrębnych zwyczajów. Śmigus oznaczał chłostanie rózgą, wierzbową gałązką lub palmą. Dyngus zaś oblewanie – szczególnie panien – wodą. Aby nie zostać nadto oblanym, stosowano wykupywanie się za pomocą pisanek, a także innych datków ze świątecznego stołu. Z kolei w środowiskach dworskich zwyczaj oblewania się wodą zmodyfikowano zastępując wiadra z wodą kilkoma kroplami perfum. W ten sposób realizowano tradycję bez uszczerbku dla zdrowia, wyglądu i sukienek śmigusowych ofiar.

Przytoczone powyżej przykłady tradycyjnych obyczajów wielkanocnych oddają tylko w pewnym stopniu bogactwo kulturowe regionu. Niestety, zwyczaje wielkanocne ulęgają postępującemu zapomnieniu i spłyceniu, ograniczając się do elementów najbardziej typowych i często bezrefleksyjnych jak święcenie palm i pokarmu, a także oblewanie się wodą, bez wchodzenia w sferę magiczną i obrzędową dawnego ludowego obyczaju.


TCh / Artykuł opublikowany pierwotnie w nr4 / 2014r. wydawnictwa Panorama Lubelska – Ludzie Biznes Gospodarka

Ludowe obyczaje wielkanocne Powiatu Krasnostawskiego