Wspomnienie o żniwach

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl


W ludowym światopoglądzie praca nieodłącznie wiązała się z codziennością, dlatego okres świąteczny wykluczał wysiłek fizyczny. Tylko w zwykłym czasie ludzie mogli zbierać plony z pól i sadów, wypasać bydło na łąkach czy owce na halach. Jednak nawet dniem powszednim rządziły odwieczne reguły, wynikające z wyobrażeń o tamtym świecie i tamtym czasie: pracę należało kończyć o zmierzchu, a podczas żęcia zboża nie wolno było odwracać się plecami do słońca.

Żniwa to był czas największej kulminacji robót polnych. Ziemia wypłacała się za ciężką pracę, jaką się w nią włożyło, trzeba było należycie jej za to podziękować. W wielu okolicach, w pierwszy i ostatni dzień żniw szło się do pracy w świątecznych ubraniach. Oskar Kolberg napisał: „Do żniwa tak kobiety, jak i mężczyźni ubierają się czysto; parobcy i dziewki przystrajają głowy w kwiaty”.

Dobrze było zaczynać żniwa w sobotę, jako w dzień poświęcony Matce Boskiej, a w żadnym zaś wypadku w piątek, w dniu Męki Pańskiej. Czas rozpoczęcia zbiorów nazywano Zażynkami. Na Lubelszczyźnie wg folkloru wyznaczał go głos przepiórki. Zatem nawet, gdy zboże nie było dość dojrzałe, wychodzono w sobotę na pole, ścinano niewielką ilość zboża i czekano spokojnie na stosowną porę. Żniwa były przecież już zaczęte, i z dalszą pracą nie trzeba było się spieszyć.

Zboże żęto poświęconymi sierpami i kosami. Pierwsze kłosy, ścięte z pól pobłogosławionych znakiem krzyża, układano na krzyż. Czynił to zawsze właściciel ziemi. Ludność wychodząc w pole, jak i wracając z całodziennej pracy zawsze śpiewała. Kolberg pisał: „Każdy pracował osobno na swoim wydziale, szli zawsze ze słońcem, ze wschodu na zachód, czyli od lewej do prawej strony”. Tylko taki kierunek zapewniał właściwe wykonanie każdej pracy, ponieważ całodzienna wędrówka słońca wyznaczała porządek życia, łączyła wschód z początkiem każdego działania, a zachód z jego końcem.

Kiedy piały koguty, ludzie wstawali do pracy przy żniwach. Toczyła się ona w określonym rytmie i porządku. Zboże żęto od świtu do południa. Gdy słońce stawało w zenicie, żeńcy przerywali pracę, aby się posilić i odpocząć. Wierzono, że właśnie w południowej godzinie na ziemię przybywają demony i duchy: płanetnicy (sprowadzali deszcz w porze żniw), południce (powodowały łamanie w kościach, dusiły śpiących żniwiarzy, porywały dzieci pozostawione przez nieostrożne matki) i dziwożony (wabiły tańcami, kogo porwały mógł umrzeć lub postradać zmysły). Ciemności nocy także kryły w sobie zagrożenie i tajemnicę. Wierzono, że po zmroku człowiek może łatwo paść ofiarą różnych istot z tamtego świata: topielców, diabłów i boginek. W nocy nie wolno było pracować ani jeść chyba, że nastawał czas święta. Ta pora doby była przeznaczona na sen.

Pośród licznych prac polowych żniwa były najważniejsze, toteż dopuszczenia do kośby było pewnego rodzaju zaszczytem dla młodego człowieka, uznaniem go za dorosłego. W wielu okolicach w Polsce był zwyczaj wyzwalania młodego parobka na pełnoprawnego kosiarza. Był to obrzęd inicjacyjny, zwany też wilkiem, frycem albo frycowaniem kosiarza. Do dziś zachowały się opisy z Mazowsza, gdzie młody człowiek w dniu swego pierwszego samodzielnego koszenia, dostawał kosę źle naostrzoną, tak by pracować ciężej niż inni. Po skończonej pracy musiał uklęknąć na żwirze lub oście przez „wyzwalającym”, który go „spowiadał”, bijąc przy okazji ostem, i targował się o ilość wódki, którą młody „wilk” ugości towarzyszy. Ostatecznie nowicjusz był uroczyście odprowadzany do karczmy, gdzie ogłaszano, że jest pełnoprawnym parobkiem.

Przed postępującymi kosiarzami uchodziło ptactwo gnieżdżące się wśród zboża, głównie przepiórki. Ptaki te miały wzywać żniwiarzy do pracy – w ich wołaniu doszukiwano się słów: pódźcie żąć, pódźcie żąć…, podobnie jak wiosną miały wzywać: pódźcie pleć. W różnych miejscach Ci zbierający plon zostawiali dla nich niezżętą ostatnią garść zboża. Wiązało się w niej kłosy tak, aby powstał rodzaj szałasu, w którym na kamieniu kładziono kawałek chleba. Tę małą kępkę zboża nazywano „przepiórką”. Nie mogła być ona jednak jakimkolwiek schronieniem dla ptactwa, ale wierzono, ze prócz ptactwa żyją w zbożu duchy, z którymi trzeba żyć w zgodzie, by zezwoliły na zżęcie pól. „Przepiórkę” taką trzeba było dokładnie opielić, a następnie „obrać”. W tym celu chwytano kogoś, zazwyczaj dziewczynę, która pierwszy raz pracuje przy żniwach i ciągnie się ją za nogi trzy razy dookoła „przepiórki”. A przy tym nie ustają pieśni. Stawianych „przepiórek” nie można było sprzątnąć, dopóki ptactwo nie odleciało. Do dziś, na wschodnim Mazowszu, po żniwach, nawet przy orce traktorem, uważa się, by przypadkiem nie zniszczyć przepiórek.

Tak jak doba dzieliła się na porę bezpieczną i niebezpieczną, tak i w tygodniu były dni dobre i złe do rozpoczynania ważnych prac w polu czy w gospodarstwie. Za najlepsze dni uważano wtorek i czwartek, czasem środę. Poniedziałek nie wróżył powodzenia zapoczątkowanej wówczas pracy, a piątek uważany był za dzień feralny. Sobota, o której wspomniano wcześniej, sprzyjała zarówno kończeniu, jak i rozpoczynaniu różnych prac. Ludzie wierzyli, że w sobotę zawsze, choć na chwilę pokaże się słońce, ponieważ tego dnia Matka Boża suszyła pieluszki Pana Jezusa. Szczególna pozycja soboty wynikała najprawdopodobniej z faktu, że następował po niej dzień świąteczny. Niedziela była dniem wolnym od pracy, w którą każdy chrześcijanin miał obowiązek uczestnictwa we mszy świętej. Poniedziałek był dniem zbyt bliskim święta, aby mógł całkowicie przywrócić czas zwyczajny, codzienny, sprzyjający dobrej pracy.

Do II wojny światowej zwyczaje żniwne rozwijały się głównie we dworach, które w okresie zbiorów zatrudniały, oprócz własnej służby, wielu uboższych mieszkańców wsi. Gdy koszono na niwie dworskiej, chwytano i wiązano powrósłami przybywającego w pole dziedzica lub członków jego rodziny, a kiedy pojawiał się konno, wiązano mu słomą nogę do strzemienia, i zwalniano dopiero po złożeniu stosownego okupu. W nowszych czasach był to już tylko tradycyjny sposób na otrzymanie dodatkowej zapłaty, dawno już zapomniano o jego pierwotnym, magicznym sensie – o wiązaniu w ten sposób właściciela z plonem jego pola.

Żniwa w Polsce trwały i trwają dwa miesiące – od 15 czerwca do 15 sierpnia – a kończono je dożynkami (Święto Plonów). Dożynki obchodzone były w każdym gospodarstwie, gdyż stanowiły nie tylko zakończenie pewnego cyklu prac polnych, lecz były obrzędem, mającym zapewnić dobre plony w przyszłych latach. Jednocześnie były formą dziękczynienia Bogu za urodzaj, a być może również i duchom przodków, gdyż niektóre zwyczaje dożynkowe zdają się nawiązywać do uroczystości zaduszkowych. Na Lubelszczyźnie dożynkami zwano okres obejmujący cały czas żniw i zbiorów. Jego obchody dzielono na polne i wieńcowe. Żniwiarze wykonali ciężką pracę, a na jej dowód składali gospodarzowi dar z wieńców, owoców, orzechów i chleba upieczonego z ziarna zżętego zboża. Obecnie podziękowania za urodzaj kieruje się ku Bogu i Matce Boskiej. Święto obchodzone jest we wszystkich regionach Polski, a jego nieodłącznym elementem jest wieniec dożynkowy, wyplatany z kłosów zbóż, kiści czerwonej jarzębiny, warzyw, owoców, kwiatów oraz kolorowych wstążek. W przeszłości wieńce miały zwykle kształt korony lub koła, dziś przybierają przeróżne kształty i formy. Uroczystość przypada na pierwszy dzień jesieni (23 września) i ma charakter religijno-ludowy, towarzyszy jej msza święta, a często także konkurs wieńców oraz festyn ludowy.


Literatura:

  • Kamocki J., Kubiena J., Polski rok obrzędowy, Kraków 2008
  • Hryń-Kuśmierek R., Rok Polski: zwyczaje – obrzędy, Poznań 1998
  • Nowak A. [oprac.], Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
Wspomnienie o żniwach

Chałupy wiejskie

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl


Świat dawnych chat wiejskich ocaliły od zapomnienia muzea etnograficzne, gdzie można oglądać chałupy urządzone zgodnie z funkcjami, jakie pełniły w przeszłości. Wyposażone w alkierze, sienie i komory, z zachowaniem ustalonej cenzury czasowej przyjmowanej dla urządzanej ekspozycji. Obecnie tradycyjne chałupy wiejskie są w Polsce rzadkością, można je spotkać jedynie na Roztoczu, Kaszubach i w Bieszczadach.

Zespół zabudowań na terenie wiejskim nazywano zagrodą (okółem, obejściem), w skład, której wchodziła chata (dom mieszkalny) i budynki gospodarcze (obory, stodoły, spichlerze). Zabudowania zazwyczaj otoczone były płotem i ustawione wokół wewnętrznego podwórza. Zagrody dzieliły się na wolnostojące, gdzie budynki nie stykały się ze sobą; na zwarte – stykały się ze sobą; zamknięte, gdzie podwórze było ściśle otoczone budynkami lub budynkami połączonymi bramą i parkanem; oraz jednobudynkowe, gdzie zabudowania gospodarskie, gospodarcze i inwentarskie stanowiły jeden budynek np. chyża. Oprócz tego istniała zagroda dla zwierząt, w postaci ogrodzenia chroniącego zwierzęta.

Chaty wiejskie były najczęściej drewniane, parterowe, wznoszone na planie prostokąta, często składały się z trzech izb: środkowej, czyli sieni; i dwóch bocznych: czarnej i białej. Budynki mieszkalne były nakrywane dachami o różnych kształtach. Na przykład w północnej i zachodniej Polsce w XIX w. przeważały dachy dwuspadowe i naczółkowe kryte słomą, a później dachówką. Na innych terenach praktykowano dachy czterospadowe i dwuspadowe. Jako poszycia najczęściej używano słomy żytniej, a na terenach górskich dranic i gontów.

Wejście do chat wąsko frontowych, czyli mających wejście w ścianie szczytowej, często odsłaniał podcień wsparty na ozdobnie profilowanych słupach, z kolei chałupy szeroko frontowe miewały ganki z daszkami wspartymi na słupkach, sionki, oszklone werandy albo podcienie wnękowe. Chałupy wiejskie bardzo często były bielone na biało lub z domieszką barwnika.

W chacie wiejskiej, zaspokajane były biologiczne, religijne, społeczne, estetyczne, a przede wszystkim bytowe potrzeby jej mieszkańców. Chałupa była świadkiem wszystkich ważnych uroczystości, jakie towarzyszyły jej domownikom na różnych etapach życia. Tu miały miejsce narodziny i chrzciny, wesela, zgony i uroczystości pogrzebowe. Pomiędzy kołyską, a progiem chaty upływało wczesne dzieciństwo dzieci chłopskich. W chałupie dość wyraźnie odbijały się wszelkie zmiany społeczne i gospodarcze, jakie dokonywały się na wsi. Była ona również wyznacznikiem pozycji materialnej i społecznej właścicieli domu.

Głównym pomieszczeniem chaty była izba czarna, w której stał piec, pełniła ona jednocześnie rolę kuchni i sypialni. Izba biała była pomieszczeniem bardziej reprezentacyjnym, służyła tylko celom mieszkaniowym. Obok białej izby budowano często dodatkowe pomieszczenie – komorę, służącą, jako magazyn. W chłopskich chałupach początkowo była izba dymna (inaczej kurna chata), z otwartym paleniskiem pośrodku pomieszczenia. Później w rogu izby pojawił się piec, początkowo bez komina. Równocześnie z rozwojem i zamożnością społeczeństwa zaczęły pojawiać się w izbie, ławy, meble, łóżka i tapczany. Całą izbę wypełniały zydle, stoły oraz skrzynie na rozmaite przedmioty. Ozdoby w izbach pojawiły się dość późno, a były to głównie obrazy malowane na szkle i drzeworyty. Podłoga w chacie wiejskiej początkowo była glinianym klepiskiem lub polepą, a z czasem zaczęto stosować podłogi drewniane. Jeszcze w późniejszych rozwiązaniach sufit wykonywano, jako polepę, której łączącym składnikiem była wysuszona słoma trzciny. Okna były małe, a drzwi niskie, co miało utrudniać odpływ ciepłego powietrza.

Komory (alkierze), które przylegały do izby lub sieni, służyły do przechowywania ziarna i żywności, a czasem, jako miejsce do spania. Zwykle były to pomieszczenia ciemne i nieogrzewane, mające tę samą szerokość i głębokość, co izba i sień. Sień z kolei pełniła funkcje komunikacyjne i gospodarcze w chałupie. Usytuowana pomiędzy wejściem z dworu a izbą, w niektórych budynkach ciągnęła się przez całą szerokość domu.

Aby chałupa wiejska mogła spełniać wszelkie bytowe potrzeby mieszkańców musiała być wyposażona w odpowiednie urządzenia, meble, sprzęty praz różnego rodzaju przedmioty codziennego użytku. W izbie pod ścianą znajdowała się ława, gdzie w ciągu dnia można było uciąć sobie drzemkę. Zimą przesiadywano na murkach otaczających piec, do wypoczynku nocnego służyły łóżka. Do gotowania używano gliniane garnki, naczynia żeliwne nazywane grapami lub żelaźniakami, bielone wewnątrz kotły i kociołki, oraz patelnie. Pośród innych narzędzi, używano: noże, tasaki, siekaczki, tarki, tłuczki, warząchwie, mątewki, durszlaki, sita, niecki, stępki itd.

W każdym domu, raz lub dwa razy w tygodniu wypiekany był chleb. Najważniejszym sprzętem związanym z tym wydarzeniem była dzieża, czyli naczynie, w którym wyrastało rozczynione ciasto chlebowe. Dzieża w starych pojęciach narodu polskiego, jako „naczynie chlebodajne doznawała wielkiego poszanowania. W XVI w. podczas obrzędów możnej szlachty, pannę młodą do rozplecin i oczepin sadowiono na dzieży…”.

Do najbardziej chronionej części dobytku w wiejskiej zagrodzie – obok ziarna przeznaczonego na siew – zaliczano zapasy surowców spożywczych, które zapewniały przeżycie zimy i przednówka sytości. Zależnie od rodzaju produktów, do ich przechowywania służyły naczynia zasobowe wykonane z drewna, klepkowe tzw. fasa, plecione z korzeni, wikliny i słomy lub toczone z gliny, kadłuby i skrzynie, a później fabryczne.

W gospodarstwach wiejskich zapasy wody przechowywano w naczyniach klepkowych, stawianych w sieni lub izbie. Źródłem wody pitnej były studnie albo potoki. Do mycia naczyń używano szaflika, czyli naczynia z sosnowych klepek, z okrągłym dnem z dwoma uszami; a czasami dużych, dłubanych niecek. Brudne naczynia myto kawałkiem szmaty w gorącej wodzie, popiołem lub piaskiem. W ubogich rodzinach ta sama miednica służyła do czynności związanych z utrzymaniem higieny osobistej, zmywania naczyń, dokonywania przepierek oraz przygotowywania pożywienia.

Poziom higieny na wsiach był bardzo niski. Naczynia często były myte dopiero przed ponownym ich użyciem. W zasadzie więcej uwagi przykładano do wyglądu odzieży niż czystości ciała. Pasterze karpaccy nosili np. bardzo brudne ubranie nasączone dodatkowo specjalnym tłuszczem. Zabieg taki chronił ciało przed pasożytami i chłodem podczas nocy spędzanych w halach.

Prano w baliach z tarą, w rzekach lub potokach. Pranie połączone z ługowaniem lnianej bielizny należało do cięższych prac w gospodarstwie wiejskim i wymagało zespołowego działania. Prasowano żelazkiem z duszą, czyli kawałkiem żeliwa, rozgrzewanego do czerwoności w palenisku trzonu kuchennego i wkładanego do środka żelazka. Ręczniki używane na co dzień były szyte z pasów samodziałowego białego płótna, zdobionego czerwonymi paskami. Oznaką luksusu było posiadanie lustra w drewnianej ramie.

Dobór mebli w chałupach wiejskich zależał od statusu społecznego rodziny. Meble wykonywano z drewna, które mimo swej prostoty były bardzo funkcjonalne. Szafy do przechowywania chleba nazywano chlebnicami; almarką była wbudowana w ścianę, wolnostojąca szafa; zaś barłogiem nazywano legowisko lub wiązkę słomy na podłodze przykrytą płachtą. Łóżka w powszechnej formie znalazły stałe miejsce w domu wiejskim dopiero w II połowie XIX w. Z czasem łóżko stało się głównym elementem wyprawy panny młodej. W ubogich domach bywało jedno łóżko, w którym sypiali wszyscy członkowie rodziny. Mebel ten pełnił niezwykle istotną rolę w życiu rodziny, na nim poczynało się nowe życie, tu miały miejsce narodziny, ale też śmierć. Na ten ostateczny akt egzystencji ziemskiej człowieka, połączony z pożegnaniem rodziny, przyjęciem sakramentów i śmiercią, łóżko musiało być zaścielone czystą bielizną, często specjalnie uszytą na ten cel i przez lata skrywaną w komodzie.

Ciekawą grupę sprzętów w chacie wiejskiej stanowiły kołyski, kolibeczki, kolebki, koliboki dla niemowląt oraz wszelkie urządzenia ułatwiające najmłodszym naukę chodzenia. Podczas prac w polu matki zabierały niemowlęta ze sobą, które smacznie spały w prowizorycznej kołysce składającej się z płachty przywiązanej do drąga, ułożonego na podpórkach lub zawieszonej na specjalnym trójnogu. Kołyski w domu występowały w dwóch odmianach: podwieszane u sufitu i osadzone na biegunach. Czasem używano plecionych opałek (koszyków) umocowanych na czterech sznurkach do haka. Do nauki chodzenia służyły stojaki nazywane chodunami, bieganami, zwyrtolami lub kołowrotkami. Najczęstszymi zabawkami dzieci były drewniane koniki na biegunach, lalki z butelki lub gałganów, czy wystrugane wiatraczki. Większość dzieci, głównie w rodzinach ubogich – ukończywszy zaledwie kilka lat życia była oddawana na służbę do bogatszych gospodarzy…

Na koniec warto przytoczyć fragment rozważań Zygmunta Glogera na temat chaty polskiej:

(…) chata, chać, to samo, co chałupa, która jest ludowym powszechnym wyrazem w przeszłości lepianka była gacona z gałęzi i oblepiona gliną, że domy pierwotne były z chrustu plecione. Zwyczaj budowania takich chat z chróstu, chlewów i stajenek w wielu miejscowościach przetrwał do naszych czasów. Że zaś grodzić w ten sposób nazywa się gasić, hacić i grobla płotami z chróstu wygrodzone nazywa się gacią, hhacią, jest, więc bardzo prawdopodobnem, że nazwa chaty od hacenia czyli gacenia pochodzi. O chacie mamy przysłowia i wyrażenia:

  1. Chata bogata nie węgłami, ale pierogami.
  2. Czem chata bogata, tem rada.
  3. Choćby w chatce – byle z nim.
  4. Cudza chata gorsza od kata.
  5. Czyja chata, tego prawda.
  6. Dobry do chaty.
  7. Jak się macie w swojej chacie?
  8. Jedna jaskółka nie czyni lata, ani miasta jedna chata.
  9. Nawet dym słodki w swojej chacie.
  10. Ostatki z chatki.
  11. Swoja chatka – jak rodzona matka.
  12. Wielka tarapata – dziurawa w deszcz chata.

 

Źródła:

  • Czerwiński T. Budownictwo ludowe w Polsce. warszawa 2006
  • Czerwiński T. Wyposażenie domu wiejskiego w Polsce. Warszawa 2009
  • Gloger Z. Encyklopedia staropolska. T. I. Warszawa 1978
  • Śliwa Z. rok Polski: zwyczaje rodzinne. Poznań 1998
Chałupy wiejskie

Ściele się wesele … Jak to było kiedyś?

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl.


Ściele się wesele

Po udanych swatach i zaręczynach dla narzeczonych i ich rodzin następował emocjonujący i bardzo pracowity czas wielkiej krzątaniny i różnorakich przygotowań. Ślub i wesele były ważnym wydarzeniem, a jednocześnie radosnym, zapowiadającym zabawę, taniec, śpiew, ucztę i wielką odmianę w monotonnej codzienności. Wydarzeniem tym przez całe tygodnie, oprócz rodziny, żyli wszyscy znajomi i cała lokalna społeczność. Jak pisał J.S. Bystroń: „Wesele stanowiło okres nadzwyczajny: wieś zapomina o ciężkiej pracy, śpiewa o bogactwie domu weselnego; we dworze zbytek niedostosowany do sytuacji majątkowej ma oznaczać wagę i wielkość chwili; zamki magnatów występują z królewskim przepychem, rujnującym nieraz ogromne fortuny”. Często bowiem stosowano zasadę: zastaw się a postaw się. Wszystko miało być na odpowiednim poziomie: szumnie, barwnie, obficie, tłumnie i wesoło.

W przeddzień wesela na dworach i w rezydencjach przygotowywano sale jadalne, zestawiano stoły, zszywano obrusy, przyrządzano weselne potrawy, przynoszono trunki z piwnic, woskowano posadzki w salonach przeznaczonych na tańce. Przygotowania takie trwały także w wiejskich chatach, gotowano wołowe flaki, białe pszenne kluski, suto kraszoną kapustę, pieczono ciasta, a przede wszystkim weselne kołacze. Zgodnie ze zwyczajem, kołacz weselny piekła lub zamawiała u specjalistki najstarsza starościna.

Podczas wypieku kołacza weselnego (inaczej korowaja) do izby nigdy nie wpuszczano mężczyzn. Udany i pięknie udekorowany korowaj wróżył młodej parze dostatek i szczęście małżeńskie. Mówiono, że wesele z korowajem wolno mieć tylko raz w życiu.

Wieczorem państwo młodzi spotykali się z rówieśnikami swojego stanu. Wieczór kawalerski wesoły i beztroski nie odznaczał się niczym szczególnym. Za to wieczór panieński, wieczór dziewiczy, zwany także wieńczynami, rózgownami miał znaczenie symboliczne. Aż do końca XIX w. towarzyszyły mu, bowiem ważne rytuały i obrzędy, wyrażające społecznie uznaną wartość dziewictwa i niewieściej cnoty oraz aprobatę legalnego małżeńskiego pożycia, które dziewczyna miała już niebawem zacząć. Dziewczęta wiły wianki śpiewając przy tym: wito przede wszystkim wieniec – koronę ślubną pani młodej, z kwiatów, a także z mirtu, rozmarynu, lawendy lub barwinku i ruty. Wierzono, że ruta poza sprawdzonym działaniem leczniczym, ma właściwości afrodyzyjne. Wszystkie wianki były symbolem dziewictwa i panieńskiego stanu.

Ważnym obrzędem podczas wieczoru panieńskiego były rozpleciny warkocza panny młodej. Obrzęd ten potwierdzał zawartą wcześniej umowę małżeńską i prawo pana młodego do wianka dziewiczego i warkocza narzeczonej. Czasem, w czasie rozplecin obcinano pannie młodej małe pasmo włosów. Obcięte pasemko brat panny przywiązywał wraz ze wstążką z jej warkocza do uzdy konia, na którym jechał do kościoła w ślubnym orszaku. Dzięki temu wszyscy obecni mogli widzieć, że panna, jej dziewiczy warkocz i cnota zostają oddane panu młodemu za zgodą rodziny i aprobatą całej gromady, w legalnym zawieranym związku małżeńskim. Wieczór panieński kończył się odśpiewaniem pieśni pożegnalnych.

Przedślubny dziewiczy wieczór był, więc nie tylko pożegnaniem z rówieśnicami i ostatecznym rozstaniem z dotychczasowym wolnym stanem, ale także pochwałą niewinności panny młodej i dobrego obyczaju.

O dniu ślubu powiadano, że jest najważniejszy w życiu. W polskiej tradycji najważniejszym momentem wszystkich tych uroczystości był ślub wyznaniowy – ślub w kościele, który wykluczał rozwody, zgodnie z formułą Kościoła rzymskokatolickiego: „co Bóg złączył, człowiek niech nie waży się rozłączyć”. Wielki obrzędowy spektakl weselny, trwający zwykle dwa, a nawet trzy dni, rozpoczynał się już od wczesnych godzin porannych. Przed domem „młodej” zbierali się odświętnie ubrani goście, druhny pomagały ubrać się pannie młodej, a drużyna pana młodego formowała orszak i udawała się w stronę panny młodej. Zgodnie ze starym obyczajem, panna chowała się przed narzeczonym, a zamiast niej do młodego wychodziły kolejno wszystkie druhny i każda przedstawiała się, jako kandydatka do ołtarza. Wszystkie ceremonie domowe tj. pożegnanie z domem, podziękowanie, przeprosiny, błogosławieństwo rodziców i rękowiny,odbywające się przed wyjazdem kościoła należały do najważniejszych, a zarazem najstarszych, recepcyjnych obrzędów weselnych.

Ukrywanie pani młodej – miało symbolizować zdobywanie pani młodej przez przyszłego męża, podkreślać wartość jej dziewictwa.

Przestrzegano, aby do kościoła państwo młodzi jechali osobno, na znak, że małżeństwem staną się dopiero po udzielonym im w kościele sakramencie. Starano się także, by orszak przedstawiał się okazale. Wreszcie przychodził czas na ceremonię kościelną. Zwracano uwagę, czy świece palą się jasno, czystym płomieniem, czy organista nie myli się, czy cała uroczystość przebiega bez zakłóceń. Wszystko to wróżyło państwu młodym dobre, udane pożycie. Zdarzało się, że kiedy klęczeli już przed ołtarzem, panna młoda, niby poprawiając fałdy spódnicy, nakrywała nią nogi pana młodego albo przydeptywała mu but, wierząc, że przez to będzie miała nad nim władzę, że weźmie go „pod pantofel”. Po zakończonej ceremonii państwo młodzi wychodzili razem z kościoła i w drodze powrotnej jechali już razem.

Poczęstunek i tańce weselne najczęściej odbywały się w domu rodzinnym panny młodej. Po sutym poczęstunku, tańczono do upadłego liczne kujawiaki, galop polski, polki z nogi, polki pod majder, polki cięte, szarpaki, sztajerki, krzyżaki, walce wolne i szybkie… Tańczono i bawiono się hucznie do czasu dzielenia weselnego kołacza oraz oczepin, które należały do najważniejszych obrzędów wesela.Oddanie wianka i oczepiny symbolizowały obrzęd przejścia kobiety. Był to zawsze punkt kulminacyjny domowych uroczystości weselnych. Całej ceremonii towarzyszyły pieśni i przyśpiewki. Najważniejsza była pieśń zwana chmielem, o bardzo starym rodowodzie, uważana za najstarszą polską pieśń weselną. Zarówno pień o chmielu, jak i inne oczepinowe pieśni i niefrasobliwe przyśpiewki zawierały pewne aluzje do mającej niebawem nastąpić konsumpcji małżeństwa i wynikających z tego następstw.

Pieśń o chmielu

Czyś ty chmielu nie miał matki            Coś ty urósł taki ostry?

Coś ty urósł taki gładki?                       Czyś ty chmielu nie miał brata

Czyś ty chmielu nie miał ojca              Co ty urósł za trzy lata?

Coś ty urósł, gdyby chojca?                 Oj chmielu, chmielu niedowarzony!

Czyś ty chmielu nie miał siostry,        Oj babski pysku niewyparzony!

Kiedy odbyły się już wszystkie najważniejsze i najbardziej znaczące obrzędy, goście weselni bawili się i tańczyli, zwykle przez całą noc, do białego rana, a nierzadko, jeszcze przez następną dobę. Końcowym aktem domowych uroczystości weselnych były pokładziny. Był to uroczysty pochód gości weselnych prowadzący nowożeńców do łożnicy oraz zespół różnych innych rytuałów towarzyszących ich nocy poślubnej. Rytuał pokładzin czynił małżeństwo i wszystkie zawarte wcześniej akty prawne prawomocnymi; umożliwiały np. wypłatę posagu i wiana. Dopiero po odbytych pokładzinach pan młody wchodził w swoje prawa, jako małżonek.

Pokładziny miały w Polsce wiele lokalnych wariantów, ale zawsze odbywały się według schematu utrwalonego przez tradycje. Odbywały się w pierwszą lub drugą noc wesela, najczęściej po oczepinach. Zawsze jednak, niezależnie od terminu, pokładziny były wyrazem ogólnie respektowanej zasady: pierwszy akt płciowy młodej pary, którego konsekwencją miało być wydanie na świat prawego potomstwa, powinien mieć pewne cechy jawności i odbywać się pod społeczną kontrolą.

Młodym przygotowywano łożnicę, robiąc posłanie z grochowin, siana lub słomy. Dla żartu niekiedy wyjmowano deskę, a złamanie łóżka było powodem do śmiechu. Pod poduszkę wkładano młodym szmacianą lalkę, żeby podczas pokładzin zostało poczęte dziecko. Czasami leżących w łożu nowożeńców bito cepem, ją – na chłopca, jego na dziewczynkę. Wreszcie gaszono świecę, sypialnię zamykano na klucz, a goście weselni tymczasem bawili się dalej.

Pokładziny, jako niemal publiczny akt konsumpcji małżeństwa, był kontrolowany następnego dnia po otwarciu łożnicy. Ocena dokonanych pokładzin i dziewictwa panny młodej po defloracji należała do starosty lub starościny wesela, na podstawie oględzin prześcieradeł, koszuli i zachowania młodych.  Jeśli uznano, że małżeństwo zostało skonsumowane, a panna młoda aż do nocy poślubnej zachowała cnotę, z radością obwieszczano to wszystkim obecnym, wołając głośno: mamy tu piękne wesele! Wieszano wtedy na drzwiach komory czerwoną chustkę, triumfalnie wynoszono koszulę panny młodej przewiązaną czerwoną wstążką i wiązano czerwone wstążki na weselnych pierogach, podawanych gościom na śniadanie.

Ostatnim etapem uroczystości weselnych były przenosiny, zwane także zwozinami, oddawinami, przekludzinami, przebabinami. Miały one swój porządek i swoje odrębne ceremonie. Była to przeprowadzka pani młodej i jej ślubnej wyprawy na nowe gospodarstwo, do domu i rodziny męża. Odtąd dla młodych zaczynało się „nowe” życie, nowe problemy i codzienność…


Żródła:

  • Czerwiński T., Wyposażenie domu wiejskiego w Polsce, Warszawa 2009
  • Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowska B., Polskie tradycje i obyczaje rodzinne, Warszawa 2008
  • Ogrodowska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
  • Szymanderska H., Śluby polskie: tradycje, zwyczaje, przepisy, Warszawa 2008
Ściele się wesele … Jak to było kiedyś?

Pierwsze miłostki, zaloty i swaty … Jak to było kiedyś?

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl.


Pierwsze miłostki, zaloty i swaty

Przy zbliżających się Walentynkach warto przypomnieć jak dawniej przeżywano pierwsze miłostki, zaloty i swaty… Czas na tego rodzaju uczucia przychodził niepostrzeżenie i nieodwołalnie. Sam Melchior Wańkowicz mówił, że „Idzie ku dorosłemu”… Dziewczyny i chłopcy – odrębne dotychczas światy, nagle zaczynali spoglądać na siebie inaczej i inaczej siebie spostrzegać. Zaczynały się wzajemne fascynacje i nieznane dotąd uczucia…

Okazją do zalotów były młodzieżowe majówki z muzyką i tańcami, zabawy przy ognisku, na świeżym powietrzu, a przede wszystkim zabawy świętojańskie, z puszczaniem wianków na wodę i poszukiwaniem kwiatu paproci. Na wsi zalotami były spotkania i wspólne zabawy np. na pastwisku. Zalotami były też gawędy przy płocie, czy przesiadywanie wieczorami „na miedzy”. Doskonałą okazją do zamanifestowania swoich uczuć były doroczne uroczystości i różne święta. Zalotny charakter miały zabawy wielkanocne, a szczególnie szalone figle i psoty śmigusa-dyngusa, chodzenie z kurkiem dyngusowym (co uosabiało chłopaka idącego w konkury), dyngusowe przywoływki, stawianie słupów majowych pod oknami urodziwych panien; obdarowywanie wybranych chłopców najpiękniejszymi, własnoręcznie wykonanymi pisankami. W okresie świątecznym odwiedziny kawalera w domu, w którym była panna na wydaniu – traktowano zawsze, jako przyjście w konkury i deklaracja matrymonialnych zamiarów.

Kurek dyngusowy – zgodnie z obyczajem, nieodzownym elementem obchodów Lanego Poniedziałku był żywy, dorodny kogut. Kogut, jak wiadomo, to symbol urody, męskości, sił witalnych i płodności, poza tym, swoim głośnym pianiem obwieszcza zmiany pogody.

Dyngusowe przywoływki zwyczaj ten polegał na tym, że w Wielką Niedzielę wieczorem ludzie na czele z Komitetem Klubu, prezesem niosącym księgę protokołów oraz orkiestrą obchodzili wieś, a następnie udawali się na centralny plac, gdzie kawalerowie reprezentujący grupę wychodzili na dach stojącego tam budynku, na wysokie drzewo lub specjalnie przygotowaną trybunę, z której po krótkim wstępie donośnie wygłaszali przywoływki. Były to krótkie teksty odnoszące się do każdej z panien z danej wsi

W tak zwanych dobrych domach podobne uczucia i te same prawa natury rządziły młodymi. Inne były jedynie obowiązujące tu konwenanse. Panny na wydaniu musiały zachowywać się skromnie, nie ujawniać zbyt pochopnie swych uczuć. Wymagano, aby inicjatywę w zalotach podejmowali mężczyźni, jeżeli byli pretendentami do ręki panienki. Uosobieniem niewinności, dobrych manier i cnoty były spuszczone wstydliwie oczy i buzia w ciup. Spotkania młodych zawsze odbywały się w obecności przyzwoitki, zazwyczaj w domu panny.

Buzia w ciup – ściągnięcie warg, robiące wrażenie osoby dobrze wychowanej

Konwenans wymagał, aby kawaler zainteresowany panną, odwiedzał ją w domu, przedstawił się rodzicom i pozyskał ich zgodę na następne wizyty. Podczas tych wizyt, młodzi spędzali czas na konwersacji, przy herbacie i ciasteczkach, często grali na fortepianie – na cztery ręce, co stwarzało okazje do muśnięć rąk i palców. Wizyty kawalerów i mężczyzn wolnego stanu były dobrze przyjmowane przez rodzinę, bowiem świadczyły o powodzeniu panny i szansy na zawarcie udanego małżeństwa. Rodzina poddawała własnej ocenie ewentualnego kandydata na męża. Brała po uwagę przede wszystkim koligacje i majątek kawalera, a uczucia wcale nie były koniecznym dodatkiem. Dla rodziny żadną przeszkodą do zawarcia małżeństwa nie był zaawansowany wiek, często młode panny były wydawane za dużo starszych od nich mężczyzn.

Swoje przyszłe małżonki, kawalerowie mogli spotkać na balach karnawałowych, które często nazywano „giełdą małżeńską”. Tam (dosłownie) „pokazywano” panny na wydaniu, tańczyły one pod czujnym okiem matek, które spośród asystujących im kawalerów wybierały później najodpowiedniejszego ich zdaniem. Karnawał był czasem kojarzenia małżeństw. Dla młodych dziewczyn zwłaszcza ten pierwszy bal był nie lada przeżyciem, awansował ją bowiem na osobę dorosłą i gotową do zamążpójścia.

Konwenans nakazywał, aby kawaler bywający w domu panny zachowywał się wobec niej z największą galanterią, spełniał jej życzenia, służył jej, nigdy nie pozwolił sobie w jej obecności na niestosowne uwagi lub żarty. Wzajemne uczucia młodych wyrażały się w sekretnych liścikach, a panny swoje uczucia przelewały na karty pamiętników.

Inaczej bywało na wsiach, bo inny obowiązywał tu konwenans i obyczaj. Ale i na wsi o skromnej i dobrze prowadzącej się dziewczynie powiadano, że jest dobra i porządna. Pochlebnie mówiono o dobrze wychowanym chłopcu, nie o rozpustniku i hulace.

Dziewczęta na wydaniu zazwyczaj zgadzały się z matrymonialnymi planami rodziców, lecz zawsze marzyły o młodym, silnym i urodziwym mężu. Małżeństwa z wielkiej miłości, w których liczyły się wyłącznie uczucia młodych, cechy charakteru, temperament czy uroda najczęściej zdarzały się w pieśniach i marzeniach.

Na wsiach, o fizycznym aspekcie zalotów i miłości rozprawiano bez krępacji, a powszechnie znane i śpiewane piosenki pełne były rozbudzonej zmysłowości. Mimo iż opinia społeczna na wsiach nie była tak surowa jak w innych stanach, to i tak pilnowano, aby młodzi w swoich zalotach nie posunęli się zbyt daleko.

Zawarcie małżeństwa było sprawą niezwykle ważną, zatem procedury towarzyszące temu wydarzeniu były uroczyste, liczne, ściśle przestrzegane, utrwalone przez tradycję, obyczaj i społecznie przyjęte normy. Kończył się czas westchnień, a nastawał etap poważnych małżeńskich decyzji i pertraktacji.

Zgodnie z przyjętymi i obowiązującymi normami, najpierw musiało dojść do porozumienia rodzin do zawarcia wstępnej, bo jeszcze niezobowiązującej umowy matrymonialnej, do pozyskania i wymiany informacji: o młodych i ich sytuacji rodzinnej i materialnej. Był to jakby rekonesans dotyczący spraw majątkowych i koligacji.

Te wstępne ustalenia odbywały się bez obecności młodych i miały różne gwarowe nazwy: zwiady, oglądy, oględy, opatry, prześpiegi. Bywały one wstępem do dalszych, bardziej wiążących rozmów. Przyzwoleniem na dalsze pertraktacje bywał zawsze poczęstunek z wódką, z którym występowali rodzice panny, albo przyjęcie wódki jako podarunku – przyniesionego przez swata i spełnienie stosownego toastu. Dopiero wówczas zaczynano wychwalać zalety młodych, rozmawiać o majątku i ustalać termin dalszych rozmów.

Dziewczęta z podkrakowskich wsi wydawano za mąż w wieku 16-18 lat, chłopcy żenili się po 20 roku życia, najczęściej po odsłużeniu służby wojskowej /25 lat/. Dopiero po ożenku młodzi osiągali jakby dojrzałość społeczną i od tej pory mówiono do nich używając formy „wy”/ Wojciechu, gdzie idziecie?/ Zamiast „ty”/gdzie idziesz/.

Następnym etapem domowych i rodzinnych matrymonialnych układów były zmówiny, czyli swaty, swaciny, inaczej dziewosłęby, rainy, rajby, snymby, swadźba. Tym razem była to oficjalna wizyta i rozmowa, która doprowadzała do wiążących ustaleń pomiędzy rodzinami młodych. Swaty tak jak zwiady odbywały się z zachowaniem odpowiednich form i obowiązującego konwenansu. W ustalonym terminie, odświętnie ubrany swat, przychodził do domu dziewczyny. Na piersi miał czerwoną wstążkę i bukiecik ruciany. Zaproszony do środka zajmował wskazane mu miejsce za stołem, co równało się z poważnym i godnym potraktowaniem zarówno swata, jak i posłannictwa, z którym przychodził.

Zwyczajem było, że dziewczyna, o której rozmawiano, kryła się w zakamarkach domu i nie uczestniczyła w rozmowach. Jeśli rozmowa przebiegała korzystnie, czyli oferta małżeńska została przyjęta, wzywano dziewczynę i jedynie dla formalności pytano ją o zgodę, a ona zwykle z zażenowaniem kiwała głową. Teraz można było przystąpić do układów majątkowych i wzajemnych zobowiązań, dotyczących wyposażenia młodych, ustalić termin i podział kosztów wesela, liczbę gości, skład drużyny weselnej itd.


Źródła:

  • Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowiska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
  • Reymont W.St., Chłopi, wyd. jubileuszowe, Rok Reymontowski 2000
Pierwsze miłostki, zaloty i swaty … Jak to było kiedyś?

Wycinanka ludowa – polska specjalność

Autor: Joanna Radziewicz. Źródło: rme.cbr.net.pl


Polska wycinanka ludowa liczy sobie już ponad 150 lat. Trudno precyzyjnie określić jej początki. Bardzo ważnym czynnikiem w rozwoju tej dziedziny sztuki było pojawienie się w latach 50-tych XIX wieku kolorowego papieru glansowanego, z którego wycinano pojedyncze motywy roślinne bądź zwierzęce i naklejano je bezpośrednio na wewnętrzne ściany, piece czy belki stropowe chałup.

Wycinankę „odkrył” krakowski malarz Leonard Strojnowski, który podczas malowania kościoła w Złakowie Kościelnym koło Łowicza, zwrócił uwagę na powszechnie występujące na tym terenie ozdoby z kolorowego papieru wieszane na ścianach lub u belek sufitów. Część prac przywiózł ze sobą do Krakowa, gdzie jesienią 1901 roku zorganizowano pierwszą wystawę wycinanek ludowych. Rok później w warszawskiej „Zachęcie” otwarto analogiczną prezentację już nie tylko wycinanek łowickich, ale też kurpiowskich, „podwarszawskich” i lubelskich. Wystawy te cieszyły się bardzo dużą popularnością, chociaż opinie o nich były dość zróżnicowane. Przeważało zdumienie z powodu oryginalności, prostoty i piękna tej rodzimej twórczości, chociaż nie obyło się również od słów krytyki a nawet drwiny z „tych wystrzyganek wykonanych z papieru pochodzącego z żydowskiego kramiku i przy pomocy nożyc do strzyżenia owiec” – pisał Antoni Śledziewski.

Wycinanka ludowa stanowiąca swoistą formę polskiej sztuki ludowej była wykonana wyłącznie z kolorowego glansowanego papieru. Inne tego typu wyroby, tworzone z białego papieru oraz innych materiałów nie są zaliczane do właściwych form tej gałęzi działalności artystycznej.

Szczytowy punkt rozwoju artystycznego wycinanka osiągnęła w drugiej połowie XIX wieku, stając się ważnym elementem zdobniczym izb wiejskich. W zależności od regionu pojawiły się nowe formy tej gałęzi sztuki, podkreślające odrębność danej grupy, a także eksponujące ambicje utalentowanych jednostek, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. W wycinance nie zdążył się jednak utrwalić społeczny nawyk jej stosowania. Wiele kobiet wycinało, ale nie wszystkie przystrajały nimi wnętrza swoich domów.

W 1924 roku Jerzy Warchałowski jako pierwszy opisał wycinanki, wyróżniając przy tym formy proste, wycięte z arkusza, symetryczne, powstałe w wyniku złożenia arkusza oraz wyklejanki z różnokolorowych elementów, tworzące wybrany motyw lub kompozycję. W kolorystyce dominowały czerwienie, odcienie zieleni, żółcie, granaty, a także kolory niebieski i złoty. Do najczęściej wycinanych wzorów należały drzewka kwiatowe, symbolizujące łącznik między niebem a ziemią, postacie kobiece, będące symbolem pramatki ziemi oraz motyw koguta, symbolizującego płodność. Popularne były też motywy abstrakcyjne w formie rozet czy kwadratów.

Kolorowe wycinanki kurpiowskie odzwierciedlają też wizerunki jeźdźców i myśliwych, łowicka kodra opowiada o ślubach i weselach, w Kołbieli występuje pękata sylwetka gospodyni niosącej kury, natomiast wycinanki z okresu PRL obrazują orkę, żniwa i wykopki.

Wycinanki były wycinane bezpośrednio, bez wcześniejszego rysowania wzoru, nożycami do strzyżenia owiec. Trzymając je za ostrza wykorzystywano energię sprężystej stali, co pozwalało na łatwe cięcie figur, wykrój arabesek, strzępienie brzegów i rytmizowanie zdobin. Szczególnie utalentowane kobiety szybko osiągały swój własny, niepowtarzalny styl, a dodatkową motywacją do tworzenia tych oryginalnych dzieł sztuki były różnego rodzaju konkursy.

Wycinanki znano już w Kongresówce i na ziemiach wschodniej Galicji, gdzie wykorzystywano je nie tylko do zdobienia mieszkań, ale także dekoracji gwiazd kolędniczych i szopek.

Najważniejsze regiony wycinkarstwa

1. Łowicki – słynący z wycinanek wielobarwnych,tworzących swoiste dzieła sztuki. Kolory były naklejane jeden na drugi i z tego względu wycinanki łowickie były nazywane naklejankami. Można spośród nich wyróżnić trzy grupy:

  • Kodry – to kolorowe wyklejanki ułożone na prostokątnych wydłużonych arkuszach białego papieru. Występowały one w dwóch odmianach: roślinnej i obrazkowej. Umieszczano je najczęściej na belkach pod sufitem.
  • Tasiemki – wyklejanki wykonane na dwóch identycznych sklejonych ze sobą papierowych wstęgach zakończonych ząbkami. W miejscu łączenia występował kwiat, gwiozda lub półkrążek. Tasiemki wieszano najczęściej pomiędzy świętymi obrazami.
  • Gwiozdy – kolorowe formy o motywach roślinnych, zoomorficznych i antropomorficznych nakładane na biały krążek papieru o nieregularnych brzegach. Umieszczano je najczęściej na belkach między kodrami, mogły też stanowić zwieńczenie tasiemek.

2. Kurpiowski – wycinanki pojawiły się na tym terenie w połowie XIX wieku. Ten rodzaj dekoracji domostw występował niemal w każdej rodzinie niezależnie od zamożności. W przypadku wycinanek kurpiowskich widać wyraźny wpływ kultury żydowskiej. Charakterystyczne dla tego obszaru typy to:

  • Leluje – jednobarwne lub wielobarwne wycinanki w formie drzewek wychodzących z wazonów.
  • Gwiazdy – okrągłe jednobarwne wycinanki wzbogacone pośrodku kolorowymi akcentami. Najpopularniejszym motywem cięcia była ażurowa siatka z niewielkimi motywami geomatyrycznymi. Umieszczano je najczęściej na bocznych ścianach belek, a z czasem także na ścianach.
  • Kolorowe wyklejanki z motywem koguta, pawia czy jeźdźca na koniu –najczęściej skomponowane asymetrycznie techniką naklejania, umieszczane na ścianach lub w formie fryzów.

3. Rawski – wycinkarstwo rozwinęło się w południowej części tego regionu, w ośrodkach takich jak Zakościele, Rzeczyca, Królowa Wola, Grotowice i Liciążna. Tutejsze dzieła to najczęściej symetryczne naklejanki występujące po obu stronach obrazu lub lustra. Funkcjonowały tutaj następujące rodzaje wycinanek:

  • Rózgi – symetryczne wycinanki pionowe, kształtem przypominające kurpiowskie leluje, najczęściej zakończone parą kogutów.
  • Kółka- formy okrągłe płaskie lub przestrzenne, wielobarwne lub jednobarwne, charakteryzujące się abstrakcyjną ornamentyką.
  • Kwadraty – jednobarwne lub wielobarwne wycinanki o skrzyżowanych czterech osiach symetrii, najczęściej wieszane skośnie. Naklejone na siebie w kilku odmianach kolorystycznych mogły stanowić zwieńczenie wstążek.

4. Sieradzki – na przełomie XIX i XX wieku wycinanki sieradzkie miały w pełni wykształcone wszystkie podstawowe formy. Stanowiły ozdobę ścian, belek, okapów kuchennych i półek. Wśród motywów przeważały tutaj elementy geometryczne lub abstrakcyjne, zbudowane z prostych wycinankowych elementów. Najciekawsze formy to:

  • Wierzby – kolorowe wyklejanki skomponowane w oparciu o rysunek rośliny doniczkowej.
  • Cacka – dzieła jednobarwne, okrągłe lub kwadratowe z elementami zdobniczymi w kształcie księżyca, mlecza, drabinki i trójkąta.
  • Mazury – wielobarwne wyklejanki tworzone przez nakładanie na siebie kilku cacek o różnych rozmiarach i kolorach.

5. Lubelski – wycinanki występujące na tym terenie charakteryzują się prostotą. Są to najczęściej formy płaskie, jednokolorowe, z motywem geometrycznym w postaci rombów, trójkątów, owali, strzałek i zawijasów lub roślinnym. Wśród tej grupy można wyróżnić: wycinanki o układzie paskowo-wstęgowym, które były złożone z rytmicznie powtarzających się motywów oraz wycinanki o kompozycji wieloosiowej, przybierające kształt kwadratu, koła, wieloboku czy gwiazdy.

6. Opoczyński – na tym terenie wycinanki były wykorzystywane jako element dekoracyjny i często łączono je z papierowymi kwiatami. Najbardziej charakterystyczną formą dla tego regionu był kwadrat opoczyński, z misternie wyciętymi ażurami, często wielobarwny z harmonijnie zestawionymi motywami roślinnymi, zwierzęcymi i geometrycznymi. Z innych form występujących w tym regionie można zaliczyć: wstęgi zdobione strzępiastym paskiem, parzyste lub kilkakrotnie powtarzające się we fryzach sylwety z postacią ludzką lub zwierzęcą, trójwymiarowe serca, wielobarwne rózgi oraz ziela o sylwecie trójliścia.

7. Kołbielskogarwoliński – na rozwój sztuki wycinkarskiej na tym terenie duży wpływ miało otwarcie fabryki papieru glansowanego w Jeziornie nad Wisłą. Najbardziej charakterystyczną formą wycinanek kołbielskich były sylwety kobiet z kokoszki, natomiast w przypadku powiśla garwolińskiego na uwagę zasługują gwiazdy rogowe z ząbkowatymi krawędziami i pasowym rytmem rombów lub kropel.

Indywidualności twórcze z zakresu wycinkarstwa

Przez wiele dziesięcioleci wycinkarstwo było traktowane jako twórczość zbiorowa, a więc jakby anonimowa. Stosowano nazwy ogólnikowe takie jak: wycinanka kurpiowska, łowicka czy opoczyńska, chociaż pochodziły one z konkretnych wsi, a ich wykonawczynie były prawdopodobnie znane. Jednak w latach powojennych, gdy popularne stały się różnego rodzaju konkursy i wystawy, nazwiska twórców zaczęły mieć bardzo duże znaczenie. Zaczęto wówczas podpisywać prace, a nawet posługiwać się swoim własnym stemplem z imieniem, nazwiskiem i adresem zamieszkania.

Od lat funkcjonowały jednak indywidualności twórcze, które wypracowały swój niepowtarzalny styl i strzegły swoich praw autorskich. Jedną z najwybitniejszych wycinarek łowickich z przełomu XIX i XX wieku była Franciszka Malczykówna-Burzyńska z Błędowi, która chroniła swoich wzorów i „niechętnie dawała swoje wycinanki na modę”. Zupełnie inną postawę reprezentowała inna artystka, Jadwiga Klimkiewicz, która w przeciwieństwie do swojej krajanki, chętnie dzieliła się swoimi osiągnięciami i stworzyła w Błędowi bardzo prężny ośrodek tej dziedziny twórczości ludowej. Bez trudu można też odróżnić precyzyjny styl wypracowany przez Rozalię Polak, Helenę Fąk, Piotra Puławskiego, Czesławę Konopkównę czy Stefanię Bukułową.

Artystkami wyróżniającymi się oryginalnością w tworzeniu wycinanek ludowych w zarówno w okresie międzywojennym, jak i w drugiej połowie ubiegłego stulecia były m.in.:

  • Zofia Świderka z Powiela,
  • Józefa Siwek z Zakościela
  • Rozalia Skrodzka,
  • Anna Korecka,
  • Franciszka Malczykówna,
  • Jadwiga Klimkiewicz,
  • Józefa Strycharska,
  • Janina Strycharska-Wawrykowicz,
  • Urszula Żaczek,
  • Elżbieta Żaczek,
  • Anastazja Bogusz,
  • Maria Kołaczyńska,
  • Justyna Grzegory,
  • Maria Grzegory,
  • Katarzyna Guzek.

Współczesne badania dowiodły, że sztuka tworzenia pięknych wycinanek ludowych powoli przechodzi do przeszłości. Dziś na Powiślu nie wycina już nikt, a w regionie kołbielskim żyje jeszcze kilka kobiet, które były kiedyś znanymi wycinarkami, ale z braku zainteresowania tą formą działalności artystycznej zaniechały tej czynności. Podobna sytuacja występuje na terenie kurpiowskiej Puszczy Białej, a także w regionie rawsko-mazowieckim, opoczyńskim i sieradzkim. Jedynie w obrębie kurpiowskiej Puszczy Zielonej i w łowickiem sztuka ta jest wciąż żywa i w okresie wzmożonego ruchu turystycznego cieszy się ona dość dużym powodzeniem. Wycinanki ludowe wykonywane jak przed stu laty nożycami do strzyżenia owiec są dzisiaj już tylko ciekawostką etnograficzną i świadectwem dawnej i współczesnej kultury polskiej. Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że taka forma twórczości nie występowała w żadnym innym kraju europejskim.


Literatura:

  1. Śledziewski, A.: Wycinanka polska. Warszawa: LSW, 2008.
  2. Jackowski, A.: Polska sztuka ludowa. Warszawa: Wydaw.Nauk. PWN, 2007.
  3. Kraczoń K.: Wycinanka ludowa [online]. Dostępny w Word Web: http://www.kulturaludowa.pl/widok/240/353
Wycinanka ludowa – polska specjalność

Gody w dawnej Żegocinie

Źródło: zegocina.pl


Czesław Blajda „Żegocina dawna i współczesna”, Żegocina 1993:

WIGILIA

W obrzędach tych przechowały się resztki dawniejszych wierzeń z czasów poprzedzających przyjęcie wiary chrześcijańskiej. Wierzono np., że dzień wigilijny Bożego Narodzenia przepowiada i decyduje o tym co nas czeka w ciągu przyszłego roku. Dzieci mają być grzeczne i spokojne, by nie dostać bicia w myśl przysłowia: „Wilija dzieci bija”. Dawniej stawiano „podłaźnice” na oborze by bydło się darzyło, a krzyżyki z gałązek jodły nad drzwiami i oknami na szczęście w ciągu nowego roku. Gdy na niebie ukazała się pierwsza gwiazdka domownicy zasiadali do „obiadu wigilijnego”, stół zaścielano sianem, zaś podłogę słomą.

Do wspólnego stołu zapraszano służbę domową i żebraków. „Obiad” składał się dawniej z nieparzystej liczby potraw, co oznaczało możliwość przybytku, a z każdej potrawy odkładano łyżkę dla bydła. Po wieczerzy („obiedzie”) gospodarz odwiedzał oborę i sad, a w sadzie  prowadził z drzewami owocowymi monolog „będziesz rodziło czy nie, jak nie, to cię zetnę”, kończył się on wezwaniem „stoisz czy śpisz, Chrystus się rodzi, stań i ty bo musisz rodzić”. Dziewczęta w wieczór wigilijny nadsłuchiwały głosu psa, bo z której strony zaszczeka, z tej przyjdzie w Święta kawaler. W noc wigilijną na jeden moment woda zamieniała się w wino, a o północy bydło i zwierzęta rozmawiały ludzkim głosem itp.

GODY

Od Bożego Narodzenia do Trzech Króli następowały „Godnie święta” dla służby domowej, która udawała się do swej rodziny w odwiedziny i na wypoczynek. Goście, przychodząc w Boże Narodzenie, życzyli domownikom: „Na szczęście, na zdrowie na to Boże Narodzenie niech się wam tu darzy wszystko stworzenie”. Wieczorem w Boże Narodzenie przychodzili do dziewcząt „podłaźnicy” z poczęstunkiem, obierali choinki z owoców i ciastek, a która miała bogatszą choinkę to miała więcej „podłaźników”.

NOWY ROK

Wieczorem w Sylwestra chodzili młodzi chłopcy zwani „nowoleciętami” lub „scodrocorzami”. Za oknami wygłaszali orację: „Przyszliśmy tu po kolędzie, niech wam za przykro nie będzie. A czy będzie, czy nie będzie sam Pan Jezus chodził po kolędzie – kolędować będziemy!” i śpiewali kolędę obracając oświetloną gwiazdą z bibuły. Po zaproszeniu do izby chwalili Pana Boga i mówili: „Piekaliscie tu scodroki powiadali nam, a jak niepiekaliście dajcie chleba krom, Zapłaci wam sam Pan Jezus i ten święty Jon”.

Nowolecięta „wyciapywali kopy” (źdźbła słomy tkwiące pod powałą od Wigilii i mówili: „Na szczęście, na zdrowie, na ten nowy rok, niech się wam tu rodzi pszenicka i groch, niech się wam tu rodzi pszenicka, sazycka (mieszanka pszenicy z żytem), zeby była na drugi rok największa kuklicka”.

Gdy gospodarze ich nie przyjęli i nic im nie dali mówili za oknami: „Przyleciała sarna, nasrała w żarna, sama gospodyni kukiełki zeżarła, niech się wam tu rodzi pszenicka jak igły, sazycka jak szpilki, bo tu nie dostanie kukiełki nigdy”.

KOLĘDA

Po Nowym Roku chodzili dorośli kolędnicy z turoniem i żydem, Herody z żołnierzem, śmiercią i diabłem oraz młodsi kolędnicy z szopką. Kolędnicy z Herodem organizowali ciekawe przedstawienia, a po nim odbywała się zabawa taneczna. W okresie międzywojennym proboszcz w Żegocinie zakazał chodzenia i przyjmowania kolędników oraz organizowania zabaw.

Od Nowego Roku do końca stycznia chodzą po kolędzie ksiądz z organistą i kościelny. Dawniej po wyjściu księdza panny na wydaniu starały się pierwsze usiąść na stołku, na którym siedział ksiądz by wyjść w tym roku za mąż.


W kręgu żegocińskich baśni, obyczajów i zwyczajów, Żegocina 1998:

Boże Narodzenie i gody

W Boże Narodzenie nie gotowano obiadu, bo podgrzewano potrawy pozostałe z wigilii i raczono się plackami. Były to przeważnie drożdżowe kołacze z mniejszą lub większą ilością sera i ciasta drożdżowego bez żadnych dodatków (czasem z rodzynkami) tzw. buchty. Boże Narodzenie było świętem rodzinnym, w którym nie składano wizyt. Nie wolno też było zamiatać podłogi czy klepiska, by nie „wymieść” domowego bogactwa. Dopiero dzień św. Szczepana był dniem odwiedzin i wesołości. Do zamiecionych izb przychodzili goście, składali życzenia, czasami przynosili z sobą opłatek, gościli się i śpiewali.

W kościele na sumie odbywało się święcenie owsa, który po przyniesieniu do domu dawano koniom, by nie chorowały. Swawolni chłopcy posypywali owsem, a nieraz plewami dziewczęta jeszcze w czasie nabożeństwa, a one też nie pozostawały im dłużne. Gospodarz wracając z sumy do domu chwalił Pana Boga, a potem trzykrotnie posypywał izbę i domowników mówiąc: „Uciekaj stąd stary diable z ostem, bo tu idzie św. Szczepan z owsem”. Następnie po dosypaniu święconego owsa koniom do obroku chował resztę, by ją dodać do wiosennego siewu, aby się udał i nie był zachwaszczony.

Kolędnicy

Od Bożego Narodzenia przygotowywano się do „chodzenia po kolędzie”. Chodzili głównie chłopcy. Niektórzy zaczynali już od Bożego Narodzenia. Główne nasilenie kolędników czyli tzw. „nowoleciąt” było w wigilię Nowego Roku czyli w Sylwestra. Chodziły całe grupy kolędnicze z gwiazdą, turoniem, szopką. Niektórzy przygotowywali jasełka, w których grali liczni aktorzy. Przygotowanie jasełek było pracochłonne i należało ćwiczenia rozpocząć odpowiednio wcześnie. Zwykle zaczynano już w listopadzie. Często pracą kierowali nauczyciele, oni też pomagali szyć kostiumy i dekoracje.

Zakończenie starego roku i powitanie nowego

Na zakończenie starego roku mieszkańcy brali udział w nabożeństwie dziękczynnym. W czasie uroczystych nieszporów dziękowano Bogu za wszystkie otrzymane łaski i proszono o błogosławieństwo na cały Nowy Rok. Administrujący parafią ksiądz proboszcz dokonywał podsumowania mijającego roku z podaniem ważniejszych wydarzeń, zakończonych prac, stanu liczbowego mieszkańców, narodzin, zgonów, chrztów i zawieranych małżeństw. Po nabożeństwie wszyscy spieszyli się do domów, a szczególnie młodzież i dzieci, bo zaraz wyruszały grupy kolędnicze. Najwięcej przychodziło kolędników z gwiazdą. Ruchomą gwiazdę osadzoną na osi niósł jeden chłopiec. W środku osi była świecąca się świeczka. Zwyczaj chodzenia z gwiazdą, z turoniem, z szopką przetrwał do czasów obecnych, z tym, że dzisiaj nie ma już świeczki. Osiągnięcia techniczne pozwoliły na nowe rozwiązania.

Rodziny czekały na „nowolecięta”, bo od ilości grup kolędniczych zależała pomyślność w Nowym Roku. Kolędnicy podchodzili pod okna i uderzając owsem o szyby lub tylko jedliczką składali życzenia:

„Na szczęście, na zdrowie na ten Nowy Rok,
Aby was nie bolata głowa ani bok.
Aby wam się rodziła i kopiła
Pszenica ijarzyca, żytko i wszystko,
Abyście mieli w każdym kątku po dzieciątku,
W stodole, na polu, w oborze Co daj Panie Boże”

lub

„Na szczęście, na zdrowie na ten Nowy Rok,
żeby się Wam rodziła kapusta i groch.
W każdym kątku po dzieciątku,
A na piecu troje,
Które będzie najładniejsze
To będzie moje”.

W obecnych czasach kolędnicy mówią tylko: „Na szczęście, na zdrowie na ten Nowy Rok”, a następnie śpiewają kolędy. Niestety znają ich mało, powtarzają się ciągle te same i najwyżej po 2-3 zwrotki. Kiedyś prezentowali różnorodne, przeważały humorystyczne pastorałki. Głosy też były bardziej wyćwiczone, bo w domach często śpiewano, a nie tylko słuchano.

Młodociani kolędnicy dostawali od gospodyni tzw. „scodroki” czyli małe kołaczyki specjalnie pieczone na tę okazję. Dzisiaj obdarza się kolędników pieniędzmi.Jeśli po kolędzie przychodzili starsi, a w domu były dorastające panny, to gospodarze zapraszali do wnętrza i częstowali. Gdy znalazł się w grupie posiadacz akordeonu, to spotkanie kończyło się tańcami.

Za otrzymany poczęstunek kolędnicy dziękowali:

„Za kolędę dziękujemy, zdrowia, szczęścia winszujemy,
Bądźcie państwo szczęśliwymi także błogosławionymi na ten Nowy Rok!”

lub:

„Byście państwo zdrowi byli zamiast wody winko pili na ten Nowy Rok!”

W Rozdzielu jeszcze do tej pory chodzą kolędnicy od domu do domu nie opuszczając ludzi w zaawansowanym wieku. Wszędzie są mile witani, a szczególnie u p. Bobowskich.

Przy pożegnaniu śpiewają gospodarzowi:

„Niech gospodarz wesół będzie, że nas przyjął po kolędzie”.

a gospodyni:

„A gosposi jeszcze cosik, niech na jarmark jaj nie nosi”.

Zdarzali się także tacy gospodarze, którzy bojąc się straty, nie przyjmowali kolędników. Otrzymywali za to od nich stosowne, czasem niewybredne podziękowanie w rodzaju:

„Wiwat, wiwat już idziemy,
Za kolędę dziękujemy.
Będziemy wnet ogłaszali,
Że tu skąpcy nic nie dali.
Hej kolęda! Hej kolęda!”

Bywały jednak o wiele ostrzejsze „podziękowania”, które gospodarze musieli jakoś przełknąć. Śmiano się też z ich skąpstwa, co zwykle pomagało i na następny rok przyjmowali już kolędników.

Z szopką kolędnicy chodzili nawet do 2.11 czyli do Matki Bożej Gromnicznej. W tym dniu rozbierano też choinkę. Jeśli było w domu mało miejsca lub igły się z niej obsypywały czyniono to już w Trzech Króli (6 stycznia). Obecnie w trosce o ochronę lasów stosuje się choinki z tworzywa.

Jeszcze w okresie międzywojennym w gospodarstwach zatrudniających służbę (parobków lub dziewczyny do pomocy), gospodynie piekły kołacze i wręczały je pomagającym, by odnieśli do domów rodzinnych jako tzw. „nowe latko” wraz z roczną „zasługą” czyli należnością za przepracowany okres. Udający się do domów otrzymawszy też z tytułu kilka dni urlopu.

Trzech Króli [6.1]

W tym dniu winno się w zasadzie święcić dary, które przynieśli Trzej Królowie Jezusowi do szopki (mirra, kadzidło i złoto). W naszych kościołach święci się kadzidło i kredę. Po powrocie do domu nad drzwiami gospodarz kreśli znaki K+M+B. Mają one strzec domostwo od wszelkiego zła przez cały rok. Poświęconą kredą zataczano też krąg, by szatan nie miał do człowieka dostępu. W święto Trzech Króli chodzą od domu do domu chłopcy stosownie przebrani i śpiewają kolędy związane z tym dniem, jak: „Mędrcy świata monarchowie, gdzie spiesznie dążycie”.

Matka Boża Gromniczna [2. luty]

W tym dniu święci się gromnice, które później daję się do dłoni osobom opuszczającym ten świat, by Matka Boża była przy nich aż do ostatniego tchnienia i zapewniła im szczęśliwą wieczność. Światło gromnicy w wielu domach płonie w czasie wyładowań elektrycznych, a ich mieszkańcy wierzą, że Matka Boża ustrzeże ich od wszelkiego zła.

Dawniej po powrocie z kościoła do domu w Gromniczną zapalano świecę i płomykiem zataczano krzyż na suficie izby. Obecnie nie przestrzega się już tego zwyczaju, bo starsi odeszli w drogę, z której się nie wraca, z młodzi nie wiedzą lub nie pamiętają. Kiedyś gromnica bywała obowiązkowo wykonana z wosku i po zapaleniu pięknie pachniała. Już sam zapach miał właściwości lecznicze. Dzisiaj świec woskowych nikt już nie produkuje, a to ogromna szkoda. Z Matką Bożą Gromniczną związana jest też legenda opowiadająca o tym, jak to Święta Panienka odpędzała światłem gromnicy wilki od siedzib ludzkich. Jeszcze dzisiaj można spotkać obrazy przedstawiające Matkę Bożą z gromnicą w ręku wśród przerażonych wilków.

Gody w dawnej Żegocinie

Legenda o Gródku z Żegocina

Autor: Tadeusz Olszewski. Źródło: zegocina.pl


Wędrując po okolicach Żegociny możemy dotrzeć do wielu ciekawych, atrakcyjnych z różnego punktu widzenia, miejsc. Są wśród nich także takie zakątki, które mają w sobie klimat tajemniczości i o których krążą legendy opowiadane z przez kolejne pokolenia następnym generacjom mieszkańców urokliwej gminy.

W 1998 roku staraniem Stowarzyszenia Rozwoju Gminy i Wspierania Przedsiębiorczości w Żegocinie, ukazała się książka pt. „W kręgu żegocińskich baśni, obyczajów i zwyczajów”. Część tego wydawnictwa zajmują legendy, spisane przez panią Zofię Wiśniewską. Postanowiłem podążyć śladem tych legend i poznać miejsca, o których w nich mowa. Jednym z pierwszych odwiedzonych miejsc jest wzniesienie, ukryte w prywatnym lesie na pograniczu Bełdna w gminie Żegocina i Kamionnej w gminie Trzciana, zwane Gródkiem. Moim przewodnikiem był pan Józef Dudzic z Bełdna, którego dom znajduje się przy drodze prowadzącej do legendarnego wzniesienia.

W czasie marszu na Gródek pan Józef opowiada przypowiastkę. – Kiedy ksiądz w żegocińskim kościele wychodzi w niedzielę palmową na procesję, to – jak głosi dawne podanie – na Gródku otwierają się drzwi do skrytej wśród listowia piwnicy. To jedyny w roku czas, gdy można wejść do lochu i zabrać tyle złota, ile się tylko da. Ale trzeba pamiętać, że należy wyjść z piwnicy zanim po procesji zamkną się z powrotem drzwi w żegocińskim kościele. Jeśli się nie zdąży, to trzeba czekać w lochu przez cały rok, aż znowu na procesję wyjdzie ksiądz w niedzielę palmową – mówi pan Józef, opowiadając także, że umawiał się z jednym z żegocińskich wikariuszy na przyjście w niedzielę palmową na Gródek.  Ksiądz niestety nie przyszedł, a dziś już go nie ma w Żegocinie, bo pracuje w innej parafii.

Po kilku minutach przyjemnego marszu podchodzimy pod wzniesienie, na którym wyraźnie odcina się jakby kopiec o średnicy kilkunastu metrów. Kiedy dostajemy się na szczyt widzimy wyraźne zagłębienie w terenie, coś jakby krater wulkanu.

Miejsce wyraźnie góruje nad okolicą, choć tego dokładnie nie widać, bo panoramę przesłaniają rosnące wokół drzewa. Dojście do wzniesienia od strony Bełdna jest dosyć łagodne, natomiast zejście z stronę Kamionnej bardzo strome. Chyba nikt tędy nie schodził, ani od strony Kamionnej na Gródek tędy nie wychodził.

Kiedy znajdujemy się na tajemniczym wzniesieniu zaczyna pracować moja wyobraźnia. Przed oczami staje mi drewniany warownia, posadowiona na najwyższym w okolicy wzniesieniu. Ułożona z drewnianych bali palisada, brama wejściowa z drewnianą kratą, jakaś wieża, po której przechadza się wojownik, bacznie obserwujący okolicę … Tak mogło  być, ale czy było ? Trudno bez badań archeologicznych stwierdzić, czy rzeczywiście było tu warowne grodzisko. Ludzie mawiają, że w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. Legenda głosi, że warowny gród był, tylko się zapadł.

Poznajmy więc legendę, a właściwie dwie legendy, które cytujemy za książką „W kręgu żegocińskich baśni, obyczajów i zwyczajów”

Zagadkowy Gródek

Pomiędzy Kamionną i Bełdnem jest porośnięte lasem wzniesienie, które zwie się Gródkiem. Stare podanie głosi, że przed wieloma laty na tym wzgórzu wznosił się warowny gród. Solidne mury skutecznie chroniły jego mieszkańców przed atakami wrogów, bandami różnych rzezimieszków lub źle usposobionych sąsiadów. Ogromne piwnice mogły pomieścić wiele zapasów żywności, głęboka studnia gwarantowała dostatek wody, a podziemne przejścia zapewniały ucieczkę obrońcom w przypadku konieczności opuszczenia warowni, gdyby wraże siły były za duże i brakowało środków obrony.

Do Gródka chronili się też mieszkańcy pobliskiej osady, gdy zaczęło zagrażać niebezpieczeństwo najazdu. Przyprowadzali ze sobą rodziny i cały swój dobytek, by go uchronić przed zagładą. Pan Gródka przyjmował chętnie wszystkich, bo dodatkowe ręce do obrony zawsze się przydały.

Sytuacja taka trwała przez wiele lat, aż do momentu odejścia do innego, lepszego ze światów ostatniego przedstawiciela starego rodu. Gródek zakupił nieznany człowiek, który po załatwieniu formalności zamieszkał w warownym zamku. Nowy właściciel okazał się bardzo złym człowiekiem. Myślał tylko o powiększeniu majątku kosztem swych poddanych. Zwiększył im pańszczyznę. Wydłużył dzień pracy, a za wszystkie przewinienia prawdziwe i urojone karat chłostą. Teraz już nikt nie szedł do Gródka, by chronić się przed wrogiem, ani też prosić o jakąkolwiek pomoc.

Mijały lata, ludzie żyli w ciągłym strachu przed okrutnym panem, aż przyszedł zupełnie nieudany rok. Po bardzo ciężkiej zimie nastała późna i mokra wiosna, a potem jeszcze gorsze lato. Na małych chłopskich poletkach prawie nic się nie urodziło, a gdy przyszło do zbiorów spadł przedwczesny śnieg i mróz ścisnął ziemię. Biedni ludzie pozostali bez zapasów żywności i zaczęli chorować z głodu. Pewnego razu wynędzniała kobiecina, która nie miała w piwnicy ani jednej rzepy czy brukwi, zabrała swe najmłodsze dziecko, owinęła je chustą i poszła do dziedzica, by prosić go o kromkę chleba lub inne wsparcie. Wówczas ten zły człowiek podniósł z ziemi kamień i z szyderczym uśmiechem podał kobiecie. Biedaczka podniosła do nieba rękę w milczeniu pogroziła okrutnikowi i płacząc odeszła. Ledwie minęła bramę, gdy ziemia gwałtownie się zatrzęsła, otworzyła swe wnętrze, pochłonęła warownię wraz z jej właścicielem i wszystkim cokolwiek się w Gródku znajdowało. Na świeżą ziemię posypał się grad kamieni i zaległa cisza.

Nikt już więcej nie widział okrutnego pana, ale ze strachem mijano miejsce, gdzie niegdyś był gród. Podobno okrutny pan jeździł po śmierci co noc siwymi końmi z „Gródka” przez „Przylasek” do sądu w Wiśniczu. Opowiadano, że nocą zapalają się tam jakieś światełka, słychać dziki śmiech, czasem płacz lub nawoływanie.

Mieszkańcy starali się unikać tego miejsca. Jednakże pewnego razu z długiej wojaczki wrócił odważny żołnierz. Często podkreślał, że widział różne dziwa, wiele przeżył, bo śmierć nieraz zaglądała mu w oczy. Dlatego żadnych strachów się nie boi. Kiedy opowiadano mu o Gródku, postanowił się tam wybrać, aby udowodnić, że to tylko ludzka wyobraźnia stworzyła te koszmary. Wkrótce zamiar wprowadził w czyn. Zabrawszy gruby kij poszedł o północy do Gródka. Nikt mu nie towarzyszył, bo każdy był podszytym strachem. Wszyscy mieszkańcy powychodzili jednak z domów i czekali, co to z tego wyniknie. Nagle od strony Gródka rozległy się przeraźliwe krzyki i wołania o pomoc. Nikt jednak nie pobiegł, by jej udzielić. Na drugi dzień, gdy żołnierz nie wrócił, wyruszyła cała wieś, by go szukać. Niestety po zuchu przepadł wszelki ślad, tylko jak dawniej nad Gródkiem ukazywały się nocą migotliwe światełka.

Inna wersja podania głosi, że na podgrodziu w jednym z domów mieszkała bezbożna kobieta, która w niedziele i święta wykonywała różne ciężkie prace. Sąsiedzi upominali ją, by tego nie czyniła, bo spotkają zasłużona kara, ale ona nic sobie z tego nie robiła. W Niedzielę Palmową, gdy wszyscy udali się do Żegociny na sumę, by starodawnym obyczajem poświęcić palemki, ona piekła chleb. Gdy przyszedł czas wyjmowania chleba z pieca, okazało się, że wszystkie bochenki skamieniały, a potem dziwną jakąś mocą wytoczyły się przez otwarte drzwi na pole i nabierając pędu pomykały po zboczu. Kiedy były u podnóża wzniesienia rozległ się huk, zatrzęsły się mury warowni i Gródek zapadł się pod ziemię, a kamienie z murów obronnych przybrawszy również kształt bochnów chleba, rozsypały się wokoło. Odtąd w czasie sumy w Palmową Niedzielę obok zagłębienia po grocie ukazuje się diabeł, który liczy pieniądze. Zbieracze grzybów i jagód, gdy zapędzą się do Gródka, znajdują czasem dziwne kamienie mniejsze i większe mające kształt bochenków chleba.

Chcąc odkryć tajemnice Gródka należałoby przeprowadzić badania archeologiczne. Samo wzniesienie przemawia za tym, że zostało uformowane ludzką ręką. Zagłębienie na środku wzniesienia może być dawną studnią dostarczającą życiodajnej wody mieszkańcom grodu. Prawdopodobnie kamienie prezentują kulturę łużycką i być może były żarnami do mielenia zboża.

W Bełdnie (dawniej Belne) znaleziono w latach sześćdziesiątych XX wieku rzymski pieniążek, co dowodziłoby, że tędy przebiegał handlowy szlak, którym podążali kupcy z południa i wschodu po „złoto północy”, czyli bursztyn, zwany także jantarem. Istnieją plany badań archeologicznych, ale brak funduszów skutecznie oddala w bliżej nieokreśloną przyszłość termin ich rozpoczęcia.

Pozostają tylko piękne baśnie i podania wyrażające marzenia ludzi i pozwalające tworzyć różne fantastyczne wydarzenia, które mogły, choć nie musiały wystąpić. Zaskakującym było to, że Niemcy, którzy w czasie okupacji przybyli do Bełdna pytali o „zamek – Gródek – warownię obronną”. Opierali się na mapach sztabowych, na których było naznaczone „miasto grodowe”. Może myśleli, że zamek istnieje i można go ogołocić z bogactw? Ale, zamku nie ma. Pozostała tylko wiele mówiąca nazwa – Gródek.

Legenda o Gródku z Żegocina