Kaszubskie Zaduszki i związane z nimi dawne tradycje

Autor: Andrzej Busler. Znalezione na: http://www.kaszubi.pl/o/gdynia/artykulmenu?id=562


Co roku w pierwszych dniach listopada, odwiedzamy groby naszych bliskich, przyjaciół i znajomych, którzy odeszli z ziemskiego świata. Każdego roku, pierwsze listopadowe dni są dla wielu z nas chwilami zadumy i wspomnieniem zmarłych. Uroczystość Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny, dziś wygląda już zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. Także w ten obszar wkracza wszechobecna komercja i seryjna tandeta. Stare obrzędy, kultywowane przez dziesiątki, czasem setki lat są wypierane przez nowe zwyczaje. Wielka szkoda, że część dawnej tradycji, choćby w formie ustnej, nie jest przekazywana w następne pokolenia. W zdecydowanej większości wiedza naszych pradziadów, w której zapisany był pewien rodzaj mądrości ludowej odchodzi w zapomnienie. Jak wyglądało to dawniej na Kaszubach?

Zwyczaje związane z Dniem Zadusznym i Świętem Wszystkich Świętych

Oprócz tradycyjnych zwyczajów, kontynuowanych do dzisiaj, związanych z odświętnym przygotowaniem grobów, kultywowano wiele innych zwyczajów, których próżno dziś szukać.

Dawniej, ludność kaszubska powszechnie wierzyła, że w Dzień Zaduszny, dusze zmarłych przychodzą na swoje groby. Aby sprawić im przyjemność, podobnie jak dzisiaj przystrajano mogiły gałązkami świerku oraz kwiatami. Gospodynie plotły specjalny wieniec ze świerku, zwany lebensbaum. Przed uroczystościami Wszystkich Świętych kobiety wypiekały niewielkie bochenki chleba, które dzieci rozdawały w przeddzień święta ubogim, by modlili się za dusze czyśćcowe.

Podobnie jak dziś, na początku listopada, cmentarze rozświetlał blask tysięcy świec, zwany przez Kaszubów wiecznym widem (wiecznym światłem).

Według wierzeń w dzień Wszystkich Świętych, przy mogiłach gromadziły się dusze czyśćcowe, mające w tym czasie przywilej od Boga, związany z opuszczeniem po południu bram czyśćca. Dusze czyśćcowe będące tego dnia przy swoim grobie, mogły za sprawą modlitwy swych bliskich dostąpić wybawienia. Najbardziej skuteczną metodą było w tym wypadku odmawianie różańca.

W Dzień Zaduszny funkcjonował dawniej zwyczaj, dzisiaj już zupełnie nieznany – na cmentarzach można było spotkać grupy chłopców poprzebieranych za diabły i inne maszkary. Grupy takie były wyposażone w specjalne instrumenty – diabelskie skrzypce, grzechotki, klekotki, sznërë, knarë i burczybas (tradycyjne instrumenty kaszubskie). Tak przebrane i wyposażone zespoły miały za zadanie odpędzić złe duchy, które przeszkadzały wejść na cmentarz potępionym duszom.

Złe duchy i czarownice zatrzymywały wspomniane dusze poza cmentarzem, zwabiając je na orgie, przeszkadzając w wybawieniu.

Pierwsze listopadowe dni przesycone były ciszą i skupieniem. W domach, w których były piece, rozpalano ogień. Przy piecach, zostawiano miejsce na ławie dla przychodzących dusz, aby mogły usiąść i ogrzać się. Psy nie były wypuszczane na wolność. Wierzono, że mają one zdolność widzenia duchów i mogłyby przeszkadzać im w wędrówkach. Jeśli ktoś wybierał się w wieczorną podróż powinien trzymać się środka drogi. Masowe wędrówki dusz w tym czasie mogły sprawić, że idący drogą człowiek, mógłby przeszkadzać. Wynika to z faktu, iż dusze lubią chodzić bokiem drogi. Wolą też wąskie i mniej uczęszczane ścieżki, niż szerokie trakty.

Dawniej na Kaszubach w ciągu całego roku, starano się nie wylewać pomyj lub jakiejkolwiek wody między godziną 23 a 1 w nocy, aby nie zrobić krzywdy wędrującym w tych godzinach duszom pokutnym. Wymieniony zakaz był jeszcze bardziej surowy w dniu Wszystkich Świętych, kiedy to wzbraniano się przed tą czynnością przez całą dobę. Jeśli ktoś to czynił, zalecano wylewanie wody nisko przy ziemi. Zdarzało się, że taka osoba wymawiała ostrzeżenie skierowane do wędrujących dusz – në terô sã pòsënita, jeżlë wa tu jesta (no, teraz się posuńcie, jeśli tu jesteście).

W noc Wszystkich Świętych nie można było zostawiać na stole widelców oraz noży. Czyniono tak z obawy, iż wędrujące dusze mogą się pokaleczyć. Pozostawiano za to pożywienie, aby przychodzący z zaświatów byli przekonani o życzliwości i pamięci domowników. Wierzono, że dusze idą za kapłanem wracającym z procesji do kościoła, aby uczestniczyć w liturgii duchów. Msza święta rozpoczynała się o północy. Nikt z żywych w tym czasie nie mógł wchodzić do świątyni. Panowało przekonanie, że pokutujące dusze rozszarpałyby takiego człowieka żywcem.

W Dniu Zadusznym wzbraniano się przed pracą w polu, oraz wykonywaniem większych zajęć. Podobnie jak dziś, ludność odwiedzała tego dnia groby swych bliskich. Funkcjonował pogląd, że zapalenie świeczki na grobie przynosi duszy wielką ulgę i jest dla niej wielkim darem. Wykonanie tej czynnosci mogło przyczynić się nawet do rychłego zbawienia duszy. Zwyczaj palenia świec na grobach związany jest z prastarą symboliką ognia, który broni przed złem.

Modły za zmarłych trwały przez cały listopad zarówno w kościołach jak i domach gdzie ludność odmawiała wspólnie modlitwę różańcową. Wierni składali u kapłanów karteczki z imionami i nazwiskami zmarłych wraz z datkami. W ich intencji modlono się w czasie mszy świętej.

Starsi ludzie opowiadali często o spotkaniach z duszami bliskich lub sąsiadów. Temat ten powracał szczególnie w listopadowe dni. Sądzono, że zmarli ukazują się w konkretnym celu. Najczęściej była to prośba o modlitwę, czasem chodziło o bardziej przyziemne sprawy, związane np. z uregulowaniem długu czy wynagrodzeniem krzywdy, wyrządzonej za życia. Specjalnym rodzajem wizyt mieszkańców z zaświatów, bywali wyróżnieni nieliczni Kaszubi. Duch zagadnięty przez takiego człowieka, zobowiązywał się do tzw. chodzenia na pokutę. Zgodnie z tym zobowiązaniem, wspomniana dusza pokutująca oczekiwała każdego dnia, o ustalonej porze na swego wybawcę. Następnie wspólnie odmawiali modlitwę. Miejscem takich spotkań były najczęściej spokojne, mało uczęszczane okolice przy Bożych Mękach (przydrożnych kapliczkach). Żywy wymawiał pierwszą część modlitwy, natomiast dusza ją kończyła. Zdarzały się także przypadki nocnego odprawiania pokuty na Kalwarii Wejherowskiej i pielgrzymowania po jej stacjach.

Idąc wieczorem i napotykając nieznajomego, który mógł okazać się duchem, trzeba było najpierw wypowiedzieć słowa – wszelczi duch Póna Bòga chwôli(wszelki duch Pana Boga chwali). Jeśli po tym nieznajomy nie odzywał się, zalecano zadać następne pytanie – czegò të òde mie żądôsz? (czego ty ode mnie żądasz?). Duch nigdy nie rozpoczynał rozmowy jako pierwszy. Zdarzało się, że proszony przez niego o pomoc człowiek, nie chciał wypełnić pokuty. Wtedy wspomniana dusza przychodziła do takiej osoby wielokrotnie i hałasując dopominała się o to ponownie. Dusze pokutujące miały postać szarą i ciemną. Po wypełnieniu całej pokuty, przybysz z zaświatów dziękował swojemu wybawcy i przybierał jasny, świetlisty wygląd, jaśniejąc niebiańskim blaskiem, po czym znikał. Przed odejściem dusza pytała nieraz wybawiciela o jego życzenie. Panowało przekonanie, że osoba odprawiająca pokutę w niedługim czasie umrze. Reguła ta nie zawsze się sprawdzała. Zdarzało się, że taka osoba poznawała datę swej śmierci od wybawionej duszy.

Dusze czyśćcowe były dla modlących się za nie prawdziwymi sprzymierzeńcami w wielu ziemskich problemach, począwszy od tak prozaicznych spraw jak poranne budzenie, a skończywszy na pomocy w poważnych prośbach.

Śmierć i pogrzeb

Ciekawy jest fakt, iż śmierć nie budziła wśród Kaszubów wielkiego lęku. Uważano ją za normalne zjawisko – kòżdi ùmrze, czej jegò czas wińdze (każdy umrze, kiedy jego czas nadejdzie). Ważne było, czy człowiek który odchodził z ziemskiego świata należycie przygotował się do tego. Czy pozamykał i uregulował wszystkie swoje ważne sprawy. Dlatego też funkcjonowało pojęcie dobrej i złej śmierci. Dobra to ta, która przychodziła gdy człowiek był do tego należycie przygotowany, pojednał się z bliskimi i z Bogiem. Zła to najczęściej śmierć nagła, przerywająca wiele rozpoczętych spraw itd. W starych kaszubskich modlitewnikach możemy znaleźć modlitwy w intencji dobrej śmierci.

Kaszubi wyobrażali sobie śmierć jako chudą, bladą kobietę, okrytą białą płachtą. Stąd jej określenie – biôłô (biała). Jej zwiastunami były często sny, w których pojawiało się wypadanie włosów, piasek, mięso, wypiekanie chleba, wesele i bielizna. Wierzono, że szybka śmierć może spotkać człowieka zbyt często oglądającego swoje ręce lub zdejmującego często pierścionek z palca. Nadejście śmierci zwiastowały różne inne znaki w postaci dziwnych odgłosów i hałasów w domu, zatrzymanie zegara – jak chtos ùmrze, zégar sóm staje (jak ktoś umrze, zegar sam staje), chwytanie za klamkę i uderzanie w okno. Takie zwiastuny mógł dawać sam umarły swym bliskim, mówiąc o swojej śmierci i zbliżającym się pogrzebie. Śmierć zwiastowało zachowanie, niektórych zwierząt – wycie psa i hucząca sowa. Niechybnym jej zwiastunem mogła być także ukazująca się zjawa – sobowtór przyszłego nieboszczyka. Wierzono, że śmierć wchodzi do domu przez okno. Istniało ogólne przekonanie, że nie jest dobrze umrzeć o północy, gdyż zło ma wtedy więcej przystępu do ludzi, a dusza musi błąkać się w ciemnościach. Sam moment odchodzenia, agonii Kaszubi zwą ostatnią walką. Według wierzeń, przy łożu zmarłego gromadzą się zastępy dobrych i złych duchów, walczące o duszę umierającego. Dlatego tak ważna jest w tym momencie modlitwa bliskich oraz wieczny wid w postaci  palącej się gromnicy.

Po śmierci bliskiego, domownicy zatrzymywali zegary, aby nie przeszkadzały duszy przebywającej w pobliżu zwłok.

Pogrzeb poprzedzała tzw. pusta noc. W jej obrzędach uczestniczyli bliscy i znajomi zmarłego. Była to ostatnia noc przed dniem pogrzebu. Wyprawiano ją wyłącznie ludziom dorosłym, nigdy zmarłym dzieciom. W wielu miejscowościach kaszubskich mieszkali tzw. śpiewacy pogrzebowi, będący zazwyczaj mężczyznami. Osoby te przewodziły obrzędom pustej nocy, śpiewając charakterystyczne pieśni związane tylko z tym dniem. Przez całą noc trwały modlitwy za zmarłego. Sam zmarły leżał w otwartej trumnie przystrojonej kwiatami. Na stole stawiano krzyż, czasem tabakierę, która krążyła wśród żałobników. Okna izby były zasłonięte białym płótnem. O 23 oraz 3 w nocy podawano słodką kawę i chleb z masłem. Pustą noc kończono pieśnią:

Ju jidã do grobù smùtnégò, cemnégò,
Już mie nie òbaczisz, jaż dnia sądnégò

(Już idę do grobu smutnego, ciemnego,
Już mnie nie zobaczysz, aż do dnia sądnego)

Obrzędy pustej nocy kończyła wizyta księdza, który odprawiał pogrzebowe modlitwy za zmarłego oraz mieszkańców jego domu. Kapłan święcił również wóz, którym miała być transportowana trumna oraz początek drogi, którą kondukt żałobny miał udać się na cmentarz. Zwyczaj święcenia, powtarzała po księdzu często gospodyni domu.

Dziwne zjawiska można było zaobserwować u gospodarzy, którzy hodowali pszczoły. Na chwilę przed wyprowadzeniem trumny z domu, pszczoły przylatywały i siadały na oknie izby, w której leżał zmarły. Według wierzeń kaszubskich pszczoły przylatywały pożegnać się i podziękować swemu właścicielowi. Równocześnie witały jego następcę, który będzie się nimi zajmował. Zwyczajem było, że podczas wynoszenia zmarłego z domu, przepłaszano wszystkie należące do niego zwierzęta, aby to co w nich złe, poszło na cmentarz razem z ciałem ich właściciela. Najlepiej było, aby wymienioną czynność dokonał następca zmarłego. Jeśli czyniła to inna osoba to zwyczaj nakazywał, aby jej za to zapłacić. W innym przypadku zło mogło wrócić z powrotem. Często po wyprowadzeniu trumny przewracano wszystkie krzesła w pokoju gdzie leżał zmarły. Miało to na celu zatrzymanie szczęścia panującego w domu. Żałobnicy odprowadzając trumnę na cmentarz szli w pewnej odległości za nią. Wierzono, że za trumną idzie dusza zmarłego. Orszak żałobny najpierw udawał się do krzyża na terenie miejscowości, a następnie do kościoła. Od krzyża, wszyscy żałobnicy skupiali uwagę, kto będzie pierwszą postacią nadchodzącą z naprzeciwka. Jeżeli był to mężczyzna to następną zmarłą osobą we wsi był także przedstawiciel tej płci, jeśli niewiasta to pierwsza w wiosce umierała kobieta. Jeżeli z wieńców żałobnych opadały kwiaty był to znak, że w niedługim czasie wieś czeka kolejny pogrzeb. Po pogrzebie wszyscy jego uczestnicy udawali się na stypę. Była to ostatnia cześć oddana zmarłemu. Uważano, że jest to ostatni jego posiłek, który zmarły spożywa razem z żyjącymi. Na stole pozostawiano jedno puste nakrycie przeznaczone właśnie dla niego. Wieczorem, najbliżsi członkowie rodziny byli zapraszani na kolację. Spożywano ją w izbie, w której przed kilkoma godzinami leżał zmarły. Panował pogląd, że podczas stypy i kolacji grzechem byłoby nie jeść, ponieważ wszystkie posiłki są stawiane przez zmarłego. Bardzo charakterystyczne były dawniej pogrzeby na Półwyspie Helskim, gdzie orszak pogrzebowy przeprawiał się z trumną na cmentarz łodziami drogą morską. Podobne orszaki spotkać można było na niektórych, większych jeziorach kaszubskich. Często zmarłemu wsadzano do trumny monetę na taką wodną przeprawę. Nie sposób nie zauważyć w tym obrzędzie podobieństwa do przeprawy mitologicznym Styksem. Mężczyznom wsadzano zazwyczaj, nieodłączny atrybut mieszkańców tej ziemi tabakierę.

Kaszubskie upiory – wieszczi (wieszczy) i òpi (łopi)

Tak jak wspomniano wcześniej, Kaszubi nie obawiali się śmierci, natomiast bali się wielokrotnie zmarłego człowieka. Dlatego też bacznie obserwowano nieboszczyka, szczególnie podczas tzw. pustej nocy, kiedy modlono się za zmarłego.

Jeśli policzki nieboszczyka w czasie obrzędów pustonocnych zaczynały się rumienić, a ręce na piersiach opadały same w dół, był to znak, że zmarły w niedługim czasie stanie się tzw. wieszczym czyli upiorem. Występowały zarówno formy męskie wspomnianej istoty tzw. wieszczy oraz żeńskie tzw. wieszcza. Taki człowiek złożony do grobu zachowywał charakterystyczny rumieniec i po jakimś czasie zaczynał gryźć swoje ciało. Dopóki to czynił jego żyjący krewni zapadali na różne choroby, czasem umierając. Gdy upiór nie miał już czego gryźć, wychodził nocami ze swego grobu i wysysał krew swoich bliskich. Kaszubi bronili się przed wieszczym na wiele różnych sposobów. Zmarłemu dawano do trumny wyrwaną kartkę z modlitwą, gdzie brakowało słowa „amen”. Chodziło o to, aby była to niekończąca się modlitwa. Innym sposobem było włożenie do trumny starego swetra. Gdy nieboszczyk budził się jako upiór musiał tę wełnę spruć i zwinąć w kłębek, co zajmowało wiele czasu, bo wełna się rwała. Korzystano także z pomocy księży, którzy odmawiali egzorcyzmy. W skrajnych wypadkach odkopywano trumnę nieboszczyka i odcinano mu głowę, odwracając do ziemi wsadzano ją w nogach zmarłego. Było to całkowite unieszkodliwienie upiora. Wierzono, że niemowlę, które rodzi się w tzw. czepku może w przyszłości, po śmierci zostać wieszczym.

Skrajną odmianą wieszczego był tzw. łopi, będący najbardziej niebezpiecznym z upiorów. Łopi nie zabijał pojedynczo. Ten groźny upiór uśmiercał zbiorowo całe wioski. Wierzono, że taka istota chodzi nocami po wsiach i odwiedza swoich bliskich i znajomych. Łopi pukał w okna i zadawał pytanie – spita wa? (śpicie?)Jeśli domownicy odpowiadali, że śpią, łopi odpowiadał spita, na wieczi wieków amen (śpijcie, na wieki wieków amen). W tym momencie domownicy umierali. Obroną przed takim pytaniem był brak odpowiedzi Jeszcze bardziej groźne dla całej wsi było gdy łopi próbował dostać się do kościelnej dzwonnicy i zabić w dzwony. Każdy kto usłyszał takie bicie umierał – chto te zwònë czëje, mùszi ùmrzéc (kto te dzwony słyszy, musi umrzeć). Często działo się tak, że łopi ścigał się z kościelnym do dzwonnicy.

Zwyczaje dotyczące kaszubskich upiorów od wielu lat już nie funkcjonują. Dziś, opowieściami o nich można postraszyć w listopadowe dni tych bardziej strachliwych.

Kaszubskie Zaduszki i związane z nimi dawne tradycje

Noc świętojańska i ścinanie kani na Kaszubach

Autor: Andrzej Busler. Znalezione na: http://www.kaszubi.pl/o/gdynia/artykulmenu?id=529


Od wieków czas przesilenia letniego jest postrzegany jako okres wyjątkowy, czasem wręcz magiczny. Do dziś obfituje on w różnego typu obrzędy i zwyczaje. Tak było i jest  na Kaszubach. Znajdziemy tutaj całe bogactwo wspomnianych zwyczajów.

Podobnie jak w przypadku innych charakterystycznych dat w kalendarzu, aby w pełni zrozumieć istotę obrzędów świętojańskich, warto cofnąć się czasów przedchrześcijańskich. Sięgając do dawnych korzeni tego święta możemy zauważyć, że od wieków łączyło się ono z kultem słońca, ognia i wody. To także dzień wyjątkowo hucznej zabawy i rozpusty. U naszych słowiańskich przodków istniał pogląd, że podczas nocy świętojańskiej każdy ma wręcz obowiązek upicia się do nieprzytomności, aby doznać tchnienia boskiego. Noc sobótkowa w zamierzchłych czasach nie była z pewnością lekcją dobrych obyczajów. Porównując współczesne zwyczaje kultywowane tego dnia możemy zauważyć, że mają one zdecydowanie łagodniejszy przebieg niż w dawnych czasach. Część pogańskich obrzędów nocy świętojańskiej przetrwała do dziś, jednak sporo z biegiem lat uległo schrystianizowaniu. Kościół katolicki związał ten dzień ze św. Janem, który jako chrzciciel Chrystusa jest niejako mocno związany z kultem wody.

Czarownice i demony

Według wierzeń kaszubskich noc świętojańska to czas niezwykły. W tym okresie szczególną władzę mają demony i czarownice, które spotykają się na najważniejszym w roku sabacie. Panował pogląd, że w tym dniu czarownice mają prawo wejścia po zachodzie słońca do domostw. Gdy tak się stało, na domowników mogły spaść nieszczęścia w postaci chorób, śmierci itp. Dlatego też istniał zwyczaj mający ochronić ludzi i zwierzęta przed następstwami działań sił ciemności. Polegał on na wieszaniu gałązek klonu nad wejściem do domów, w ich oknach, na rybackich łodziach, a także w celu ochrony pszczół ‒ na ulach. Owoce klonu zagrzebywano również przed progami drzwi. Skąd taki zwyczaj? Wierzono, że wymieniona roślina posiada siłę odstraszającą złe moce. Istniało powiedzenie – klón òdgóniô złé duchë (klon odgania złe duchy).

Podczas nocy sobótkowej na szczególnie groźne działanie demonów było narażone bydło. Według wierzeń, czarownice i demony usiłują w tym czasie odebrać zwierzętom mleko. Aby ochronić zwierzęta stosowano różne zabiegi. Jednym z nich było kreślenie krzyży na drzwiach obór. Podobne znaki pasterze kreślili święconą kredą pomiędzy rogami bydła. Także święconą kredą znaczono magiczne koła na łbach zwierząt. Obrysowano nią również wymiona, na których stawiano znak krzyża. Wszystkie te zabiegi miały chronić bydło przed demonami, a także przyczynić się do zdrowia i mleczności krów. Innym sposobem było podawanie w pożywieniu niewielkiej ilości dziegciu mającego dać zwierzętom ochronę przed czarami.

Dobro i zło

Śledząc obrzędy nocy świętojańskiej możemy zauważyć, że według Kaszubów ten czas od dawna postrzegany był, jako szczególny termin walki dobra i zła. Ślad tego znajdziemy w literaturze kaszubskiej.

W utworze Pawła Szefki – Sobótka, pochodzącym z 1958 roku czytamy takie słowa:

to je noc, gdze dzéń z nocą sã mòcëją, gdze złó z dobrym, łża z prôwdą i łaska z grzéchem wiélgą òdbywają bitwã (to jest noc, gdzie dzień z nocą się mocują, gdzie zło z dobrym, gdzie kłamstwo z prawdą i łaska z grzechem wielką odbywają bitwę).

Jak w naszym życiu ‒ dobro nie zawsze triumfuje nad złem. O walce dobra i zła podczas nocy świętojańskiej możemy przeczytać również w arcydziele literatury kaszubskiej Życie i przygody Remusa, autorstwa Aleksandra Majkowskiego. Jego główny bohater ‒ Remus toczy w tym czasie decydującą bitwę ze złem, którą z powodu braku wiary przegrywa.

Doskonale znanym zwyczajem, praktykowanym w wielu regionach Polski, jest zbieranie tego dnia przez kobiety ziół leczniczych. Według wierzeń zioła mają tego dnia najsilniejsze działanie.

Częstą czynnością wykonywaną tradycyjnie w popołudnie poprzedzające noc świętojańską było czyszczenie studni, a także sianokosy – na Jana zabierz sã do sana (na Jana zabierz się do siana).

Kwiat paproci i inne zjawiska

Nieodłącznym i bardzo znanym symbolem, związanym z nocą świętojańską jest kwiat paproci, który według wierzeń ludowych kwitnie o północy. Wiele niewiast stara się go znaleźć. Może to jednak uczynić, kobieta rozebrana do naga. Sprawę kwiatu paproci rozstrzygnął w swym wielotomowym Słowniku Gwar Kaszubskichna tle kultury ludowej – ks. dr Bernard Sychta, który pisał, że za gołymi kobietami zawsze gonią parobcy i być może, dlatego jeszcze nikomu nie udało się znaleźć i zerwać kwiatu paproci.

Tego dnia dziwne przypadki mogą nas spotkać na rozstajnych drogach. Według starych podań możemy dowiedzieć się, że rozstawiano tam brony powiązane nicią konopną, ustawione kolcami do góry. Spieszące na sabat czarownice, jadące okrakiem na miotłach musiały przesunąć się po wspomnianych gwoździach.

Sobótczi – Swiãti odziń (Sobótki – Święty ogień)

Doskonale znanym zwyczajem kultywowanym w wielu miejscach Polski jest palenie sobótkowych ognisk (sobótczi). Sobótkowe ogniska zwano świętym ogniem lub świętym światłem. Według wierzeń, święty ogień ma moc niszczenia niewidzialnych sił ciemności. Dlatego oprócz samej zabawy, dawne ogniska sobótkowe miały na celu odstraszenie demonów od obsianych pól. Dziś pali się je w różnych miejscach, dawniej czyniono to na najwyższych pagórkach w każdej miejscowości. Obecnie sobótkowe ogniska w większym stopniu skupiają młodzież, w czasach naszych przodków, ludność całych wsi. Dawniej sygnałem do zapalenia świętego ognia był hejnał bazun. Sam moment zapalania ognia miał uroczysty charakter, czynił to zazwyczaj senior danej społeczności wykorzystując zeszłoroczną sobótkową głownię. Sobótka była czasem pojednania, publicznie wyznawano swoje winy, oczekując przebaczenia od skrzywdzonych. Czasem jednak zdarzało się, iż podczas nocy świętojańskiej publicznie wykluczano winowajcę ze społeczności. Takie praktyki, stosowano w stosunku do tych, którzy nie chcieli stanąć przed sobótkowym sądem. Po wspomnianej, uroczystej części następowała zabawa wokół sobótkowego ognia trwająca wiele godzin. Na koniec, gdy ogień wygasał, młode pary trzykrotnie przeskakiwały nad ogniskiem w celu oczyszczenia z wszelkiego zła. Jeśli taka sztuka nie udawała się, był to znak, że w domu takiej osoby jest obecna czarownica. Wierzono, że sobótkowy ogień ma działanie oczyszczające. Dlatego też resztki spalonego drewna zabierano do domów, gdzie następnego dnia palono nimi w kominku.

W południowej części Kaszub na wody jezior puszczano kawałki żarzącego się drewna. Święty ogień umieszczano także na drucianych siatkach, które zawieszano wysoko na łodziach. Do ognia wkładano wianek ziołowy poświęcony w oktawę Bożego Ciała. Czyniono tak z myślą o dobrych połowach. W miejscowościach gdzie były jeziora, świętojański ogień puszczano tylko na wodę. Nie zapalano go na wzgórzach. Rozniecał go najstarszy rybak w asyście swych młodszych kolegów.

Na północnych Kaszubach istniał wśród rybaków zwyczaj palenia ognia na płyciznach w okolicy brzegu. W zależności kierunku wiatru czyniono to na Wiôldzim Mòrzu (Morzu Bałtyckim) lub Môłim Mòrzu (Zatoce Puckiej). Każda maszoperia mocowała na długich drągach beczki wypełnione smołą, naftą i drewnem. Aby wystraszyć czarownice strzelano do wspomnianych palących się beczek. Na brzegu w tym czasie królowały śpiewy i tańce, które trwały do momentu zgaśnięcia ognia. Zabawę przenoszono następnie do sali, gdzie trwała zazwyczaj do rana.

W Helu i Karwi na morze puszczano wianki. Jeśli pozwalała na to pogoda na wodę wypływano łodziami z muzyką i lampionami. Dobry obyczaj nakazywał, aby każda rybacka dziewczyna udała się w tym czasie na zabawę. Tego wieczora młodzi łączyli się często w pary.

Pisząc o sobótkowych ogniskach należy wspomnieć o jeszcze jednym zwyczaju praktykowanym głównie na południu Kaszub tzw. paleniu czarownic, mającym charakter widowiska. Kulminacyjnym punktem tego spektaklu jest oczywiście spalenie kukły czarownicy na lądzie lub na wodzie.

Noc świętojańska to także czas wróżb głównie dla młodych panien. Popularnym zwyczajem jest puszczanie wianków na wodę tzw. wianki. Jeśli wianek przepłynie i złapie go kawaler jest to wróżba szybkiego zamążpójścia.

Scynanie kani (Ścinanie kani)

Kania to dość rzadko występujący ptak drapieżny z rodziny sokołów. W przysłowiach kaszubskich zapowiadał często pojawienie się suszy – pragnie jak kania deszczu; wzdicha jak kania za deszczã (pragnie jak kania deszczu; wzdycha jak kania za deszczem). Nie jest to charakterystyczne wyłącznie dla Kaszub. Podobne wierzenia funkcjonowały na Ukrainie. Prawdopodobnie wzięło się od charakterystycznego głosu wydawanego przez kanię w locie. Kaszubom nasuwało to skojarzenie – pjic, pjic (pić, pić). Być może w tym stwierdzeniu tkwią korzenie charakterystycznego obrzędu kultywowanego do dziś na Kaszubach ‒ obrzędu scynania kani (ścinania kani). Ksiądz dr Bernard Sychta podaje jeszcze inną wersję dotyczącą korzeni tego zwyczaju w postaci legendy. Według tego podania w dawnych czasach, kaszubską ziemię dotknęła szczególnie silna susza, powodując wyparowanie jezior i rzek. Wówczas Stwórca litując nad umierającym z pragnienia ptactwem zalecił kopać studnie. Kiedy wszystkie ptaki zabrały się do pracy, jedna tylko kania w obawie o zabrudzenie nóg odmówiła pracy. Spotkała ją za ten czyn zasłużona kara. Od tego czasu kania ma prawo pić krople wody wyłącznie ze szczelin kamieni. Na północnych Kaszubach twierdzono, że ukarany ptak do dziś może pić wodę tylko z morza. Z tych stron pochodzi także opowiadanie łączące kanię z postacią kobiety. Według wspomnianego podania, gdy Chrystus wędrował ze św. Piotrem po ziemi, wstąpił do jednego z domostw, aby napić się wody. Chciwa kobieta pożałowała spragnionemu Jezusowi szklanki wody, za co została przemieniona w kanię. Do dziś można usłyszeć wołanie tego ptaka – pić, pić! Inne podania ludowe mówią o tym, że kania żyła kiedyś pod postacią czarownicy.

Mit znajduje odzwierciedlenie w używanych do dziś porzekadłach – pije wòdã jak kania (pije wodę jak kania). Obrzęd ścinania kani odprawiany w wigilię nocy świętojańskiej zwany jest również ‒ traceniem kani. Jest on odprawiany w postaci widowiska. Jego treścią jest oskarżenie, osądzenie i ukaranie kukły kani, która według wierzeń kaszubskich jest winny wszelkiemu złu. W tekście oskarżenia możemy usłyszeć wiele zarzutów. Oczywiście wszystkiemu zawsze winna jest kania. Stałymi postaciami tego widowiska są szôłtës (sołtys), przësãżni (przysięgli), kat, lesny (leśniczy), rakôrz i pachołek. Spektakl skupiał dawniej mieszkańców całych wsi. Odbywał się na dużym placu. W jego centralnej części na długim palu osadzano sądzoną kanię. Następnie odczytywano długą listę win kani. Przestrzegano także, że złych ludzi czeka w przyszłości podobna sprawiedliwość, po czym kat ścinał znienawidzonemu stworzeniu głowę. Następnie zakopywano kukłę w przygotowanym wcześniej dole. W dawnych czasach zamiast kukły kani ścinano żywego ptaka, a w późniejszym czasie nieżywą kurę.

We Władysławowie we wspomnianym widowisku udział brał jedynie kat, ścinając symboliczny czerwony kwiat, zatknięty na słupie, wznosząc okrzyk – Jak ta szabla sã swiécy, tak té kanje głowa zlecy! (Jak ta szabla się świeci, tak tej kani głowa zleci!)

Do dziś nie wyjaśniono ostatecznie istoty widowiska. Być może to swoista obrona i zrzucenie swych win na sądzoną kukłę. Istnieje przysłowie – wëbrojił, a terô sã bòji jak kania na swiãtégò Jana (broił, a teraz się boi jak kania na świętego Jana).Profesor Tadeusz Linkner podaje dwie hipotezy odnoszące się niniejszego zagadnienia. Według pierwszej, obrzęd miał pełnić funkcję dydaktyczno-moralizatorską. Według drugiej, być może został zainicjowany przez duchownych krzewiących nową wiarę lub stworzony przez lud pogański porzucający swe dawne tradycje.

Obrzęd ścinania kani znalazł swe stałe miejsce w literaturze kaszubsko-pomorskiej. Pisali o nim Florian Ceynowa, Jan Karnowski, Bolesław Fac, Jan Piepka, Marta Bystroń, Jan Rompski, Paweł Szefka i Jan Patock.

Poniżej wiersz Bolesława Faca nawiązujący do ścinania kani.

Stary sposób na kanię 

Kania – milvus ptak z sokoła
Ptak drapieżny z dziobem zgiętym
Na bezchmurnym niebie woła
Tocząc swe pragnienia pieśni

A jej susza
skrzydła rusza
A jej śpiew ‒
w lesie śmierć

Siada kania w swym strapieniu
Szuka wody na kamieniu
Na kamieniu suchym siada ‒
Mocna sieć na skrzydła spada

Bo jej pazur
ptaki raził
Święty Janie!
Zetną kanię

Pasterz – królem, pasterz – sędzią
Pasterz katem wnet tu będzie
kania żywa
kania z gliny-
Cieszą się na sąd dziewczyny

Tak więc z króla nakazu
Pasterz ją sądzi z odrazą
Kat już ścina mak czerwony
Lub piwonię z gwoździa brony
O, jak krwawo świeci szabla
kiedy głowa kani spadła!
A przy drzewie świeżo ściętym
kwitnie paproć w noc dziewczętom.

Obrzęd ścinania kani nie jest tak powszechnie kultywowany jak dawniej, ale możemy go spotkać w różnych częściach Kaszub. Widowisko jest od wielu lat przypominane w noc świętojańską przez Klub Studencki „Pomorania” w checzy w Łączyńskiej Hucie. W Gdyni w 2008 roku po wielu latach powróciło do tej tradycji Koło Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Wielkim Kacku.

Udając się na tegoroczne sobótki warto pomyśleć przez chwilę o dawnej tradycji naszych przodków. Porównajmy również obrzędy świętojańskie funkcjonujące w innych regionach Polski, a także poza jej granicami. Regionalne tradycje są ogromnym bogactwem kulturowym, które obecnie w świecie popkultury mogą być swoistym mechanizmem obronnym społeczeństwa. Być może nie będzie odkrywcze, ale z pewnością prawdziwe stwierdzenie, że świat będzie ciekawy jeśli będzie różnorodny.

Noc świętojańska i ścinanie kani na Kaszubach

Z podań i demonologii Podhala

Autor: Maryla Kaźmierczak. Żródło:  Biuletyn Dialektologicznego Koła Naukowego, nr 2, październik 2008


 

Skaliste, dzikie góry – miejsca tajemnicze, niedostępne, od zawsze inspirowały wyobraźnię ludzi żyjących w ich sąsiedztwie. Ludowa fantazja zaludniała je postaciami zbójników, księżniczek, czarowników, złych i dobrych duchów, słowem bohaterami legend. Powstawało też wiele podań związanych z charakterystycznymi dla Podhala miejscami, skałami, wzniesieniami, rzekami. Dawniej przekazywane z pokolenia na pokolenie, jako miejscowe wierzenia, dziś dołączyły do atrakcji turystycznych. Coraz częściej, aby ocalić od zapomnienia, spisuje się je, lecz najpiękniej nadal brzmią opowiadane przez górali. Bywalcom Podhala znane są gawędy o śpiących rycerzach, zaklętym w Tatrach wojsku, Mnichu znad Morskiego Oka, gazdach co zjedli ślimaka czy powstaniu Zakopanego. Zainteresowanym i chcącym sobie przypomnieć te urokliwe historie polecam stronę: http://e-zakopane.pl/legendy/ gdzie znajduje się zbiór podań podhalańskich.

Wyobrażenia górali o świecie nadnaturalnym zawsze były bogate i wyjątkowo złożone. Lasy, polany, góry, rzeki, gaje, zamieszkiwały bóstwa i demony zarówno dobre, jak i złe. Z czasów pogańskich pochodziła wiara w boginki (zwane też mamunami i dziwożonami), topielce, zmory (siodła), upiory (wieszczyce), strzygi, strzygonie, wilkołaki, płanetniki oraz przypołudnice. Część z nich to zbłąkane dusze, nie mogące zaznać spokoju po śmierci. Inne związane są z siłami przyrody, od których pasterska kultura podhalańska była zależna i które niosły jej jednocześnie korzyści jak i zagrożenia. Pradawne bóstwa i zjawy potrafiły ściagać podróżnych ze szlaków, podrzucać chore dzieci matkom, dusić we śnie, niszczyć uprawy.

Przed złymi mocami broniono się na różne sposoby: święconym zielem, pacierzami mówionymi na opak, zakreślając magiczne koło święconą kredą, stosując odpowiednie amulety czy też malując tajemnicze znaki w obejściu. Wszystkim działaniom pasterskim towarzyszył niezmiernie bogaty zespół wierzeń i zabiegów magicznych. Wiedzę tajemną przechowywali starzy bacowie, ciesząc się przez to ogromnym autorytetem wśród chłopstwa.

Wśród tych wszystkich złych i nieprzychylnych człowiekowi demonów, zdarzały się jednak istoty życzliwe. Takimi były duszki leśne – wierzono, że bawią się one i figlują, czasem pomagają pastuchom w odnalezieniu zbłąkanej owcy lub podarują biednemu srebrniaka.

Również z natury złośliwe demony można było sobie zjednać. Na przykład płanetnika, gdy przebywał na ziemi pod postacią człowieka, należało z godnością przyjąć, aby następnie cieszyć się jego przychylnością i opieką.

Część pogańskich praktyk nadal towarzyszy życiu Górali, wystarczy tylko dokładniej się przyjrzeć.


 

Żródła:

  • B. Bazińska, Wierzenia i praktyki magiczne pasterzy w Tatrach Polskich, [w:] Pasterstwo Tatr Polskich i Podhala, Wrocław 1967, t.1,
  • S. Flizak, Materiały etnograficzne i historyczne z terenu Zagórzan, Poznań-Łódź, 1952,
  • B. i A. Podgórscy, Wielka księga demonów polskich, Katowice 2005
Z podań i demonologii Podhala

Magia Podlasia

Autor: Maryla Kaźmierczak. Żródło: Biuletyn Dialektologicznego Koła Naukowego, nr 3, kwiecień 2010


Na ziemiach Podlasia, na obszarze między Narwią, Biebrzą i Brzozówką splatały się dzieje Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Żydów, Niemców i Tatarów. Jest to w związku z tym także wyjątkowe miejsce przenikania się folkloru polskiego, litewskiego, ruskiego oraz pruskiego. Region ten posiada swoje unikalne tradycje i wierzenia. Właśnie Podlasie nazywano dawniej „krainą czarownic i magii czarnoksięskiej” (Teodoro-Lefevre J.M., M. Kasterska-Sergescu, Les Sables d`Olonne, „Podlaski Kwartalnik Kulturalny”, 4/2000r., s.48). Spotykamy tutaj zarówno wierzenia typowe dla terenów słowiańskich, polskich czy europejskich, jak i charakterystyczne wyłącznie dla omawianych ziem lub z nich się wywodzące. Związane są one z miejscami, które od wieków w kulturze ludowej były magicznie nacechowane, jak cmentarze, nawiedzone domy, miejsca tragicznej śmierci oraz tereny dla człowieka niedostępne – ciemne, gęste lasy, głębie jezior, rwące rzeki itp. W wyobrażeniach miejscowej ludności miejsca te zamieszkują wszelakiego rodzaju duchy osób zmarłych, zjawy, demony, boginki, diabły oraz postaci półdemoniczne, jak wróżki czy czarownice.

Do XIX w. wciąż żywe były na Podlasiu opowieści o pokutnicach i bogenkach (ogólnosłowiańskie boginki), zmorach (którymi zostawały po śmierci grzeszne kobiety), diabłach (np. diabeł błotny, Borowy), demonach (np. baba jagodowa) czy łupirzach,
czyli upiorach (strzygach, topielicach – bogunkach). W obawie przed ich szkodliwym oddziaływaniem unikano miejsc kulturowego bytowania nieprzyjaznych człowiekowi mocy, określonych pór dnia związanych z ich działalnością czy też zamawiano Szeptuchy (kobiety odczyniające uroki poprzez szeptanie zaklęć). Dbano także o dobre relacje z duchami opiekuńczymi, jak domowyki lub damawoje (ogólnopolskie domowniki), ubożęta czy po części południce, które mogły się za człowiekiem wstawić, cofnąć zły czar bądź pomagać w codziennych pracach. Do dzisiaj usłyszeć można opowieści w nadbiebrzańskich domostwach o wystawianym w czasie Wigilii jedzeniu na rogach domu, aby dokarmić malutkich opiekunów dobytku.

Jeszcze w ubiegłym stuleciu w okolicach rzeki Brzozówki opowiadano o spotkaniach z demoniczną postacią kazytką, wywodzącą się z białoruskich wierzeń. Były to stare i brzydkie rusałki, baby wodne, po śmierci przemieniały się w nie dusze starych kobiet, które umarły w tragiczny sposób lub zapiły się na śmierć. Kazytki czyhały na swoje ofiary nad brzegiem wody, aby „załaskotać” je na śmierć bądź utopić. Młode rusałki (rusawki) w wierzeniach Podlasia były natomiast dużo bardziej płochliwe i przeważnie na widok człowieka uciekały. Podobnie do kazytek postępowały w trakcie kośby na łąkach młode i powabne żytnice i kózytki (żytnie rusałki – kulturowe skrzyżowanie południcy i rusałki), a także rusałki polne,
konopielki (pilnujące konopi, lnu i warzyw) oraz północnice pojawiające się w środku nocy, głównie u niemowląt, nie dające im spać poprzez straszenie, szczypanie i drapanie (podobnie do ogólnopolskiej zmory czy nocnicy).

Jak każdy rejon Polski po przyjęciu chrześcijaństwa, tak i Podlasie stworzyło własną społeczność diabłów, związanych z określonymi miejscowościami, obszarami bądź działaniem. W legendach, bajkach, przesądach można więc spotkać: Borutę Podlaskiego, Diabliki (Brytana i Kłobuga) oraz diabły szlacheckie: Kosińskiego z Podlasia i Kurejkę, a także całą plejadę imion i nazwisk, pod którymi kryją się piekielni wysłannicy, m.in.: Wściekły, Mikoła, Łoziński, Wasyl, Kowalich, Kuba, Kusy, Kacper Barani Łeb, Juda, Rokita Paprocki, Rosochaty, Przykita, Postyj.

Charakterystyczną dla ziem Podlasia była również wiara w wilkołaki, stąd przywędrowała ona na pozostałe tereny Polski. Wierzenia te są wynikiem przenikania się wpływów ukraińskich, białoruskich i polskich. Według ludowych przekazów w czasie pełni „wybrańcy” przemieniali się w wilka na dwóch nogach, który atakował zwierzęta gospodarskie, a także sporadycznie ludzi. Można było odczarować taką osobę, zmuszając czarownicę do cofnięcia rzuconego uroku albo uderzając wilkołaka widłami między oczy.

Równie ciekawe, jak wierzenia są zwyczaje i obrzędy, jakie panowały bądź nadal panują na Podlasiu. Jeszcze do niedawna początek Adwentu obwieszczano głośnym trąbieniem na ligawach (trąbienie na Adwent). W czasie karnawału, szczególnie w soboty i ostatki urządzano bachusy czynne, czyli wieczory taneczne z obfitym poczęstunkiem. W wigilię Zielonych Świątek (Palinocka – sobótka) rozpalano ogniska obrzędowe, a z odpalonymi od nich pochodniami obiegano pola (opalając zboże) i pastwiska dla zapewnienia sobie urodzaju i pomyślnego wypasu.

Jednym z reliktów, związanym z kultem przodków, jest zwyczaj zawieszania na starych drzewach desek wotywnych. Uwieczniano na nich pasyjki i inskrypcje zawierające prośby w intencji zmarłych, czyli prośbę o pokój duszy. Inskrypcje dotyczyć mogły także i żywych proszących o powodzenie w życiu czy zdrowie. Deski te miały także praktyczne zastosowanie w medycynie ludowej. Drzazga włożona pod poduszkę odpędzała nocnice powodujące bezsenność. Potarcie o deskę brodawką miało powodować jej uschnięcie. Pod deską zakopywano ścięte kołtuny i wszelkie inne przedmioty, które oddziaływały źle na zdrowie i życie domowników.

Współcześnie wiele wierzeń i zwyczajów zanikło, ale pamięć ludzka wciąż zachowała wspomnienie niektórych dawnych praktyk. Można o nich przeczytać w wielu pozycjach dotyczących wierzeń i obrzędów dawnej Polski czy też wybranego
rejony. To takiej lektury gorąco zachęcam!


 

Źródła:

  • L. Pełka, Polska demonologia ludowa, Warszawa, 1987
  • B. Ogrodowska, Zwyczaje, obrzędy i tradycje w Polsce, Warszawa 2001
  • B. i A. Podgórscy, Wielka księga demonów polskich, Katowice 2005
  • W. Grąbczeski, L. Pełka, Opowieści o diabłach podlaskich…, Siedlce 1991
  • http://wiki.basnie.pl/
Magia Podlasia