Śmierć i jej zwiastuny w dawnych wierzeniach ludowych

Autor: Joanna Radziewicz. Żródło: rme.cbr.net.pl


Śmierć towarzyszy ludziom od momentu narodzin. Jako zjawisko nieodwracalne i ostateczne zazwyczaj wzbudza lęk i niepokój. Jednak w przeszłości, zwłaszcza na wsi była wydarzeniem, które miało swój głęboki sens. Związane w nią obrzędy i rytuały zbliżały zarówno rodzinę, jak i bliskich oraz dalszych sąsiadów. Śmierć obligowała do szczególnych zachowań, okazywania smutku, powagi, współczucia, szacunku, a także pomocy i wparcia moralnego dla dotkniętej nieszczęściem rodziny.

Dawne wierzenia i baśnie ludowe głosiły, że śmierć ukazuje się ludziom w ostatniej godzinie ich życia. Podchodzi do łóżka umierającego i wpatruje się w niego, póki ten nie umrze. Jeśli stanie u wezgłowia – chory ma jeszcze szansę na odroczenie wyroku, jeśli w nogach – jego żywot na ziemskim padole można uznać za zakończony. Powszechna była też świadomość nieuchronności tego zdarzenia. Śmierć przychodziła po każdego bez względu na pochodzenie, stopień zamożności czy wykształcenie.

Wyobrażenia ludowe o ludzkiej postaci śmierci koncentrują się głównie wokół wizerunku kościotrupa z kosą, lub też kobiety z kosą. W niektórych regionach wierzono, że przybiera ona wizerunek zwyczajnej, nikomu nie znanej, wiejskiej niewiasty, której nagłe pojawienie się we wsi zawsze wróżyło czyjąś rychłe odejście. Śmierć zawsze przybywała ze świata zewnętrznego, jednak, aby przedostać się do ludzkiej rzeczywistości musiała przekroczyć pewną granicę, którą najczęściej była woda. Do tego celu potrzebowała pomocy żywej osoby – mężczyzny, który przenosił ją przez nieosiągalne dla niej progi. Zapłatą za tę przysługę była obietnica długiego życia lub umowa dotycząca wyrokowania o losach chorego.

Zwiastuny śmierci

W dawnej tradycji ludowej, w zależności od regionu, funkcjonowały pewne sygnały oznaczające zbliżającej się śmierci. Wiele z nich miało silny związek z przyrodą. Wierzono, że wyjący pies, który ma głowę skierowaną ku ziemi widzi śmierć. Podobnie interpretowano niepokój koni w gospodarstwie, pojawiające się w pobliżu domostwa kretowiska czy nocne nawoływania puszczyka i sowy. Oznak rychłego odejścia z ziemskiego padołu dopatrywano się także w zaprzęgu konnym wiozącym księdza do chorego. Jeśli konie ciągnące powóz były niespokojne, konający nie miał już szans na powrót do zdrowia. Z kolei, gdy karawan ze zmarłym zatrzymał się na jakiś czas przed danym obejściem, wróżyło to zgon jednego z domowników.

W wierzeniach ludowych życie człowieka porównywano do roślin, dlatego nagłe więdnięcie kwiatów czy usychanie drzew uznawano za zły omen. Również w zjawiskach atmosferycznych doszukiwano się oznak zbliżającej się śmierci – spadająca z nieba gwiazda była kojarzona z odejściem osoby, której była przypisana. Dym gasnącej gromnicy podczas sakramentu chorych, unoszący się ku górze, zwiastował szybki powrót do zdrowia, a opadający w dół, wskazywał na zbliżającą się śmierć. Zgaśnięcie płomienia świecy podczas mszy żałobnej oznaczało bliski zgon kolejnego członka rodziny.

Wiele symboli zapowiadających śmierć było związanych z nietypowymi wydarzeniami w życiu codziennym. Tajemnicze dźwięki, hałasy w domu i obejściu – płacz słyszany w nocy, pukanie w okna i ściany, trzaskanie drzwi, skrzypienie podłóg, spadanie naczyń z półek, obrazów ze ścian, pękanie luster, szyb, wazonów – wszystkie te znaki były kojarzone z nadchodzącym nieszczęściem.

Ludowe zwyczaje pośmiertne

Powszechnie wierzono, że tylko śmierć we własnym domu, w obecności najbliższych członków rodziny była godna. Natomiast zgon w innym miejscu naruszał majestat tego wydarzenia oraz zakłócał porządek zwyczajów i ceremonii z nim związanych. Odwiedzanie ciężko chorych i konających, czuwanie przy zmarłych i udział w uroczystościach pogrzebowych należało do obowiązków ostatniej posługi. Uważano, że przy śmiertelnym łożu stoją anioł i diabeł i targują się o duszę umierającego człowieka. Długa i ciężka agonia była uznawana za następstwo grzesznego życia, niewyrównanych rachunków z Bogiem i ludźmi, lub przekleństwa złych czarów, zadanych uroków i innych diabelskich zakusów.

Konającemu wkładano do rąk zapaloną i poświęconą w kościele gromnicę – symbol pojednania z Bogiem i światłości wiekuistej. Wyciągano mu spod głowy poduszki i zdejmowano pierzynę. Powszechny był bowiem przesąd, że pióra i puch nie pozwalają umrzeć, ponieważ chory nie chce zrezygnować z ziemskich wygód. Wierzono także, że pióra mogą się stać schronieniem dla opuszczającej ciało duszy, ewentualnie utrudniać jej powrót do martwego ciała. Z tego samego powodu poduszka znajdująca się w trumnie nigdy nie była wypełniona pierzem tylko trocinami. Z innych praktyk ułatwiających odejście z ziemskiego padołu stosowano także: przykrywanie ciała częścią ślubnej garderoby lub płócienną płachtą, którą wcześniej okrywano innego nieboszczyka, układanie ciała na klepisku lub gołych deskach oraz wyciąganie chorego z łóżka, by mógł bosymi stopami dotknąć podłogi, wierząc, że w zetknięciu z nią nogi stracą siłę, która jeszcze trzyma go przy życiu. W izbie, w której leżał umierający otwierano szeroko okna, a niekiedy wybijano nawet otwór w suficie nad łóżkiem, aby uchodząca z ciała dusza mogła bez przeszkód ulecieć w zaświaty.

Jeśli śmierć nastąpiła w nocy obyczaj nakazywał zbudzenie wszystkich domowników, a także obecnych w gospodarstwie zwierząt, ponieważ podczas snu błąkające się dusze mogły podążyć za zmarłym. Uważano też, że sen w pobliżu zwłok może wywołać śmiertelną chorobę.

Przygotowaniem ciała do pochówku zajmowała się zazwyczaj starsza, doświadczona osoba, która przy pomocy sąsiadów myła i ubierała zmarłego. Bliższa i dalsza rodzina nie dotykała zwłok, ponieważ wierzono, że zmarły może pociągnąć ich ze sobą na tamten świat. W całej Polsce zabobonnie obawiano się otwartych oczu i spojrzenia nieboszczyka, który mógł wypatrzeć kolejną ofiarę, dlatego bardzo ważnym zabiegiem było ich zamknięcie. Dodatkowo na powiekach kładziono monety, kamyki lub skorupy glinianych naczyń. Równie starannie zamykano zmarłemu usta, aby dusza nie mogła wrócić do ciała.

Zwyczaje i przesądy pogrzebowe dotyczyły także stroju. Powszechnie znanym i stosowanym ubiorem trumiennym była długa biała lniana koszula oraz płachta płócienna, tzw. całun. Zalecano, aby wszystkie elementy stroju były uszyte z nowego materiału, pozbawione dziur, aby nie spowodować „dziury w rodzinie”, czyli śmierci jednego z jej członków oraz supełków i szwów, aby nie uwięzić duszy i nie uwierać zmarłego w grobie. Pod koniec XIX wieku zmarłych zaczęto ubierać w odświętne ubrania, najczęściej nowe. Dziewczęta i młodych chłopców, narzeczonych i nowożeńców odziewano w stroje ślubne lub ubrania drużby weselnej. Zmarłym pannom rozpuszczano włosy i zakładano białe suknie, natomiast kobietom zamężnym wyjmowano z uszu kolczyki, aby „nie czepiały się ich w grobie” oraz zdejmowano obrączki, „żeby nie pociągnęły do grobu małżonka”.

Do trumny wkładano ziele poświęcone na Boże Ciało lub w Święto Matki Boskiej Zielnej, aby uchronić zmarłego przed diabelskimi zakusami i przeprowadzić go bezpiecznie na tamten świat. Czasami do trumny wkładano chleb, aby zmarły mógł się posilić w drodze do wieczności oraz drobne przedmioty, które lubił za życia: fajkę, tabakierkę, przybory do szycia, karty do gry, a nawet butelkę wódki, aby nie musiał wracać i upominać się o nie.

W domu, gdzie nastąpiła śmierć, a zwłaszcza w pomieszczeniu, w którym znajdowała się trumna, przykrywano lustra, aby na tafli lustrzanej nie utrwaliło się odbicie zmarłego i zatrzymywano zegary, aby zmarłemu – dla którego czas ziemski dobiegł już końca – nie zakłócać ciszy i spokoju. Zasłaniano też okna, ponieważ powszechny był wówczas przesąd, że jeśli ktoś zajrzy przez okno i zobaczy nieboszczyka niebawem sam umrze. Z izby, w której złożone było ciało, usuwano wszelkie jadło i napoje, aby nie uległy skażeniu, a także wynoszono wszelkie poświęcone zioła, aby nie straciły swej mocy. Do dnia pogrzebu nie wykonywano też niektórych prac domowych, a przede wszystkim nie przygotowywano posiłków i nie czerpano wody ze studni. Zabronione było też szycie, przędzenie, zamiatanie i mielenie w żarnach.

Wśród ludowych rytuałów związanych ze śmiercią funkcjonowały też takie, które miały zapobiegać powrotowi zmarłego na ziemię. W związku z tym w niektórych regionach wsypywano do trumny mak, aby zmarły zajął się liczeniem ziarenek i nie myślał o powrocie do świata żywych, odwracano sprzęty domowe, aby uniemożliwić duszy powrót do martwego ciała oraz otwierano okna, drzwi, szafy, aby dusza bez przeszkód mogła opuścić ten świat. Mężczyźni, którzy wynosili trumnę z domu, na znak pożegnania, trzy razy uderzali nogą o próg.

Przygotowania do pogrzebu

Gdy wszystkie przygotowania zostały już zakończone przystępowano do kolejnych pośmiertnych ceremonii: nawiedzenia zmarłego i czuwania przy zwłokach przez trzy doby, zwanego pustymi nocami. W całej Polsce wierzono, że dusza zmarłego nie od razu odchodzi ze świata, lecz do dnia pogrzebu przebywa w okolicy ciała, szukając właściwej drogi w zaświaty. Niekiedy doznaje pokusy i wraca do martwego ciała, które nie zostanie wskrzeszone, ale przeobraża się w najbardziej przerażającą i groźną istotę – żywego trupa, upiora. Wierzono, że modlitwa i nocne czuwanie ułatwia zmarłemu spokojne odejście do wieczności.

Podczas czuwania pocieszano rodzinę, rozmawiano o chorobie nieboszczyka, jego ostatnich godzinach życia, wychwalano jego zalety. Obyczaj zabraniał bowiem źle mówić o zmarłych, nawet o tych, którzy nie zapisali się dobrze w ludzkiej pamięci. Należało wybaczyć i zapomnieć o urazach, aby w momencie własnej śmierci doświadczyć miłosierdzia Bożego i odpuszczenia grzechów. Uważano, że nieboszczyk słysząc pochwały na swój temat odejdzie zadowolony i nie będzie straszyć zza grobu. Podczas nocnych czuwań przy trumnie paliły się świece. Pilnowano, aby nikt z modlących się nie zasnął, ponieważ wierzono, że podczas snu dusza może na krótki czas wyjść z ciała i jeśli spotka się z duszą nieboszczyka musi opuścić świat żywych.

Nieodłączną częścią pośmiertnych i pogrzebowych celebracji było opłakiwanie zmarłych. Rytualnych aktów rozpaczy oczekiwano przede wszystkim od kobiet spokrewnionych z nieboszczykiem, od wdów, córek, sióstr, a także od wynajętych płaczek, które w wielu regionach jeszcze na przełomie XIX i XX wieku za pieniądze, żywność, len i wełnę, opłakiwały zmarłego oraz uczestniczyły w nocnym czuwaniu. Według polskich wierzeń ludowych płacz i modlitwa żywych sprawiają, że pokuta zmarłego nie będzie zbyt sroga i szybko doświadczy on odkupienia. Obyczaj ten miał jednak pewne ograniczenia. Nie wolno było płakać podczas agonii, bo to mogło wydłużyć mękę konającego, jak również podczas szycia ubioru do trumny, ponieważ mokry strój byłby niewygodny dla nieboszczyka. Uważano też, że skrapianie łzami i tulenie do siebie garderoby po zmarłym może wywołać chorobę, a nawet śmierć. Zarówno zwyczaj opłakiwania, jak i wszelkie zakazy dotyczące tych praktyk miały ułatwić nieśmiertelnej duszy spokojne odejście w zaświaty i zapewnić jej wiekuisty spokój.

Ostatnie pożegnanie

Trzeciego dnia po zgonie następowała chwila ostatecznego pożegnania ze zmarłym. Żałobnicy podchodzili do trumny by po raz ostatni spojrzeć na bliską osobę. Trumnę zamykali mężczyźni niespokrewnieni z nieboszczykiem, po czym zabijano ją drewnianymi kołkami i wynoszono z domu, zawsze nogami do przodu, aby zmarły nie powracał i nie straszył. Z tego samego powodu przewracano stołki, na których stała trumna. Na progu domostwa, przy bramie, na granicy posiadłości układano ostre narzędzia i nad ich ostrzem przenoszono trumnę, symbolicznie odcinając zmarłemu drogę powrotu. Nad każdym przekraczanym progiem stukano trumną w futrynę, niekiedy kreślono nią znak krzyża. Trzykrotnie stukano też we wrota i drzwi kuźni, by zmarły mógł pożegnać się ze swoim domostwem. Czynność ta była też magicznym sposobem na zapobieganie wszelkim nieszczęściom i chorobom, które w następstwie śmierci mogły przez długi czas spotykać domowników i gospodarstwo.

Kiedy kondukt żałobny ruszał na cmentarz, o koła wozu rozbijano naczynie w wodą, w której myto nieboszczyka i trzykrotnie wstrzymywano konie na znak żałoby i pożegnania. Do ciągnięcia karawanu nigdy nie wykorzystywano koni należących do zmarłego gospodarza. Nie zaprzęgano też klaczy i krów. Wiejskie kondukty żałobne zatrzymywały się zwykle na rozstajach dróg, przy krzyżach przydrożnych, kapliczkach lub innych miejscach granicznych. Obyczaj nakazywał, by mieszkańcy wsi przynajmniej do tych miejsc odprowadzali zmarłego współziomka.

We współczesnej symbolice kościelnej do dziś funkcjonują niektóre relikty tradycyjnych praktyk pogrzebowych sięgające zamierzchłych czasów. Jedną z nich jest sypanie garści ziemi na trumnę, najpierw przez kapłana, a później przez innych żałobników. Według powszechnie znanych wierzeń ludowych jest to chwila, gdy dusza unosi się nad trumną i odlatuje w zaświaty. W tym momencie zmarły traci wszelki kontakt ze swatem doczesnym. Jego ciało łączy się z ziemią, która powoli obraca go w proch.

Ostatnim aktem uroczystości pogrzebowych była stypa. Zebranych przy stole gości podejmowano wódką i rozmaitymi potrawami, których rodzaj i liczba zależały od tradycji domowej i regionalnej oraz od zasobności danej rodziny. Pierwsze krople alkoholu zawsze należało strzasnąć na podłogę. Była to ofiara składana zmarłemu. Wśród innych zwyczajów karmienia dusz, celebrowanych zwłaszcza w północnej części naszego kraju, można jeszcze wymienić pozostawianie nieuporządkowanych stołów po zakończeniu stypy oraz wynoszenie resztek potraw na rozstaje dróg.


Źródła:

  1. Ogrodowska B.: Polskie tradycje i obyczaje rodzinne. Warszawa: Sport i Turystyka – Muza, 2008.
  2. Sawicka Z., Gos Ł.: Śmierć i pogrzeb w tradycji ludowej. Dokument dostępny w Word Wide Web:http://www.magwil.lt/archiwum/2009/magazyn11/list%2017.htm
  3. Seremet S.: Ludowe zwyczaje pośmiertne. Kultura Pogrzebu 2004 nr 2, s.44.
  4. Żurawski B.: Ludowe zwiastuny śmierci i złe wróżby. Wiedza i życie 1999 nr 11.
  5. Zadrożyńska-Barącz A.: Światy, zaświaty – o tradycji świętowań w Polsce. Warszawa: „Twój Styl”, 2002.

 

Reklamy
Śmierć i jej zwiastuny w dawnych wierzeniach ludowych

Kaszubskie Zaduszki i związane z nimi dawne tradycje

Autor: Andrzej Busler. Znalezione na: http://www.kaszubi.pl/o/gdynia/artykulmenu?id=562


Co roku w pierwszych dniach listopada, odwiedzamy groby naszych bliskich, przyjaciół i znajomych, którzy odeszli z ziemskiego świata. Każdego roku, pierwsze listopadowe dni są dla wielu z nas chwilami zadumy i wspomnieniem zmarłych. Uroczystość Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny, dziś wygląda już zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. Także w ten obszar wkracza wszechobecna komercja i seryjna tandeta. Stare obrzędy, kultywowane przez dziesiątki, czasem setki lat są wypierane przez nowe zwyczaje. Wielka szkoda, że część dawnej tradycji, choćby w formie ustnej, nie jest przekazywana w następne pokolenia. W zdecydowanej większości wiedza naszych pradziadów, w której zapisany był pewien rodzaj mądrości ludowej odchodzi w zapomnienie. Jak wyglądało to dawniej na Kaszubach?

Zwyczaje związane z Dniem Zadusznym i Świętem Wszystkich Świętych

Oprócz tradycyjnych zwyczajów, kontynuowanych do dzisiaj, związanych z odświętnym przygotowaniem grobów, kultywowano wiele innych zwyczajów, których próżno dziś szukać.

Dawniej, ludność kaszubska powszechnie wierzyła, że w Dzień Zaduszny, dusze zmarłych przychodzą na swoje groby. Aby sprawić im przyjemność, podobnie jak dzisiaj przystrajano mogiły gałązkami świerku oraz kwiatami. Gospodynie plotły specjalny wieniec ze świerku, zwany lebensbaum. Przed uroczystościami Wszystkich Świętych kobiety wypiekały niewielkie bochenki chleba, które dzieci rozdawały w przeddzień święta ubogim, by modlili się za dusze czyśćcowe.

Podobnie jak dziś, na początku listopada, cmentarze rozświetlał blask tysięcy świec, zwany przez Kaszubów wiecznym widem (wiecznym światłem).

Według wierzeń w dzień Wszystkich Świętych, przy mogiłach gromadziły się dusze czyśćcowe, mające w tym czasie przywilej od Boga, związany z opuszczeniem po południu bram czyśćca. Dusze czyśćcowe będące tego dnia przy swoim grobie, mogły za sprawą modlitwy swych bliskich dostąpić wybawienia. Najbardziej skuteczną metodą było w tym wypadku odmawianie różańca.

W Dzień Zaduszny funkcjonował dawniej zwyczaj, dzisiaj już zupełnie nieznany – na cmentarzach można było spotkać grupy chłopców poprzebieranych za diabły i inne maszkary. Grupy takie były wyposażone w specjalne instrumenty – diabelskie skrzypce, grzechotki, klekotki, sznërë, knarë i burczybas (tradycyjne instrumenty kaszubskie). Tak przebrane i wyposażone zespoły miały za zadanie odpędzić złe duchy, które przeszkadzały wejść na cmentarz potępionym duszom.

Złe duchy i czarownice zatrzymywały wspomniane dusze poza cmentarzem, zwabiając je na orgie, przeszkadzając w wybawieniu.

Pierwsze listopadowe dni przesycone były ciszą i skupieniem. W domach, w których były piece, rozpalano ogień. Przy piecach, zostawiano miejsce na ławie dla przychodzących dusz, aby mogły usiąść i ogrzać się. Psy nie były wypuszczane na wolność. Wierzono, że mają one zdolność widzenia duchów i mogłyby przeszkadzać im w wędrówkach. Jeśli ktoś wybierał się w wieczorną podróż powinien trzymać się środka drogi. Masowe wędrówki dusz w tym czasie mogły sprawić, że idący drogą człowiek, mógłby przeszkadzać. Wynika to z faktu, iż dusze lubią chodzić bokiem drogi. Wolą też wąskie i mniej uczęszczane ścieżki, niż szerokie trakty.

Dawniej na Kaszubach w ciągu całego roku, starano się nie wylewać pomyj lub jakiejkolwiek wody między godziną 23 a 1 w nocy, aby nie zrobić krzywdy wędrującym w tych godzinach duszom pokutnym. Wymieniony zakaz był jeszcze bardziej surowy w dniu Wszystkich Świętych, kiedy to wzbraniano się przed tą czynnością przez całą dobę. Jeśli ktoś to czynił, zalecano wylewanie wody nisko przy ziemi. Zdarzało się, że taka osoba wymawiała ostrzeżenie skierowane do wędrujących dusz – në terô sã pòsënita, jeżlë wa tu jesta (no, teraz się posuńcie, jeśli tu jesteście).

W noc Wszystkich Świętych nie można było zostawiać na stole widelców oraz noży. Czyniono tak z obawy, iż wędrujące dusze mogą się pokaleczyć. Pozostawiano za to pożywienie, aby przychodzący z zaświatów byli przekonani o życzliwości i pamięci domowników. Wierzono, że dusze idą za kapłanem wracającym z procesji do kościoła, aby uczestniczyć w liturgii duchów. Msza święta rozpoczynała się o północy. Nikt z żywych w tym czasie nie mógł wchodzić do świątyni. Panowało przekonanie, że pokutujące dusze rozszarpałyby takiego człowieka żywcem.

W Dniu Zadusznym wzbraniano się przed pracą w polu, oraz wykonywaniem większych zajęć. Podobnie jak dziś, ludność odwiedzała tego dnia groby swych bliskich. Funkcjonował pogląd, że zapalenie świeczki na grobie przynosi duszy wielką ulgę i jest dla niej wielkim darem. Wykonanie tej czynnosci mogło przyczynić się nawet do rychłego zbawienia duszy. Zwyczaj palenia świec na grobach związany jest z prastarą symboliką ognia, który broni przed złem.

Modły za zmarłych trwały przez cały listopad zarówno w kościołach jak i domach gdzie ludność odmawiała wspólnie modlitwę różańcową. Wierni składali u kapłanów karteczki z imionami i nazwiskami zmarłych wraz z datkami. W ich intencji modlono się w czasie mszy świętej.

Starsi ludzie opowiadali często o spotkaniach z duszami bliskich lub sąsiadów. Temat ten powracał szczególnie w listopadowe dni. Sądzono, że zmarli ukazują się w konkretnym celu. Najczęściej była to prośba o modlitwę, czasem chodziło o bardziej przyziemne sprawy, związane np. z uregulowaniem długu czy wynagrodzeniem krzywdy, wyrządzonej za życia. Specjalnym rodzajem wizyt mieszkańców z zaświatów, bywali wyróżnieni nieliczni Kaszubi. Duch zagadnięty przez takiego człowieka, zobowiązywał się do tzw. chodzenia na pokutę. Zgodnie z tym zobowiązaniem, wspomniana dusza pokutująca oczekiwała każdego dnia, o ustalonej porze na swego wybawcę. Następnie wspólnie odmawiali modlitwę. Miejscem takich spotkań były najczęściej spokojne, mało uczęszczane okolice przy Bożych Mękach (przydrożnych kapliczkach). Żywy wymawiał pierwszą część modlitwy, natomiast dusza ją kończyła. Zdarzały się także przypadki nocnego odprawiania pokuty na Kalwarii Wejherowskiej i pielgrzymowania po jej stacjach.

Idąc wieczorem i napotykając nieznajomego, który mógł okazać się duchem, trzeba było najpierw wypowiedzieć słowa – wszelczi duch Póna Bòga chwôli(wszelki duch Pana Boga chwali). Jeśli po tym nieznajomy nie odzywał się, zalecano zadać następne pytanie – czegò të òde mie żądôsz? (czego ty ode mnie żądasz?). Duch nigdy nie rozpoczynał rozmowy jako pierwszy. Zdarzało się, że proszony przez niego o pomoc człowiek, nie chciał wypełnić pokuty. Wtedy wspomniana dusza przychodziła do takiej osoby wielokrotnie i hałasując dopominała się o to ponownie. Dusze pokutujące miały postać szarą i ciemną. Po wypełnieniu całej pokuty, przybysz z zaświatów dziękował swojemu wybawcy i przybierał jasny, świetlisty wygląd, jaśniejąc niebiańskim blaskiem, po czym znikał. Przed odejściem dusza pytała nieraz wybawiciela o jego życzenie. Panowało przekonanie, że osoba odprawiająca pokutę w niedługim czasie umrze. Reguła ta nie zawsze się sprawdzała. Zdarzało się, że taka osoba poznawała datę swej śmierci od wybawionej duszy.

Dusze czyśćcowe były dla modlących się za nie prawdziwymi sprzymierzeńcami w wielu ziemskich problemach, począwszy od tak prozaicznych spraw jak poranne budzenie, a skończywszy na pomocy w poważnych prośbach.

Śmierć i pogrzeb

Ciekawy jest fakt, iż śmierć nie budziła wśród Kaszubów wielkiego lęku. Uważano ją za normalne zjawisko – kòżdi ùmrze, czej jegò czas wińdze (każdy umrze, kiedy jego czas nadejdzie). Ważne było, czy człowiek który odchodził z ziemskiego świata należycie przygotował się do tego. Czy pozamykał i uregulował wszystkie swoje ważne sprawy. Dlatego też funkcjonowało pojęcie dobrej i złej śmierci. Dobra to ta, która przychodziła gdy człowiek był do tego należycie przygotowany, pojednał się z bliskimi i z Bogiem. Zła to najczęściej śmierć nagła, przerywająca wiele rozpoczętych spraw itd. W starych kaszubskich modlitewnikach możemy znaleźć modlitwy w intencji dobrej śmierci.

Kaszubi wyobrażali sobie śmierć jako chudą, bladą kobietę, okrytą białą płachtą. Stąd jej określenie – biôłô (biała). Jej zwiastunami były często sny, w których pojawiało się wypadanie włosów, piasek, mięso, wypiekanie chleba, wesele i bielizna. Wierzono, że szybka śmierć może spotkać człowieka zbyt często oglądającego swoje ręce lub zdejmującego często pierścionek z palca. Nadejście śmierci zwiastowały różne inne znaki w postaci dziwnych odgłosów i hałasów w domu, zatrzymanie zegara – jak chtos ùmrze, zégar sóm staje (jak ktoś umrze, zegar sam staje), chwytanie za klamkę i uderzanie w okno. Takie zwiastuny mógł dawać sam umarły swym bliskim, mówiąc o swojej śmierci i zbliżającym się pogrzebie. Śmierć zwiastowało zachowanie, niektórych zwierząt – wycie psa i hucząca sowa. Niechybnym jej zwiastunem mogła być także ukazująca się zjawa – sobowtór przyszłego nieboszczyka. Wierzono, że śmierć wchodzi do domu przez okno. Istniało ogólne przekonanie, że nie jest dobrze umrzeć o północy, gdyż zło ma wtedy więcej przystępu do ludzi, a dusza musi błąkać się w ciemnościach. Sam moment odchodzenia, agonii Kaszubi zwą ostatnią walką. Według wierzeń, przy łożu zmarłego gromadzą się zastępy dobrych i złych duchów, walczące o duszę umierającego. Dlatego tak ważna jest w tym momencie modlitwa bliskich oraz wieczny wid w postaci  palącej się gromnicy.

Po śmierci bliskiego, domownicy zatrzymywali zegary, aby nie przeszkadzały duszy przebywającej w pobliżu zwłok.

Pogrzeb poprzedzała tzw. pusta noc. W jej obrzędach uczestniczyli bliscy i znajomi zmarłego. Była to ostatnia noc przed dniem pogrzebu. Wyprawiano ją wyłącznie ludziom dorosłym, nigdy zmarłym dzieciom. W wielu miejscowościach kaszubskich mieszkali tzw. śpiewacy pogrzebowi, będący zazwyczaj mężczyznami. Osoby te przewodziły obrzędom pustej nocy, śpiewając charakterystyczne pieśni związane tylko z tym dniem. Przez całą noc trwały modlitwy za zmarłego. Sam zmarły leżał w otwartej trumnie przystrojonej kwiatami. Na stole stawiano krzyż, czasem tabakierę, która krążyła wśród żałobników. Okna izby były zasłonięte białym płótnem. O 23 oraz 3 w nocy podawano słodką kawę i chleb z masłem. Pustą noc kończono pieśnią:

Ju jidã do grobù smùtnégò, cemnégò,
Już mie nie òbaczisz, jaż dnia sądnégò

(Już idę do grobu smutnego, ciemnego,
Już mnie nie zobaczysz, aż do dnia sądnego)

Obrzędy pustej nocy kończyła wizyta księdza, który odprawiał pogrzebowe modlitwy za zmarłego oraz mieszkańców jego domu. Kapłan święcił również wóz, którym miała być transportowana trumna oraz początek drogi, którą kondukt żałobny miał udać się na cmentarz. Zwyczaj święcenia, powtarzała po księdzu często gospodyni domu.

Dziwne zjawiska można było zaobserwować u gospodarzy, którzy hodowali pszczoły. Na chwilę przed wyprowadzeniem trumny z domu, pszczoły przylatywały i siadały na oknie izby, w której leżał zmarły. Według wierzeń kaszubskich pszczoły przylatywały pożegnać się i podziękować swemu właścicielowi. Równocześnie witały jego następcę, który będzie się nimi zajmował. Zwyczajem było, że podczas wynoszenia zmarłego z domu, przepłaszano wszystkie należące do niego zwierzęta, aby to co w nich złe, poszło na cmentarz razem z ciałem ich właściciela. Najlepiej było, aby wymienioną czynność dokonał następca zmarłego. Jeśli czyniła to inna osoba to zwyczaj nakazywał, aby jej za to zapłacić. W innym przypadku zło mogło wrócić z powrotem. Często po wyprowadzeniu trumny przewracano wszystkie krzesła w pokoju gdzie leżał zmarły. Miało to na celu zatrzymanie szczęścia panującego w domu. Żałobnicy odprowadzając trumnę na cmentarz szli w pewnej odległości za nią. Wierzono, że za trumną idzie dusza zmarłego. Orszak żałobny najpierw udawał się do krzyża na terenie miejscowości, a następnie do kościoła. Od krzyża, wszyscy żałobnicy skupiali uwagę, kto będzie pierwszą postacią nadchodzącą z naprzeciwka. Jeżeli był to mężczyzna to następną zmarłą osobą we wsi był także przedstawiciel tej płci, jeśli niewiasta to pierwsza w wiosce umierała kobieta. Jeżeli z wieńców żałobnych opadały kwiaty był to znak, że w niedługim czasie wieś czeka kolejny pogrzeb. Po pogrzebie wszyscy jego uczestnicy udawali się na stypę. Była to ostatnia cześć oddana zmarłemu. Uważano, że jest to ostatni jego posiłek, który zmarły spożywa razem z żyjącymi. Na stole pozostawiano jedno puste nakrycie przeznaczone właśnie dla niego. Wieczorem, najbliżsi członkowie rodziny byli zapraszani na kolację. Spożywano ją w izbie, w której przed kilkoma godzinami leżał zmarły. Panował pogląd, że podczas stypy i kolacji grzechem byłoby nie jeść, ponieważ wszystkie posiłki są stawiane przez zmarłego. Bardzo charakterystyczne były dawniej pogrzeby na Półwyspie Helskim, gdzie orszak pogrzebowy przeprawiał się z trumną na cmentarz łodziami drogą morską. Podobne orszaki spotkać można było na niektórych, większych jeziorach kaszubskich. Często zmarłemu wsadzano do trumny monetę na taką wodną przeprawę. Nie sposób nie zauważyć w tym obrzędzie podobieństwa do przeprawy mitologicznym Styksem. Mężczyznom wsadzano zazwyczaj, nieodłączny atrybut mieszkańców tej ziemi tabakierę.

Kaszubskie upiory – wieszczi (wieszczy) i òpi (łopi)

Tak jak wspomniano wcześniej, Kaszubi nie obawiali się śmierci, natomiast bali się wielokrotnie zmarłego człowieka. Dlatego też bacznie obserwowano nieboszczyka, szczególnie podczas tzw. pustej nocy, kiedy modlono się za zmarłego.

Jeśli policzki nieboszczyka w czasie obrzędów pustonocnych zaczynały się rumienić, a ręce na piersiach opadały same w dół, był to znak, że zmarły w niedługim czasie stanie się tzw. wieszczym czyli upiorem. Występowały zarówno formy męskie wspomnianej istoty tzw. wieszczy oraz żeńskie tzw. wieszcza. Taki człowiek złożony do grobu zachowywał charakterystyczny rumieniec i po jakimś czasie zaczynał gryźć swoje ciało. Dopóki to czynił jego żyjący krewni zapadali na różne choroby, czasem umierając. Gdy upiór nie miał już czego gryźć, wychodził nocami ze swego grobu i wysysał krew swoich bliskich. Kaszubi bronili się przed wieszczym na wiele różnych sposobów. Zmarłemu dawano do trumny wyrwaną kartkę z modlitwą, gdzie brakowało słowa „amen”. Chodziło o to, aby była to niekończąca się modlitwa. Innym sposobem było włożenie do trumny starego swetra. Gdy nieboszczyk budził się jako upiór musiał tę wełnę spruć i zwinąć w kłębek, co zajmowało wiele czasu, bo wełna się rwała. Korzystano także z pomocy księży, którzy odmawiali egzorcyzmy. W skrajnych wypadkach odkopywano trumnę nieboszczyka i odcinano mu głowę, odwracając do ziemi wsadzano ją w nogach zmarłego. Było to całkowite unieszkodliwienie upiora. Wierzono, że niemowlę, które rodzi się w tzw. czepku może w przyszłości, po śmierci zostać wieszczym.

Skrajną odmianą wieszczego był tzw. łopi, będący najbardziej niebezpiecznym z upiorów. Łopi nie zabijał pojedynczo. Ten groźny upiór uśmiercał zbiorowo całe wioski. Wierzono, że taka istota chodzi nocami po wsiach i odwiedza swoich bliskich i znajomych. Łopi pukał w okna i zadawał pytanie – spita wa? (śpicie?)Jeśli domownicy odpowiadali, że śpią, łopi odpowiadał spita, na wieczi wieków amen (śpijcie, na wieki wieków amen). W tym momencie domownicy umierali. Obroną przed takim pytaniem był brak odpowiedzi Jeszcze bardziej groźne dla całej wsi było gdy łopi próbował dostać się do kościelnej dzwonnicy i zabić w dzwony. Każdy kto usłyszał takie bicie umierał – chto te zwònë czëje, mùszi ùmrzéc (kto te dzwony słyszy, musi umrzeć). Często działo się tak, że łopi ścigał się z kościelnym do dzwonnicy.

Zwyczaje dotyczące kaszubskich upiorów od wielu lat już nie funkcjonują. Dziś, opowieściami o nich można postraszyć w listopadowe dni tych bardziej strachliwych.

Kaszubskie Zaduszki i związane z nimi dawne tradycje