Pierwsze miłostki, zaloty i swaty … Jak to było kiedyś?

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl.


Pierwsze miłostki, zaloty i swaty

Przy zbliżających się Walentynkach warto przypomnieć jak dawniej przeżywano pierwsze miłostki, zaloty i swaty… Czas na tego rodzaju uczucia przychodził niepostrzeżenie i nieodwołalnie. Sam Melchior Wańkowicz mówił, że „Idzie ku dorosłemu”… Dziewczyny i chłopcy – odrębne dotychczas światy, nagle zaczynali spoglądać na siebie inaczej i inaczej siebie spostrzegać. Zaczynały się wzajemne fascynacje i nieznane dotąd uczucia…

Okazją do zalotów były młodzieżowe majówki z muzyką i tańcami, zabawy przy ognisku, na świeżym powietrzu, a przede wszystkim zabawy świętojańskie, z puszczaniem wianków na wodę i poszukiwaniem kwiatu paproci. Na wsi zalotami były spotkania i wspólne zabawy np. na pastwisku. Zalotami były też gawędy przy płocie, czy przesiadywanie wieczorami „na miedzy”. Doskonałą okazją do zamanifestowania swoich uczuć były doroczne uroczystości i różne święta. Zalotny charakter miały zabawy wielkanocne, a szczególnie szalone figle i psoty śmigusa-dyngusa, chodzenie z kurkiem dyngusowym (co uosabiało chłopaka idącego w konkury), dyngusowe przywoływki, stawianie słupów majowych pod oknami urodziwych panien; obdarowywanie wybranych chłopców najpiękniejszymi, własnoręcznie wykonanymi pisankami. W okresie świątecznym odwiedziny kawalera w domu, w którym była panna na wydaniu – traktowano zawsze, jako przyjście w konkury i deklaracja matrymonialnych zamiarów.

Kurek dyngusowy – zgodnie z obyczajem, nieodzownym elementem obchodów Lanego Poniedziałku był żywy, dorodny kogut. Kogut, jak wiadomo, to symbol urody, męskości, sił witalnych i płodności, poza tym, swoim głośnym pianiem obwieszcza zmiany pogody.

Dyngusowe przywoływki zwyczaj ten polegał na tym, że w Wielką Niedzielę wieczorem ludzie na czele z Komitetem Klubu, prezesem niosącym księgę protokołów oraz orkiestrą obchodzili wieś, a następnie udawali się na centralny plac, gdzie kawalerowie reprezentujący grupę wychodzili na dach stojącego tam budynku, na wysokie drzewo lub specjalnie przygotowaną trybunę, z której po krótkim wstępie donośnie wygłaszali przywoływki. Były to krótkie teksty odnoszące się do każdej z panien z danej wsi

W tak zwanych dobrych domach podobne uczucia i te same prawa natury rządziły młodymi. Inne były jedynie obowiązujące tu konwenanse. Panny na wydaniu musiały zachowywać się skromnie, nie ujawniać zbyt pochopnie swych uczuć. Wymagano, aby inicjatywę w zalotach podejmowali mężczyźni, jeżeli byli pretendentami do ręki panienki. Uosobieniem niewinności, dobrych manier i cnoty były spuszczone wstydliwie oczy i buzia w ciup. Spotkania młodych zawsze odbywały się w obecności przyzwoitki, zazwyczaj w domu panny.

Buzia w ciup – ściągnięcie warg, robiące wrażenie osoby dobrze wychowanej

Konwenans wymagał, aby kawaler zainteresowany panną, odwiedzał ją w domu, przedstawił się rodzicom i pozyskał ich zgodę na następne wizyty. Podczas tych wizyt, młodzi spędzali czas na konwersacji, przy herbacie i ciasteczkach, często grali na fortepianie – na cztery ręce, co stwarzało okazje do muśnięć rąk i palców. Wizyty kawalerów i mężczyzn wolnego stanu były dobrze przyjmowane przez rodzinę, bowiem świadczyły o powodzeniu panny i szansy na zawarcie udanego małżeństwa. Rodzina poddawała własnej ocenie ewentualnego kandydata na męża. Brała po uwagę przede wszystkim koligacje i majątek kawalera, a uczucia wcale nie były koniecznym dodatkiem. Dla rodziny żadną przeszkodą do zawarcia małżeństwa nie był zaawansowany wiek, często młode panny były wydawane za dużo starszych od nich mężczyzn.

Swoje przyszłe małżonki, kawalerowie mogli spotkać na balach karnawałowych, które często nazywano „giełdą małżeńską”. Tam (dosłownie) „pokazywano” panny na wydaniu, tańczyły one pod czujnym okiem matek, które spośród asystujących im kawalerów wybierały później najodpowiedniejszego ich zdaniem. Karnawał był czasem kojarzenia małżeństw. Dla młodych dziewczyn zwłaszcza ten pierwszy bal był nie lada przeżyciem, awansował ją bowiem na osobę dorosłą i gotową do zamążpójścia.

Konwenans nakazywał, aby kawaler bywający w domu panny zachowywał się wobec niej z największą galanterią, spełniał jej życzenia, służył jej, nigdy nie pozwolił sobie w jej obecności na niestosowne uwagi lub żarty. Wzajemne uczucia młodych wyrażały się w sekretnych liścikach, a panny swoje uczucia przelewały na karty pamiętników.

Inaczej bywało na wsiach, bo inny obowiązywał tu konwenans i obyczaj. Ale i na wsi o skromnej i dobrze prowadzącej się dziewczynie powiadano, że jest dobra i porządna. Pochlebnie mówiono o dobrze wychowanym chłopcu, nie o rozpustniku i hulace.

Dziewczęta na wydaniu zazwyczaj zgadzały się z matrymonialnymi planami rodziców, lecz zawsze marzyły o młodym, silnym i urodziwym mężu. Małżeństwa z wielkiej miłości, w których liczyły się wyłącznie uczucia młodych, cechy charakteru, temperament czy uroda najczęściej zdarzały się w pieśniach i marzeniach.

Na wsiach, o fizycznym aspekcie zalotów i miłości rozprawiano bez krępacji, a powszechnie znane i śpiewane piosenki pełne były rozbudzonej zmysłowości. Mimo iż opinia społeczna na wsiach nie była tak surowa jak w innych stanach, to i tak pilnowano, aby młodzi w swoich zalotach nie posunęli się zbyt daleko.

Zawarcie małżeństwa było sprawą niezwykle ważną, zatem procedury towarzyszące temu wydarzeniu były uroczyste, liczne, ściśle przestrzegane, utrwalone przez tradycję, obyczaj i społecznie przyjęte normy. Kończył się czas westchnień, a nastawał etap poważnych małżeńskich decyzji i pertraktacji.

Zgodnie z przyjętymi i obowiązującymi normami, najpierw musiało dojść do porozumienia rodzin do zawarcia wstępnej, bo jeszcze niezobowiązującej umowy matrymonialnej, do pozyskania i wymiany informacji: o młodych i ich sytuacji rodzinnej i materialnej. Był to jakby rekonesans dotyczący spraw majątkowych i koligacji.

Te wstępne ustalenia odbywały się bez obecności młodych i miały różne gwarowe nazwy: zwiady, oglądy, oględy, opatry, prześpiegi. Bywały one wstępem do dalszych, bardziej wiążących rozmów. Przyzwoleniem na dalsze pertraktacje bywał zawsze poczęstunek z wódką, z którym występowali rodzice panny, albo przyjęcie wódki jako podarunku – przyniesionego przez swata i spełnienie stosownego toastu. Dopiero wówczas zaczynano wychwalać zalety młodych, rozmawiać o majątku i ustalać termin dalszych rozmów.

Dziewczęta z podkrakowskich wsi wydawano za mąż w wieku 16-18 lat, chłopcy żenili się po 20 roku życia, najczęściej po odsłużeniu służby wojskowej /25 lat/. Dopiero po ożenku młodzi osiągali jakby dojrzałość społeczną i od tej pory mówiono do nich używając formy „wy”/ Wojciechu, gdzie idziecie?/ Zamiast „ty”/gdzie idziesz/.

Następnym etapem domowych i rodzinnych matrymonialnych układów były zmówiny, czyli swaty, swaciny, inaczej dziewosłęby, rainy, rajby, snymby, swadźba. Tym razem była to oficjalna wizyta i rozmowa, która doprowadzała do wiążących ustaleń pomiędzy rodzinami młodych. Swaty tak jak zwiady odbywały się z zachowaniem odpowiednich form i obowiązującego konwenansu. W ustalonym terminie, odświętnie ubrany swat, przychodził do domu dziewczyny. Na piersi miał czerwoną wstążkę i bukiecik ruciany. Zaproszony do środka zajmował wskazane mu miejsce za stołem, co równało się z poważnym i godnym potraktowaniem zarówno swata, jak i posłannictwa, z którym przychodził.

Zwyczajem było, że dziewczyna, o której rozmawiano, kryła się w zakamarkach domu i nie uczestniczyła w rozmowach. Jeśli rozmowa przebiegała korzystnie, czyli oferta małżeńska została przyjęta, wzywano dziewczynę i jedynie dla formalności pytano ją o zgodę, a ona zwykle z zażenowaniem kiwała głową. Teraz można było przystąpić do układów majątkowych i wzajemnych zobowiązań, dotyczących wyposażenia młodych, ustalić termin i podział kosztów wesela, liczbę gości, skład drużyny weselnej itd.


Źródła:

  • Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowiska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
  • Reymont W.St., Chłopi, wyd. jubileuszowe, Rok Reymontowski 2000
Pierwsze miłostki, zaloty i swaty … Jak to było kiedyś?