Święta noc

Autor: Renata Hryń-Kuśmierek. Źródło: http://archiwum.wiz.pl/2001/01123700.asp

Artykuł pochodzi z „Wiedzy i Życia” nr 12/2001


Wigilijnych potraw może być dwanaście, bo tylu było apostołów. Ale równie często przygotowuje się nieparzystą liczbę dań, pięć, siedem czy jedenaście. Im więcej, tym lepiej, tym obfitszy będzie nadchodzący rok.

Boże Narodzenie, w Polsce zwane także Godami, Godnymi lub Godnimi Świętami, Świętymi Wieczorami, Koladką, rozpoczyna wieczór wigilijny 24 grudnia, a kończy dzień Trzech Króli 6 stycznia. Podobnie jak wiele innych świąt i uroczystości religijnych, mają one bogatą obrzędowość ludową, która jest swoistym połączeniem rytuałów kościelnych i przedchrześcijańskich wierzeń, obyczajów, zabiegów magicznych.

„Wigilia Bożego Narodzenia była wielką uroczystością wspomina lata dzieciństwa wybitny pisarz i historyk Julian Ursyn Niemcewicz (1758-1841). – Od świtu wychodzili domowi słudzy na ryby […]. Dnia tego jednakowy po całej może Polsce był obiad. Trzy zupy, migdałowa z rodzynkami, barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, kucja dla służących, krążki z chrzanem, karp do podlewy, szczupak z szafranem, placuszki z makiem i miodem, okonie z posiekanymi jajami i oliwą itd. Obrus koniecznie zasłany być musiał na sianie, w czterech kątach izby jadalnej stały cztery snopy jakiegoś niemłóconego zboża. Niecierpliwie czekano pierwszej gwiazdy; gdy ta zajaśniała, zbierali się goście i dzieci, rodzice wychodzili z opłatkiem na talerzu, a każdy z obecnych, biorąc opłatek, obchodził wszystkich zebranych, nawet służących, i łamiąc go powtarzał słowa: „bodajbyśmy na przyszły rok łamali go z sobą””.

Z pewnością trudno byłoby uznać ten opis za powszechnie obowiązujący wzorzec wieczerzy wigilijnej. W zależności od regionu Polski, stanu, zamożności, tradycji lokalnej czy rodzinnej przygotowywano inne potrawy i obowiązywały inne zwyczaje. Wigilia chłopska różniła się od tej, którą zapamiętał Julian Ursyn Niemcewicz. W „Wigilii polskiej” (Warszawa, 1992) Barbara Ogrodowska opisuje potrawy przyrządzane na południowym Podlasiu: „jadało się barszcz z mąki żytniej lub barszcz buraczany, kaszę gryczaną („reczaną”) z sosem grzybowym, kapustę faszerowaną, kaszę jaglaną, kluski z makiem, pierogi z grzybami, soczewicą, jabłkami, śliwkami lub z farszem z siemienia lnianego, racuchy, kisiel owsiany oraz kutię, zwaną też kucią (gotowany pęczak lub pszenica z makiem i miodem)”. Ta ostatnia była główną potrawą wigilijną na całym wschodnim pograniczu. Na Kurpiach podawano m.in. śledzie, kapustę kwaszoną, kasze i kluski z makiem, zupę owocową z kluskami i miodem. Na ryby mogli sobie pozwolić jedynie bogatsi chłopi. Oskar Kolberg (1814-1890), etnograf i folklorysta, zapisał w tomie piątym swoich „Dzieł”, poświęconym ziemi krakowskiej: „po pierwszej gwieździe i łamaniu się opłatkiem, idzie na stół siemieniec (zupa lub rzadki brej) z pęcakiem (kaszą domową), groch, śliwy z kaszą lub gruszki, rzepa suszona i gotowana”.

Ale było też coś, co łączyło wszystkie polskie Wigilie: świąteczne zdobienie wnętrz, pora rozpoczynania postnej wieczerzy, zwyczaj dzielenia się opłatkiem i pozostawianie wolnego miejsca przy stole.

Zanim nadszedł dzień Wigilii, należało zrobić wielkie porządki. Szorowanie, mycie, odkurzanie, układanie rozpoczynano zwyczajowo w dzień św. Łucji 13 grudnia. Dlaczego wtedy? Może właśnie tyle trzeba było czasu, aby zdążyć z zakończeniem porządków, zanim zapadnie zmrok w dzień Wigilii? A może dlatego, iż dzień św. Łucji uważano za granicę „między tym co było, a tym co będzie”?

Wigilia Bożego Narodzenia była uważana za czas wyjątkowy, kiedy działy się cuda, wracał „czas początków”, a ziemia stawała się – choćby na krótko – rajską krainą. Panowało powszechne przekonanie, nie tylko w Polsce, ale także na Ukrainie, w Czechach czy Francji, że woda w rzekach, potokach i źródłach zamienia się wtedy w wino, miód, a nawet złoto. Jednak tylko niewinni i szczęśliwi ludzie mogli wiedzieć, kiedy nadchodzi ta chwila przemiany. O wierze w niezwykłe, lecznicze i ochronne właściwości „wigilijnej wody” może świadczyć nadal żywy wśród górali podhalańskich zwyczaj obmywania się w wodzie zaczerpniętej z potoku w Wigilię o północy.

Wierzono też, że w noc wigilijną budzą się pszczoły w ulach, pod śniegiem zakwitają kwiaty, także cudowny kwiat paproci, a zwierzęta mówią ludzkim głosem. Tego dnia i one były traktowane w szczególny sposób. Już po zakończeniu wieczerzy obdzielano zwierzęta, szczególnie bydło, opłatkiem i resztkami potraw. Ten zwyczaj zachował się jeszcze na przykład w niektórych wsiach sądeckich. Opłatki dla zwierząt były najczęściej kolorowe (żółte dla bydła, czerwone dla koni). Podczas wypiekania często dodawano do nich święcone zioła, które – jak powszechnie uważano – miały chronić bydło przed chorobami.

W całej Polsce znany był zwyczaj przywoływania na wigilijną kolację dzikich zwierząt, pod postaciami których miały się kryć dusze zmarłych: „Wilcosku, wilcosku, siądź z nami dziś do obiadu, ale jak nie przyjdziesz dziś, nie przychodź nigdy. Wróblęta ptasięta, chodźcie ku nam obiadować, a jak nie przyjdziecie, to nie przychodźcie cały rok”. Otwierano przy tym szeroko drzwi domu, kładąc na stole dodatkowe nakrycie, pozostawiając resztki potraw i okruchy opłatków. Ludzie prosili jednocześnie, aby po Wigilii dusze odeszły do swojego świata i nie szkodziły żyjącym.

W ten wyjątkowy dzień roku wszyscy zachowywali się inaczej niż zwykle. Zgodnie z tradycyjnym kalendarzem obrzędowym w Wigilię rozpoczynał się nowy rok. Dlatego, jak pisze autorka „Wigilii polskiej”: „Należało wstać wcześnie rano i szybko zerwać się z łóżka, aby przez cały rok zachować dobre samopoczucie, energię i rześkość. W tej samej intencji należało umyć się w rzece lub strumieniu albo w domu w miednicy, na dno której kładziono srebrny pieniądz; nie należało natomiast kłaść się w ciągu dnia, aby nie chorować i aby w lecie nie położyło się zboże. Nie wolno było niczego pożyczać sąsiadom, aby nie narażać się na utratę mienia. […] Pomimo obowiązującego ścisłego postu dobrze było w ciągu dnia zjeść trochę chleba maczanego w miodzie lub posmarowany miodem opłatek i napić się wódki, aby w ciągu roku nie brakowało nikomu jadła i napitku”.

W tym dniu żadne zachowanie człowieka nie było przypadkowe. Ponieważ dusze zmarłych mogły być gdzieś blisko, więc starano się zachowywać cicho i spokojnie. Duszyczki mogły się pojawić pod postacią zwierząt i ptaków, żebraków, pielgrzymów lub pozostać niewidzialne. Zanim więc ktoś usiadł na ławie lub stołku, musiał nań dmuchnąć i przeprosić duszę, która mogła właśnie tam przysiąść. Nie wolno też było na przykład pluć, wylewać brudnej wody, prząść, szyć, rąbać drew.

Przed Wigilią ozdabiano też dom. Ustawiano więc snopy nie młóconego zboża (zarówno w chłopskich chatach, dworach szlacheckich, jak i pałacach), rozścielano słomę na całej podłodze lub na stole, na obrus sypano ziarno, zawieszano przystrojone zielone jodłowe gałęzie (różnie je w Polsce nazywano: podłaźnik, podłaźniczka, sad, rajskie drzewko, boże drzewko) czy też co jest całkiem niedawnym zwyczajem stawiano ozdobioną choinkę. Każda z tych czynności odbywała się bardzo uroczyście, na przykład gospodarz, wnosząc do izby snopy zboża, składał życzenia „na szczęście”, „na zdrowie”, „na urodzaj i dobrobyt”, „na to Boże Narodzenie – co by się wam darzyło, mnożyło”.

Choinka jest dziś najczęściej spotykaną ozdobą domów w czasie świąt Bożego Narodzenia. Przywędrowała do Polski z Niemiec dosyć późno, bo na przełomie XVIII i XIX wieku. Początkowo błyszczała ozdobami tylko w domach mieszczan niemieckiego pochodzenia, z czasem trafiła do salonów polskiego mieszczaństwa i inteligencji. „Pod strzechy” choinka zbłądziła dopiero w XX wieku. Najpierw ozdabiano ją „światami” i gwiazdami z opłatka, jabłkami, orzechami, pierniczkami, ciastkami „z dziurką”, cukierkami. Później przybywało ozdób własnoręcznie wykonanych przez domowników z wydmuszek, piórek, słomek, kolorowego papieru. Teraz na choinkach pysznią się bombki o różnych kształtach i kolorach, błyszczące łańcuchy i lampki.

Dawniej do wieczerzy wigilijnej, zwanej też obiadem wigilijnym, pośnikiem, postnikiem, kutią, wilią, zasiadano, kiedy na niebie zabłysła pierwsza gwiazda. I tak jest nadal w wielu domach. Nadeszło święto. Przed rozpoczęciem kolacji wszyscy zgromadzeni łamią się opłatkiem, składając sobie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności. Ten zwyczaj, znany być może już w XVIII wieku, ma prawdopodobnie rodowód szlachecki, choć niektórzy uważają, że raczej mieszczański. Jeszcze na początku ubiegłego wieku nie znano go w niektórych częściach Pomorza, Warmii i Mazur.

Stół przykrywano obowiązkowo białym obrusem lub płachtą, pod które podkładano siano. Zostawiano jedno wolne miejsce, wolne nakrycie lub nie przeznaczone dla nikogo potrawy. W wielu domach ten zwyczaj nadal się pielęgnuje.

Do kolacji wigilijnej musiała usiąść parzysta liczba biesiadników. W przeciwnym razie, jak wierzono, ktoś z domowników mógł umrzeć w nadchodzącym roku. Zdarzało się podobno, że zapraszano jakiegoś samotnego sąsiada lub bardziej przesądna dama symulowała atak migreny. Miejsca przy stole zajmowano według starszeństwa, aby również w takiej kolejności odchodzić z „tego świata”. Uczestnikom wieczerzy nie wolno było wstawać od stołu przed jej zakończeniem. Nie wolno też było odkładać łyżek na stół. Jeżeli ktoś musiał przerwać jedzenie, wówczas trzymał łyżkę w zębach. Należało spróbować wszystkich po kolei potraw wigilijnych. Podczas całej kolacji panował nastrój powagi i skupienia, sprzyjający wspominaniu tych, którzy odeszli.

Potrawy wigilijne przyrządzano z „wszystkiego co w polu, sadzie, ogrodzie, lesie i wodzie”, czyli z ziaren zbóż, maku, miodu, orzechów, grzybów, grochu, fasoli, bobu, suszonych owoców, a w bogatszych domach również wielu gatunków ryb. Właściwie każdy z tych składników miał jakieś symboliczne znaczenie. Na przykład o maku wiedziano, że sprowadza sen na człowieka, więc dzięki niemu choć na chwilę można było wstąpić w „tamten świat”. Albo grzyby – rosnące w lesie, uchodziły za pożywienie niezwykłe, wykradzione z „innego świata”, w tradycyjnej kulturze las był bowiem uważany za przestrzeń niebezpieczną, obcą, nieludzką.

Stołu nie uprzątano po wieczerzy, pozostawiając resztki dla dusz zmarłych. Ludzie zaś mogli odpocząć, porozmawiać, zaśpiewać kolędy i pastorałki. Tuż przed północą wyruszano na pasterkę pieszo, konno, saniami lub na wozie. Każdy starał się jak najszybciej dotrzeć do kościoła. Pierwsi mieli bowiem zapewnione powodzenie we wszystkich pracach gospodarskich.

Wieczór wigilijny sprzyjał wróżbom, których znano bardzo wiele. Gospodarze bacznie obserwowali niebo: jeśli było gwiaździste, oznaczało urodzaj tego roku i dobre niesienie się kur, gdy niebo przykryte było chmurami, krowy miały dawać dużo mleka. Wróżono też o pogodzie, obserwując kolejne dni, z których każdy odpowiadał jednemu miesiącowi nowego roku.

Panny i kawalerowie wróżyli sobie o małżeństwie z siana wyciąganego po kolacji spod obrusa: źdźbło zielone – ślub już wkrótce, zwiędłe – jeszcze trzeba poczekać, łamiące się – stan bezżenny. Dziewczęta liczyły też kołki w płocie, mówiąc przy tym: „ten wdowiec, ten młodec (kawaler)”. Co wypowiedziała przy ostatnim, taki miał być jej przyszły mąż. Starsi zaś, wyciągając siano spod obrusa czy obserwując swój cień na ścianie, mogli poznać wróżbę dotyczącą ich zdrowia i życia.

Dzisiaj wiele tradycyjnych zwyczajów wigilijnych uległo zapomnieniu. Nadal jednak Wigilia jest wyjątkowym spotkaniem bliskich sobie osób, kiedy łatwiej jest powiedzieć „przepraszam” i częściej słyszy się „wybaczam”. Wszak rodzi się Bóg, a anieli cuda ogłaszają…


Mgr RENATA HRYŃ-KUŚMIEREK jest etnografem, absolwentką Katedry Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego.

Święta noc

Matki Boskiej Gromnicznej

Źródło: blogoetnografii.pl


Jedno z najdawniejszych świąt maryjnych, znane najbardziej pod tradycyjną nazwą dnia Matki Boskiej Gromnicznej, definitywnie kończy czas obchodów Bożego Narodzenia. Milkną już kolędy, znikają z domów i kościołów choinki oraz szopki, kończy się okres wizyt duszpasterskich. Święto to obchodzone jest w kościele katolickim i prawosławnym, u ewangelików i w kościele starokatolickim. Obecnie, w sposób szczególnie uroczysty, poza Polską obchodzone jest w Hiszpanii, krajach Ameryki Południowej i Środkowej oraz na Filipinach. Swoją ludową nazwę przybrało od zwyczaju święcenia w kościołach, podczas wszystkich nabożeństw, grubych świec przybranych zielonymi gałązkami i wstążeczkami, zwanych właśnie gromnicami. Niegdyś świece te były wyłącznie woskowe i zapalenie ich w świątyni wypełniało wnętrze przyjemnym, aromatycznym zapachem. Nasi przodkowie byli przekonani, że nawet ten miodowy aromat miał działanie lecznicze – wzmacniające i uodparniające, ochraniające ludzi.

Podczas nabożeństwa uważnie obserwowano płonące świece, wysnuwając przewidywania pogody. Jeżeli wosk obficie z nich kapał, to oznaczało, że zima miała być jeszcze mroźna i długa. Jeżeli knoty skwierczały i paliły się nierówno, to zapowiadało częste burze letnie oraz obfite opady deszczu. Po poświęceniu w kościele starano się zanieść płonące gromnice do domu, by od tego poświęconego ognia rozpalić ogień domowy, co miało zapewnić miłość i zgodę w rodzinie. Jeżeli, pomimo sprzyjających warunków, gromnica zgasła komuś po drodze, to wróżyła śmierć któregoś z domowników. Jeżeli pogoda nie pozwalała nieść płonącej gromnicy, zapalano ją powtórnie w obejściu, patrząc przy tym pilnie w którą stronę pochyli się jej płomień: jeżeli w stronę chlewu czy obory, to należało pilnować zwierząt; jeżeli stronę stodoły, to należało rozważnie rządzić plonami, bo najlepsze nie będą łaskawe; jeżeli w stronę bramy lub furtki, to należało strzec się złodziei, a jeżeli w stronę drzwi wejściowych chaty – to ktoś odejdzie przez nie na stałe tego roku.

Gospodarz, trzymając i osłaniając zapaloną gromnicę obchodził całe podwórze oraz domostwo dookoła, wszędzie tam gdzie mieszkali ludzie i przebywały zwierzęta, klękając na każdym progu, upuszczając nań kroplę wosku ze świecy, aby złe moce i nieszczęścia nie miały przystępu do zagrody. W stajni oraz oborze znakiem krzyża wykonanym gromnicą błogosławił konie i bydła, a na podwórzu odcinał kawałeczek świecy od spodu i dawał psu, aby zawsze był czujny oraz dobrze pilnował obejścia. W izbie kuchennej, stanowiącej serce chaty, gospodarz ostrożnie wypalał lub osmalał znak krzyża na głównej belce podtrzymującej konstrukcję dachu, zwanej tramem, tragarzem czy siestrzanem. Zgaszoną gromnicę przechowywano z należnym szacunkiem – leżącą obok pasyjki i świętych figurek na ołtarzyku domowym, wetkniętą za zawieszony pod kątem obraz święty, w szufladzie komody lub w skrzyni.

Gromnica była niezbędna w każdej rodzinie, w każdym gospodarstwie, towarzyszyła każdemu człowiekowi od narodzin do chwili śmierci. Powszechna do dzisiaj jest wiara, że z jej światłem lżej jest człowiekowi umierać, dlatego konającym wkładano do ręki zapaloną świecę. Opowieści ludowe głoszą, że Matka Boska bierze pod płaszcz swej przemożnej opieki wszystkie sieroty, ale szczególnie te, których matki umierały trzymając w stygnącej dłoni płonącą gromnicę. W tradycji ludowej gromnica była niezastąpioną bronią przed żywiołami, burzą, piorunami i ogniem. W czasie burz i nawałnic obchodzono z nimi zagrodę i poszczególne pomieszczenia, a następnie ustawiano płonące w oknie. Wierzono, że światło gromnicy prostuje drogi członkom rodziny rozrzuconym po świecie i prowadzi ich szczęśliwie do domu. Częstym zabiegiem leczniczym było połykanie dymu po zgaszeniu gromnicy, co miało zapobiegać psuciu się zębów i bólowi gardła. Kawałki zastygłego wosku z gromnicy cieśle wkładali pod podwalinę lub między belki nowo budowanego domu na szczęście, jako rodzaj magicznej ochrony.

W tym dniu wróżono o pogodzie i pomyślności w gospodarstwie. Wierzono, że mróz w dniu Gromnicznej zapowiada dobre urodzaje dla zbóż, a słoneczny i pogodny dzień wróży dużo miodu w ulach i obfite plony. Złym prognostykiem były roztopy, chlapa i roztaje, bo świadczyły o kiepskich urodzajach. Długie sople przy dachach zapowiadały niezwykły urodzaj marchwi, a szron pokrywający drzewa – bogaty zbiór owoców na jesieni. Gromnice jako środek zapobiegający piorunom zostały wyparte przez upowszechnione w drugiej połowie XX wieku piorunochrony. Pierwsze takie instalacje zaczęły pojawiać się już w drugiej połowie XVIII wieku, długo jednak nie były darzone pełnym zaufaniem. Przez lata całe w tradycji wiejskiej panowało przekonanie, że gromnica i bicie w dzwony kościelne skuteczniej chronią przed piorunem, niż druty – które bardziej mogą ściągać gromy z nieba.

Matka Boska i wilki

W tradycyjnej kulturze ludowej z wyobrażeniem Gromnicznej związane są stare podania i legend dotyczące wilków. Z jednej strony wierzono, że to właśnie Święta Panienka odpędza światłem gromnicy watahy wilków od siedzib ludzkich, a w razie potrzeby nawet zatrzymuje stado w biegu. Znajdowało to odbicie w wizerunkach Gromnicznej, przedstawiających Matkę Bożą z płonącą gromnicą w ręku wśród stada przerażonych wilków. W dniu Matki Boskiej Gromnicznej nikt nie ważył się wychodzić do lasu, w obawie przed rozzuchwalonymi wilkami. Jednocześnie dawni mieszkańcy wsi, żyjący w ścisłej symbiozie z naturą, uznawali prawo wilków – jak każdego innego stworzenia bożego – do istnienia, drapieżności, konieczności zdobywania pożywienia i walki o przetrwanie, a tym samym do opieki boskiej. Mówi o tym znana do dzisiaj, powtarzana w różnych wersjach legenda.

W mroźne, zimowe noce szczególnie jeden wilk dał się we znaki gospodarzom, porywając owce i cielęta z zagród. W końcu chłopi licznie się zgromadzili i zaczęli polowanie na drapieżcę, chcąc go zabić. Na swojej drodze spotkali niespodziewanie  kobietę i zapytali, czy nie widziała wilka. Wtedy niewiastę otoczył blask i chłopi poznali w niej Matkę Bożą. Ta zaś powiedziała, że wilka ani nie widziała, ani nie zamierza go wydać prześladowcom, a nakazuje im zajrzeć w swoje serca i tam poszukać, jakiego wilka kto nosi. Po tej przestrodze Madonna odesłała mężczyzn do swoich domów.

Gdy chłopi odeszli, rozważając słowa Matki Bożej, spod jej rozłożystego płaszcza wyłonił się łeb wilczy. Matka złajała wilka, ale jednocześnie przytuliła i pogłaskała, gdyż wilcza niedola również głęboko poruszyła jej serce.

Nie wywołuj wilka z lasu…

To powszechnie używane do dzisiaj powiedzenie jest echem dawnych przekonań, że niektóre słowa mają magiczną moc i wypowiedziane głośno posiadają siłę sprawczą, stają się faktem lub czynem. Wierzono, że samo wypowiedzenie nazwy groźnego zwierzęcia może je ściągnąć, przywołać do domu lub zagrody. Niebezpieczeństwo przyciągnięcia wilków można było wywołać zwłaszcza  przez motanie przędzy i przędzenie nici, dlatego kobiety wystrzegały się tego zajęcia w dniu Matki Boskiej Gromnicznej. Wierzono, że w tym dniu wilczysko może szczególnie łatwo zaplątać się w takie nici, skutkiem czego będzie potem trzymał się zagrody czyli będzie wokół niej krążył i przez cały rok wyrządzał w szkody.

Przysłowia i powiedzenia

  • Gromnica, zimy połowica.
  • Gdy na Gromnicę z dachu ciecze, zima się jeszcze powlecze.
  • Gdy słońce świeci na Gromnicę, to przyjdą większe mrozy i śnieżyce.
  • Gdy na Gromniczną mróz, chowaj chłopie sanie, szykuj wóz.
  • Na Gromniczną niedźwiedź budę naprawia albo rozwala.
  • Bierze wilk i znaczone owce.
  • Kto z wilkami żyje, z wilkami wyje.
  • Mów wilkowi pacierz, a wilk woli kozią macierz.
  • Natura ciągnie wilka do lasu.
  • Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka.
  • I wilk syty, i owca cała.
  • Słuchać jak bajki o żelaznym wilku.
  • Wilkiem patrzeć.
  • Wilk w owczej skórze.
  • Wilcze prawo.Jeśli nie wilk szary, no to pies albo kot bury (jeżeli nie coś, o czym mowa, to coś jednak zbliżonego).
  • Mówiąc za wilkiem, mówmy i za baranem (sprawiedliwość nakazuje wysłuchać obu stron).
  • Wilczy ogródek (miejsce z przynętą, pułapka na wilki).
  • Wilk go ozionął (omamił, otumanił, zaćmił rozum, zaczarował wzrokiem).
  • Pora między psem a wilkiem (szara godzina, kiedy zmrok już zapada, ale nie jest zupełnie ciemno).
  • W dniu Panny Gromnicznej bywaj zdrów, mój śliczny! (skończyła się pora na zaloty)
Matki Boskiej Gromnicznej