Kaszubskie Zaduszki i związane z nimi dawne tradycje

Autor: Andrzej Busler. Znalezione na: http://www.kaszubi.pl/o/gdynia/artykulmenu?id=562


Co roku w pierwszych dniach listopada, odwiedzamy groby naszych bliskich, przyjaciół i znajomych, którzy odeszli z ziemskiego świata. Każdego roku, pierwsze listopadowe dni są dla wielu z nas chwilami zadumy i wspomnieniem zmarłych. Uroczystość Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny, dziś wygląda już zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. Także w ten obszar wkracza wszechobecna komercja i seryjna tandeta. Stare obrzędy, kultywowane przez dziesiątki, czasem setki lat są wypierane przez nowe zwyczaje. Wielka szkoda, że część dawnej tradycji, choćby w formie ustnej, nie jest przekazywana w następne pokolenia. W zdecydowanej większości wiedza naszych pradziadów, w której zapisany był pewien rodzaj mądrości ludowej odchodzi w zapomnienie. Jak wyglądało to dawniej na Kaszubach?

Zwyczaje związane z Dniem Zadusznym i Świętem Wszystkich Świętych

Oprócz tradycyjnych zwyczajów, kontynuowanych do dzisiaj, związanych z odświętnym przygotowaniem grobów, kultywowano wiele innych zwyczajów, których próżno dziś szukać.

Dawniej, ludność kaszubska powszechnie wierzyła, że w Dzień Zaduszny, dusze zmarłych przychodzą na swoje groby. Aby sprawić im przyjemność, podobnie jak dzisiaj przystrajano mogiły gałązkami świerku oraz kwiatami. Gospodynie plotły specjalny wieniec ze świerku, zwany lebensbaum. Przed uroczystościami Wszystkich Świętych kobiety wypiekały niewielkie bochenki chleba, które dzieci rozdawały w przeddzień święta ubogim, by modlili się za dusze czyśćcowe.

Podobnie jak dziś, na początku listopada, cmentarze rozświetlał blask tysięcy świec, zwany przez Kaszubów wiecznym widem (wiecznym światłem).

Według wierzeń w dzień Wszystkich Świętych, przy mogiłach gromadziły się dusze czyśćcowe, mające w tym czasie przywilej od Boga, związany z opuszczeniem po południu bram czyśćca. Dusze czyśćcowe będące tego dnia przy swoim grobie, mogły za sprawą modlitwy swych bliskich dostąpić wybawienia. Najbardziej skuteczną metodą było w tym wypadku odmawianie różańca.

W Dzień Zaduszny funkcjonował dawniej zwyczaj, dzisiaj już zupełnie nieznany – na cmentarzach można było spotkać grupy chłopców poprzebieranych za diabły i inne maszkary. Grupy takie były wyposażone w specjalne instrumenty – diabelskie skrzypce, grzechotki, klekotki, sznërë, knarë i burczybas (tradycyjne instrumenty kaszubskie). Tak przebrane i wyposażone zespoły miały za zadanie odpędzić złe duchy, które przeszkadzały wejść na cmentarz potępionym duszom.

Złe duchy i czarownice zatrzymywały wspomniane dusze poza cmentarzem, zwabiając je na orgie, przeszkadzając w wybawieniu.

Pierwsze listopadowe dni przesycone były ciszą i skupieniem. W domach, w których były piece, rozpalano ogień. Przy piecach, zostawiano miejsce na ławie dla przychodzących dusz, aby mogły usiąść i ogrzać się. Psy nie były wypuszczane na wolność. Wierzono, że mają one zdolność widzenia duchów i mogłyby przeszkadzać im w wędrówkach. Jeśli ktoś wybierał się w wieczorną podróż powinien trzymać się środka drogi. Masowe wędrówki dusz w tym czasie mogły sprawić, że idący drogą człowiek, mógłby przeszkadzać. Wynika to z faktu, iż dusze lubią chodzić bokiem drogi. Wolą też wąskie i mniej uczęszczane ścieżki, niż szerokie trakty.

Dawniej na Kaszubach w ciągu całego roku, starano się nie wylewać pomyj lub jakiejkolwiek wody między godziną 23 a 1 w nocy, aby nie zrobić krzywdy wędrującym w tych godzinach duszom pokutnym. Wymieniony zakaz był jeszcze bardziej surowy w dniu Wszystkich Świętych, kiedy to wzbraniano się przed tą czynnością przez całą dobę. Jeśli ktoś to czynił, zalecano wylewanie wody nisko przy ziemi. Zdarzało się, że taka osoba wymawiała ostrzeżenie skierowane do wędrujących dusz – në terô sã pòsënita, jeżlë wa tu jesta (no, teraz się posuńcie, jeśli tu jesteście).

W noc Wszystkich Świętych nie można było zostawiać na stole widelców oraz noży. Czyniono tak z obawy, iż wędrujące dusze mogą się pokaleczyć. Pozostawiano za to pożywienie, aby przychodzący z zaświatów byli przekonani o życzliwości i pamięci domowników. Wierzono, że dusze idą za kapłanem wracającym z procesji do kościoła, aby uczestniczyć w liturgii duchów. Msza święta rozpoczynała się o północy. Nikt z żywych w tym czasie nie mógł wchodzić do świątyni. Panowało przekonanie, że pokutujące dusze rozszarpałyby takiego człowieka żywcem.

W Dniu Zadusznym wzbraniano się przed pracą w polu, oraz wykonywaniem większych zajęć. Podobnie jak dziś, ludność odwiedzała tego dnia groby swych bliskich. Funkcjonował pogląd, że zapalenie świeczki na grobie przynosi duszy wielką ulgę i jest dla niej wielkim darem. Wykonanie tej czynnosci mogło przyczynić się nawet do rychłego zbawienia duszy. Zwyczaj palenia świec na grobach związany jest z prastarą symboliką ognia, który broni przed złem.

Modły za zmarłych trwały przez cały listopad zarówno w kościołach jak i domach gdzie ludność odmawiała wspólnie modlitwę różańcową. Wierni składali u kapłanów karteczki z imionami i nazwiskami zmarłych wraz z datkami. W ich intencji modlono się w czasie mszy świętej.

Starsi ludzie opowiadali często o spotkaniach z duszami bliskich lub sąsiadów. Temat ten powracał szczególnie w listopadowe dni. Sądzono, że zmarli ukazują się w konkretnym celu. Najczęściej była to prośba o modlitwę, czasem chodziło o bardziej przyziemne sprawy, związane np. z uregulowaniem długu czy wynagrodzeniem krzywdy, wyrządzonej za życia. Specjalnym rodzajem wizyt mieszkańców z zaświatów, bywali wyróżnieni nieliczni Kaszubi. Duch zagadnięty przez takiego człowieka, zobowiązywał się do tzw. chodzenia na pokutę. Zgodnie z tym zobowiązaniem, wspomniana dusza pokutująca oczekiwała każdego dnia, o ustalonej porze na swego wybawcę. Następnie wspólnie odmawiali modlitwę. Miejscem takich spotkań były najczęściej spokojne, mało uczęszczane okolice przy Bożych Mękach (przydrożnych kapliczkach). Żywy wymawiał pierwszą część modlitwy, natomiast dusza ją kończyła. Zdarzały się także przypadki nocnego odprawiania pokuty na Kalwarii Wejherowskiej i pielgrzymowania po jej stacjach.

Idąc wieczorem i napotykając nieznajomego, który mógł okazać się duchem, trzeba było najpierw wypowiedzieć słowa – wszelczi duch Póna Bòga chwôli(wszelki duch Pana Boga chwali). Jeśli po tym nieznajomy nie odzywał się, zalecano zadać następne pytanie – czegò të òde mie żądôsz? (czego ty ode mnie żądasz?). Duch nigdy nie rozpoczynał rozmowy jako pierwszy. Zdarzało się, że proszony przez niego o pomoc człowiek, nie chciał wypełnić pokuty. Wtedy wspomniana dusza przychodziła do takiej osoby wielokrotnie i hałasując dopominała się o to ponownie. Dusze pokutujące miały postać szarą i ciemną. Po wypełnieniu całej pokuty, przybysz z zaświatów dziękował swojemu wybawcy i przybierał jasny, świetlisty wygląd, jaśniejąc niebiańskim blaskiem, po czym znikał. Przed odejściem dusza pytała nieraz wybawiciela o jego życzenie. Panowało przekonanie, że osoba odprawiająca pokutę w niedługim czasie umrze. Reguła ta nie zawsze się sprawdzała. Zdarzało się, że taka osoba poznawała datę swej śmierci od wybawionej duszy.

Dusze czyśćcowe były dla modlących się za nie prawdziwymi sprzymierzeńcami w wielu ziemskich problemach, począwszy od tak prozaicznych spraw jak poranne budzenie, a skończywszy na pomocy w poważnych prośbach.

Śmierć i pogrzeb

Ciekawy jest fakt, iż śmierć nie budziła wśród Kaszubów wielkiego lęku. Uważano ją za normalne zjawisko – kòżdi ùmrze, czej jegò czas wińdze (każdy umrze, kiedy jego czas nadejdzie). Ważne było, czy człowiek który odchodził z ziemskiego świata należycie przygotował się do tego. Czy pozamykał i uregulował wszystkie swoje ważne sprawy. Dlatego też funkcjonowało pojęcie dobrej i złej śmierci. Dobra to ta, która przychodziła gdy człowiek był do tego należycie przygotowany, pojednał się z bliskimi i z Bogiem. Zła to najczęściej śmierć nagła, przerywająca wiele rozpoczętych spraw itd. W starych kaszubskich modlitewnikach możemy znaleźć modlitwy w intencji dobrej śmierci.

Kaszubi wyobrażali sobie śmierć jako chudą, bladą kobietę, okrytą białą płachtą. Stąd jej określenie – biôłô (biała). Jej zwiastunami były często sny, w których pojawiało się wypadanie włosów, piasek, mięso, wypiekanie chleba, wesele i bielizna. Wierzono, że szybka śmierć może spotkać człowieka zbyt często oglądającego swoje ręce lub zdejmującego często pierścionek z palca. Nadejście śmierci zwiastowały różne inne znaki w postaci dziwnych odgłosów i hałasów w domu, zatrzymanie zegara – jak chtos ùmrze, zégar sóm staje (jak ktoś umrze, zegar sam staje), chwytanie za klamkę i uderzanie w okno. Takie zwiastuny mógł dawać sam umarły swym bliskim, mówiąc o swojej śmierci i zbliżającym się pogrzebie. Śmierć zwiastowało zachowanie, niektórych zwierząt – wycie psa i hucząca sowa. Niechybnym jej zwiastunem mogła być także ukazująca się zjawa – sobowtór przyszłego nieboszczyka. Wierzono, że śmierć wchodzi do domu przez okno. Istniało ogólne przekonanie, że nie jest dobrze umrzeć o północy, gdyż zło ma wtedy więcej przystępu do ludzi, a dusza musi błąkać się w ciemnościach. Sam moment odchodzenia, agonii Kaszubi zwą ostatnią walką. Według wierzeń, przy łożu zmarłego gromadzą się zastępy dobrych i złych duchów, walczące o duszę umierającego. Dlatego tak ważna jest w tym momencie modlitwa bliskich oraz wieczny wid w postaci  palącej się gromnicy.

Po śmierci bliskiego, domownicy zatrzymywali zegary, aby nie przeszkadzały duszy przebywającej w pobliżu zwłok.

Pogrzeb poprzedzała tzw. pusta noc. W jej obrzędach uczestniczyli bliscy i znajomi zmarłego. Była to ostatnia noc przed dniem pogrzebu. Wyprawiano ją wyłącznie ludziom dorosłym, nigdy zmarłym dzieciom. W wielu miejscowościach kaszubskich mieszkali tzw. śpiewacy pogrzebowi, będący zazwyczaj mężczyznami. Osoby te przewodziły obrzędom pustej nocy, śpiewając charakterystyczne pieśni związane tylko z tym dniem. Przez całą noc trwały modlitwy za zmarłego. Sam zmarły leżał w otwartej trumnie przystrojonej kwiatami. Na stole stawiano krzyż, czasem tabakierę, która krążyła wśród żałobników. Okna izby były zasłonięte białym płótnem. O 23 oraz 3 w nocy podawano słodką kawę i chleb z masłem. Pustą noc kończono pieśnią:

Ju jidã do grobù smùtnégò, cemnégò,
Już mie nie òbaczisz, jaż dnia sądnégò

(Już idę do grobu smutnego, ciemnego,
Już mnie nie zobaczysz, aż do dnia sądnego)

Obrzędy pustej nocy kończyła wizyta księdza, który odprawiał pogrzebowe modlitwy za zmarłego oraz mieszkańców jego domu. Kapłan święcił również wóz, którym miała być transportowana trumna oraz początek drogi, którą kondukt żałobny miał udać się na cmentarz. Zwyczaj święcenia, powtarzała po księdzu często gospodyni domu.

Dziwne zjawiska można było zaobserwować u gospodarzy, którzy hodowali pszczoły. Na chwilę przed wyprowadzeniem trumny z domu, pszczoły przylatywały i siadały na oknie izby, w której leżał zmarły. Według wierzeń kaszubskich pszczoły przylatywały pożegnać się i podziękować swemu właścicielowi. Równocześnie witały jego następcę, który będzie się nimi zajmował. Zwyczajem było, że podczas wynoszenia zmarłego z domu, przepłaszano wszystkie należące do niego zwierzęta, aby to co w nich złe, poszło na cmentarz razem z ciałem ich właściciela. Najlepiej było, aby wymienioną czynność dokonał następca zmarłego. Jeśli czyniła to inna osoba to zwyczaj nakazywał, aby jej za to zapłacić. W innym przypadku zło mogło wrócić z powrotem. Często po wyprowadzeniu trumny przewracano wszystkie krzesła w pokoju gdzie leżał zmarły. Miało to na celu zatrzymanie szczęścia panującego w domu. Żałobnicy odprowadzając trumnę na cmentarz szli w pewnej odległości za nią. Wierzono, że za trumną idzie dusza zmarłego. Orszak żałobny najpierw udawał się do krzyża na terenie miejscowości, a następnie do kościoła. Od krzyża, wszyscy żałobnicy skupiali uwagę, kto będzie pierwszą postacią nadchodzącą z naprzeciwka. Jeżeli był to mężczyzna to następną zmarłą osobą we wsi był także przedstawiciel tej płci, jeśli niewiasta to pierwsza w wiosce umierała kobieta. Jeżeli z wieńców żałobnych opadały kwiaty był to znak, że w niedługim czasie wieś czeka kolejny pogrzeb. Po pogrzebie wszyscy jego uczestnicy udawali się na stypę. Była to ostatnia cześć oddana zmarłemu. Uważano, że jest to ostatni jego posiłek, który zmarły spożywa razem z żyjącymi. Na stole pozostawiano jedno puste nakrycie przeznaczone właśnie dla niego. Wieczorem, najbliżsi członkowie rodziny byli zapraszani na kolację. Spożywano ją w izbie, w której przed kilkoma godzinami leżał zmarły. Panował pogląd, że podczas stypy i kolacji grzechem byłoby nie jeść, ponieważ wszystkie posiłki są stawiane przez zmarłego. Bardzo charakterystyczne były dawniej pogrzeby na Półwyspie Helskim, gdzie orszak pogrzebowy przeprawiał się z trumną na cmentarz łodziami drogą morską. Podobne orszaki spotkać można było na niektórych, większych jeziorach kaszubskich. Często zmarłemu wsadzano do trumny monetę na taką wodną przeprawę. Nie sposób nie zauważyć w tym obrzędzie podobieństwa do przeprawy mitologicznym Styksem. Mężczyznom wsadzano zazwyczaj, nieodłączny atrybut mieszkańców tej ziemi tabakierę.

Kaszubskie upiory – wieszczi (wieszczy) i òpi (łopi)

Tak jak wspomniano wcześniej, Kaszubi nie obawiali się śmierci, natomiast bali się wielokrotnie zmarłego człowieka. Dlatego też bacznie obserwowano nieboszczyka, szczególnie podczas tzw. pustej nocy, kiedy modlono się za zmarłego.

Jeśli policzki nieboszczyka w czasie obrzędów pustonocnych zaczynały się rumienić, a ręce na piersiach opadały same w dół, był to znak, że zmarły w niedługim czasie stanie się tzw. wieszczym czyli upiorem. Występowały zarówno formy męskie wspomnianej istoty tzw. wieszczy oraz żeńskie tzw. wieszcza. Taki człowiek złożony do grobu zachowywał charakterystyczny rumieniec i po jakimś czasie zaczynał gryźć swoje ciało. Dopóki to czynił jego żyjący krewni zapadali na różne choroby, czasem umierając. Gdy upiór nie miał już czego gryźć, wychodził nocami ze swego grobu i wysysał krew swoich bliskich. Kaszubi bronili się przed wieszczym na wiele różnych sposobów. Zmarłemu dawano do trumny wyrwaną kartkę z modlitwą, gdzie brakowało słowa „amen”. Chodziło o to, aby była to niekończąca się modlitwa. Innym sposobem było włożenie do trumny starego swetra. Gdy nieboszczyk budził się jako upiór musiał tę wełnę spruć i zwinąć w kłębek, co zajmowało wiele czasu, bo wełna się rwała. Korzystano także z pomocy księży, którzy odmawiali egzorcyzmy. W skrajnych wypadkach odkopywano trumnę nieboszczyka i odcinano mu głowę, odwracając do ziemi wsadzano ją w nogach zmarłego. Było to całkowite unieszkodliwienie upiora. Wierzono, że niemowlę, które rodzi się w tzw. czepku może w przyszłości, po śmierci zostać wieszczym.

Skrajną odmianą wieszczego był tzw. łopi, będący najbardziej niebezpiecznym z upiorów. Łopi nie zabijał pojedynczo. Ten groźny upiór uśmiercał zbiorowo całe wioski. Wierzono, że taka istota chodzi nocami po wsiach i odwiedza swoich bliskich i znajomych. Łopi pukał w okna i zadawał pytanie – spita wa? (śpicie?)Jeśli domownicy odpowiadali, że śpią, łopi odpowiadał spita, na wieczi wieków amen (śpijcie, na wieki wieków amen). W tym momencie domownicy umierali. Obroną przed takim pytaniem był brak odpowiedzi Jeszcze bardziej groźne dla całej wsi było gdy łopi próbował dostać się do kościelnej dzwonnicy i zabić w dzwony. Każdy kto usłyszał takie bicie umierał – chto te zwònë czëje, mùszi ùmrzéc (kto te dzwony słyszy, musi umrzeć). Często działo się tak, że łopi ścigał się z kościelnym do dzwonnicy.

Zwyczaje dotyczące kaszubskich upiorów od wielu lat już nie funkcjonują. Dziś, opowieściami o nich można postraszyć w listopadowe dni tych bardziej strachliwych.

Kaszubskie Zaduszki i związane z nimi dawne tradycje

Wierzenia, obrzędy i zwyczaje pomorskie / kult zmarłych

Autor: Bożena Ronowska. Znalezione na: http://polskie-rekodzielo.pl/wierzenia-obrzedy-i-zwyczaje-pomorskie-kult-zmarlych/


Przed  Bożeną Stelmachowską niewielu badaczy zajmowało się zagadnieniami związanymi z obrzędowością pomorską. Badacze polscy, niemieccy i rosyjscy skupiali się wcześniej na podaniach ludowych, baśniach, przysłowiach i legendach, obchodząc bokiem obrzędowość doroczną i rodzinną. Rosjan zajmowały kwestie związane z językiem Kaszubów. Niemiecka bibliografia jest najstarsza, ale niestety traktuje te tereny jak własne, pomijając zupełnie kwestie lokalne i szczepowe, wprowadzając tym zamieszanie trudne do ogarnięcia później. Wszak zamieszkujący wówczas te tereny ludzie pochodzili z różnych grup kulturowych, polskich i niemieckich. Tematyka ta stanowi wciąż niejasny element kultury ludowej Pomorza, choć niewątpliwie badania przeprowadzone przez Stelmachowską stały się krokiem milowym w kierunku ich poznania. Obrzędowość bowiem jest jednym z niewielu wyróżników  kultury ludowej, która wiąże się z rokiem obrzędowym i stanowi spójną całość, jedną dla całej Polski. Pomimo tego można się w niej doszukać cech przynależnych wyłącznie Pomorzu.

Kult zmarłych
Ludowe wyobrażenie śmierci oraz samo spojrzenie ludu pomorskiego na życie pozagrobowe jest niewątpliwie kluczem do tego, by zrozumieć  istotę obrzędów odprawianych ku czci zmarłych. Jest ono podobne do wierzeń z tym związanych innych grup etnicznych w Polsce. Życie bowiem w ujęciu ludu, to splot naturalnych stanów, czynności i odczuć, następujących po sobie w jakimś uporządkowanym cyklu, przewidywalnym dla wielu  i nienaruszalnym. Śmierć natomiast ze swoją nienaturalnością jawiła się czymś nadnaturalnym i nieuporządkowanym, kończącym nieoczekiwanie wszystkie ziemskie sprawy. Wierzono bowiem, że człowiek  porzuca ziemską powłokę, by trwać dalej w odmienionej, duchowej formie, przy czym forma ta w wyobrażeniu ludu miała materialne kształty, funkcjonujące w przestrzeni, posiadające pewne przywileje i ograniczenia. Wierzono więc, że moment śmierci jest wyczuwalny przez otoczenie zmarłego, a symbolizowany niewielkim podmuchem, wirem powietrza, powodującym na przykład wirowanie płomienia świecy płonącej przy zmarłym. Zwłaszcza na Pomorzu i Wielkopolsce uważano ten podmuch za niewytłumaczalny powiew zimnego powietrza. Moment ten wykorzystywano więc na otwarcie okna czy drzwi po to, by dusza zmarłej osoby bez trudu mogła wydostać się z pomieszczenia. Zmarły wydając ostatnie tchnienie, jako dziwna materia, zmierza ku zmaterializowaniu. I nie ma tu mowy o reinkarnacji, a raczej o formie materialnej, przybierającej tymczasowy kształt widma, trudnego do uchwycenia przez ludzkie zmysły. W wierzeniach ludu duch ów przybierał więc przeróżne kształty przypominające zwierzęta i ludzi. Nierzadko było to trudne do wyjaśnienia światło tlące się nierównym płomieniem gdzieś głęboko w lesie czy na bagnie. Kojarzono je jednoznacznie, z owym ostatnim oddechem wydanym przez zmarłych. Podobnie tłumaczono cienie i odbicia w lustrze. Te w chwili śmierci zasłaniano, bowiem uważano, że wszystko, co w tym czasie będzie odbijało się w tafli zwierciadła, będzie duszą zmarłego.  Nie bez wpływu na te wierzenia były dogmaty wiary chrześcijańskiej, głoszące zmartwychwstanie ciał. Skoro więc ciało po śmierci ulega  zniszczeniu, trudno by mu było ożyć. Stąd przeróżne wyobrażenia ludu w tym względzie. Wiele wnosi tu sama tradycja, przekazywana przez pokolenia, nieustannie ubogacana i udoskonalana przez wyobraźnię, która przecież nie zna granic. Stąd rzadkie nawiązania do nieba i piekła, a raczej skupianie się na tym, co jest tu, na ziemi. Dlatego nieustannie łączono w wyobrażeniach duszę zmarłego z jego zniszczonym już przecież ciałem. Mógł więc pojawić się pośród żywych w postaci, w jakiej funkcjonował przed śmiercią. Oczywiście posiadać musiał pewne cechy, odróżniające go od żywych. Było ich bardzo wiele, wszystkie sprowadzają się do dziwnego paraliżu zmysłów, niepozwalającego zjawie na wykonywanie ruchów głową, czy kończynami itp. Towarzyszyć temu mogły przedziwne reakcje fizyczne, takie jak nagły powiew zimnego wiatru, nieprzyjemny swąd, szumy, szmery itp. Czasem ciało, którym może posłużyć się dusza może nie być kompletne, stąd między innymi opowieści o ludziach bez głowy. Oczywiście wyobrażenia te bywają w jednych grupach etnicznych obowiązujące, w innych stają się nie do przyjęcia, bowiem wszystko to, to wyłącznie skojarzenia. Duch bowiem niby wolny i niczym nieskrepowany, posiada jednak pewne ograniczenia.
Czasem duch pojawiał się w towarzystwie zwierząt, tak, jak na przykład jeździec na koniu znany w całej Polsce. Koń bywa zwiastunem rychłej śmierci, a przepowiada ją, grzebiąc kopytem w ziemi. Czasem duszy towarzyszy pies, ma to związek z tym, że psy potrafią wyczuć śmierć i na krótko przed jej nadejściem wyją żałośnie. Co ciekawe, wierzono, że zarówno koń, jak i pies posiadają zdolność widzenia duchów. Co niezwykle interesujące, koń i pies białej maści symbolizował duchy dobre, natomiast czarnej maści – duchy złe.
Innym zwierzęciem symbolizującym śmierć jest kret, który całe swoje życie spędza pod ziemią. Nagłe rycie kreta u  progu chaty, lub w obejściu, symbolizowało nieuchronne nadejście śmierci.
Śmierć więc dla ludu była zagadką, podobnie, jak sen, oba te zjawiska pozornie podobne do siebie trudne były do wyjaśnienia, a fakt, że ciało i dusza zachowuje się w obu przypadkach podobnie, utwierdzał ich w przekonaniu o analogi tych zjawisk. Jedno i drugie niosło w sobie możliwość odłączenia się duszy od ciała. Wierzono, że dusza po śmierci zachowuje się podobnie do tego, jak zachowywała się podczas snu, stąd wierzenie, że zarówno we śnie, jak i po śmierci człek może płakać, śmiać się i spożywać pokarmy. Dlatego są rejony w Polsce, zwłaszcza wschodniej, gdzie karmiono zmarłych.
Na Pomorzu w Zaduszki nie wylewano wody, by przypadkiem nie oblać jakiej zziębniętej duszy. Pozostawiano też puste krzesła, by dusza, która nawiedzi chałupę, mogła sobie na nich odpocząć przed dalszą drogą. Samo święto zmarłych tłumaczono w ten sposób, że przecież dusze muszą kiedyś odwiedzać swój dom i bliskich. Ci dzielą dusze na potępione i bliskie zbawienia, tych drugich nie trzeba było się obawiać. Wedle ludu były dusze pokutujące, dla których pokutą jest błąkanie się po ziemi. Najczęstszymi miejscami ich pokuty były w wierzeniach ludu stare budynki, gruzy i zwaliska. Wierzono, że można pomóc takiemu duchowi, czyniąc za niego to, czego on przez zaniedbanie za życia swego nie uczynił.

Napisane na podstawie:
  1. B. Stelmachowska,  Rok obrzędowy na Pomorzu, Toruń 1933.
  2. B. Stelmachowska. Rękopis z Archiwum PAN,  sygnatura:  P.III-23. Magia, wiedza, religia, zwyczaje. Notatki, przypisy i wersja brulionowa pracy, t 127.
  3. B. Ronowska, Kultura ludowa wybranych grup etnicznych Pomorza Gdańskiego w świetle badań etnograficznych prof. Bożena Stelmachowskiej, Architektura-wierzenia-strój. Praca dyplomowa 2012.
Wierzenia, obrzędy i zwyczaje pomorskie / kult zmarłych

Zaduszki na wsi – wierzenia i zwyczaje

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl


 

Wstaje mglisty dzień ponury,
Dzwon od rana huczy z wieży –
Dziś Zaduszki, Święto Zmarłych,
Każdy na mogiły bieży

Czesław Maj

Wedle polskiej tradycji Dzień Wszystkich Świętych (1-go listopada) i Dzień Zaduszny (nazywany też Zaduszkami 2-go listopada) wedle polskiej tradycji są świętami pamięci o zmarłych. Pierwszy termin został ustanowiony w 835 r. przez papieża Jana XI ku czci zmarłych świętych. Ponad wiek później – w 998 r. ustanowiono Dzień Zaduszny, a to dzięki opartowi benedyktynów z opactwa w Cluny, późniejszemu świętemu Odilonowi. Jednak tradycja Zaduszek sięga jeszcze czasów przedchrześcijańskich. Pierwotnie obrządki odprawiane w dniu tzw. Dziadów miały na celu nawiązanie kontaktów z duszami zmarłych oraz zyskanie ich przychylności. Obrzędy te stały się inspiracją dla Adama Mickiewicza i jego wielkiego poematu narodowego „Dziady”, który poprzedzony był takimi oto objaśnieniami autora: „Dziady: Jest to nazwisko uroczystości obchodzonej dotąd między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandii, na pamiątkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim sięga czasów pogańskich i zwała się niegdyś ucztą kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huslar, Guślarz, razem kapłan i poeta (gęślarz). Dziś pospólstwo święci dziady tajemne w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza…”.

W Polsce tradycja Dnia Zadusznego zaczęła się tworzyć w XII w., a pod koniec XV w. była już znana w całym kraju. Dziś w obydwa te dni odwiedzamy na cmentarzach groby naszych zmarłych bliskich, aby ich wspominać i modlić się za ich dusze. Pięknym polskim zwyczajem jest zapalanie znicza na grobach. Tradycja ta związana jest z pogańskim zwyczajem rozpalania ognisk na mogiłach; wierzono, bowiem, że płomienie ogrzeją błąkające się po ziemi dusze. Ogniska rozpalano także na rozstajach dróg i w obejściach, aby wskazywać drogę duchom. Chrust na te ogniska składano w ciągu całego roku (ten kto przechodził, kładł obok grobu gałązkę i w ten sposób tworzył się stos do spalenia w noc zaduszną). Wierzono, że ogień palony daje również ochronę żywnym przed złymi mocami.

W nocy z 1 na 2 listopada nie należało wychodzić z domu. Wierzono, że w tę noc, zmarli księża odprawiają w kościołach msze, na które ze wszystkich stron przybywają zmarli. Spotkanie z nimi, a tym bardziej wejście do kościoła w czasie takiego nabożeństwa może być niebezpieczne. Po takiej mszy duchy zmarłych udają się do swych domów. Do początku XX w. na wsiach polskich istniał zwyczaj przygotowywania w dniu poprzedzającym Dzień Wszystkich Świętych różnych potraw. Pieczono chleby, gotowano kaszę i bób, a na wschodzie kutię z miodem i wraz z wódką pozostawiano na noc (na stołach) dla dusz zmarłych. Warto dodać, że wyznawcy prawosławia ustawiali jedzenie na grobach. Wieszano też czysty ręcznik, obok stawiano mydło i wodę. Wieczorem uchylano drzwi wejściowe, aby dusze zmarłych mogły w swoje święto odwiedzić dawne mieszkania. Był to znak gościnności, życzliwości i pamięci. Zwyczajem było również nawoływanie zmarłych po imieniu.

Wierzono, że dusze zmarłych doświadczają pragnienia i głodu, potrzebują bliskości krewnych i wypoczynku. Obowiązkiem żyjących było zaspokojenie tych pragnień, bowiem rozgniewane dusze mogły wyrządzać szkody, straszyć, sprowadzić nieszczęście lub przedwczesną śmierć. W 1 i 2 listopada tuż po zapadnięciu zmroku zabronione było klepanie masła, maglowanie, deptanie kapusty, cięcie sieczki, przędzenie i tkanie, wylewanie pomyj i spluwanie, aby nie skaleczyć, nie rozgnieść i nie znieważyć odwiedzającej domostwo duszy. W te dni wszędzie goszczono obficie żebraków i przykościelnych dziadów – pątników pielgrzymujących z jednego miejsca kultu do drugiego, obwieszonych medalikami i szkaplerzami, a utrzymujących się z jałmużny. Wszędzie otaczano ich szacunkiem. Mówiono, że są to „ludzie święci”, „ludzie boży”, „ludzie kościelni”, żywiący się ukwestowanym, obmodlonym „chlebem Pana Jezusa”. Wierzono skrycie, iż postać dziada kościelnego przybrać może duch zmarłej bliskiej osoby. Wiara ta, utrzymująca się wśród starych ludzi po dzień dzisiejszy, dyktowała rozliczne rozkazy i szczególne zachowania w dniu Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny. W podzięce za poczęstunek goście (dziady) byli zobowiązani pomodlić się za dusze zmarłych.

Dziś na kilka dni przed Świętem Zmarłych i Zaduszkami ludzie porządkują groby, zdobią je kwiatami i zielonymi gałęziami. Dawniej sprzątano też domy: „Sprzątali po izbach, myli szczotkami ściany drewniane, sufity, piece bielili wapnem. (…) Modlili się straśnie po domach i całą noc świecili świecki, bo mówili, że wszyćkie duszycki, kozdy przychodzi do swojego domu” (Podhale). Ludzie przekazywali sobie opowieści o spotkaniach z duszami zmarłych, które błąkały się po lasach, a od zmierzchu na cmentarzach i w pobliżu kościołów. Szczególnie niebezpieczne były dusze potępionych, które straszyły przy młynach, mostach i na rozstajach dróg. Po dziś dzień starzy ludzie na wsi opowiadają, że na własne oczy widzieli cienie zmarłych, które tłumnie ciągnęły do kościoła i zasiadały w ławkach. Inni mówili, że w tę niezwykłą noc obok kościoła słyszeli przytłumioną grę organów, śpiewy i ledwie dosłyszalne bicie dzwonów kościelnych. Jeszcze inni, iż modląc się w kościele w Dzień Wszystkich Świętych lub w Dzień Zaduszny w starcu siedzącym obok nich w ławce kościelnej rozpoznawali swego zmarłego krewnego. Mocno wierzono, że istnieje silny związek między światem żywych i zmarłych, a dusze mogą obcować z żyjącymi. Zaduszki rozpoczynały czas niezwykły, naznaczony intensywnymi kontaktami z mieszkańcami zaświatów, którzy mogli pomóc ludziom w ich działaniach, ponieważ byli uważani za opiekunów urodzaju i gwarantów dobrobytu.

Cały rok obrzędowy, to cały rok spotykania się z duszami zmarłych, które żyją nie tylko gdzieś w oddali, ale często przychodzą do nas, spotykają się z nami przy stole, możemy im pomóc nie tylko modlitwą, ale i pożywieniem czy zapaleniem świateł na grobie.  Wierzono, że w Wielki Czwartek zwany „Wielkanocą umarłych”, oraz w innych dniach, otwierają się wrota innego świata, a umarli mogą na chwilę wrócić do swych bliskich. Dziś o zmarłych również pamięta się przez cały rok, a szczególnie 1 i 2 listopada. W naszym współczesnym świętowaniu i przeżywaniu Dnia Zmarłych podobni jesteśmy do swych pradziadów i dziadów, choć dzień ten obchodzimy już inaczej niż oni.


Literatura:

  • · Hryń-Kuśmierek R., Rok Polski: zwyczaje i obrzędy, Poznań 2001
  • · Kamocki J., Kubiena J., Polski Rok Obrzędowy, Kraków 2008
  • · Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • · Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • · Ogrodowiska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
Zaduszki na wsi – wierzenia i zwyczaje

Obrzędowość wiosenna na Podlasiu

Autor: Justyna Pawlicka. Żródło: Biuletyn Dialektologicznego Koła Naukowego, nr 3, kwiecień 2010


Wszelkiego rodzaju wierzenia i zwyczaje ludowe nierozerwalnie wiążą się z kalendarzem liturgicznym. Zróżnicowanie wyznaniowo-etniczne Podlasia wywarło znaczny wpływ na obrzędowość tego regionu. Przenikają się tutaj głownie tradycje katolickie z prawosławnymi.

Na dzień 25 marca przypada święto Matki Boskiej Roztwornej (Zwiastowanie Najświętszej Marii Pannie). Wierzono, że tego właśnie dnia przylatują bociany — jedna z pierwszych oznak wiosny. Gospodynie ma powitanie tych ptaków wypiekały pięciopalczaste bułki, zwane busłowymi łapami. Bocianie gniazdo na zabudowaniach gospodarskich przynosiło rodzinie  szczęście, dlatego śpiewano:

Busieł, busieł na łapy;
Polubisz toj chaty,
Daj Boże, żeby na drugi rok dożdaty.

We wsi Husaki, nieopodal Bielska Podlaskiego kobiety, przygotowując busłowe łapy, wkładały do ciasta monetę. Pieniążek miał zapewnić życie w dostatku osobie, która go znajdzie.

Werbnica, czyli Niedziela Palmowa otwiera zwyczaje związane z Wielkanocą. Tego dnia młodzieńcy smagali panienki palemkami, wypowiadając przy tym słowa:

Werba bije, nie ja bije,
Za tyżdeń Wielkideń,
Bud bogaty jak zemla,
Bud zdarowy jak woda,
Bud wesoły jak wesna.

Na Podlasiu przyozdabiano do święcenia gałązki wierzbowe. Poświęcone gałązki osłaniały dom przed burzami, a włożone pod pierwszą skibę chroniły zboże przed suszą i gradobiciem.

W Wielką Sobotę kobiety przygotowywały pokarmy do święcenia, które potem zanoszono do kościoła. W okolicach Narwi jajka farbowano w cebulniku na czerwono, jajka te nazywano tutaj rabymi, czyli łaciatymi, bo zawsze były na nich widoczne plamy. Pośród młodzieży dużą popularnością cieszyła się zabawa zwana kaczaniem, polegająca na toczeniu pisanek po stole tak, by się zderzyły.

Następnego dnia, to jest w Niedzielę Wielkanocną dzieci i starsi chłopcy chodzili po włóczebnym (wołoczebnym), czyli po kolędzie. Kolędnicy w zamian za życzenia otrzymywali kraszanki lub kawałek sera i kiełbasy, jeśli w domu była panna. W trakcie włoczebnego śpiewano pieśni religijne i świeckie, tzw. konopielki.

Obrzędy wielkanocne kończyły się w Niedzielę Przewodnią. Ludność prawosławna obchodzi wówczas dzień zaduszny. Po mszy świętej na groby bliskich zanoszono więc pisanki. Zgodnie z wielowiekową tradycją spożywano tam pieróg a jego okruchy rozrzucano zwykle na mogiłach.

Kolejnym obrzędowo istotnym dniem było święto Jurija (świętego Jerzego) przypadające na 23 kwietnia. Obchodzono wówczas pola i obnoszono wokół nich chleb i sól (zawinięte w lniane płótno) oraz korowajczyki, czyli ciasto z pszennej mąki specjalnie na ten dzień pieczone. Korowajczyki taczano po polu i młodym życie, by rosło szybko. Wypowiadano wtedy słowa: Tam dzie korowaj idzie, tam i szybko budzie. Gospodarze dzielili się ciastem z sąsiadami, a następnie jego okruchy zakopywali w polu.

W Tykocinie i w pobliskich wsiach w Zielone Świątki znany był zwyczaj chodzenia z królewną po polach. Tego dnia dziewczęta spotykały się za wioską przy ognisku i wybierały spośród siebie najpiękniejszą — królewnę. Królewna zakładała długą białą suknię i wieniec kwiatów. Później koleżanki prowadziły ją wzdłuż wioskowych pól, a następnie wracały do wsi, gdzie odwiedzały po kolei domostwa. Młodym kobietom towarzyszył przy tym śpiew. Wieczorem młodzież urządzała w karczmie ucztę.


Opracowano na podstawie:

Artur Gaweł, Obrzędowość wiosenna na Podlasiu, Białystok 2001

 

Obrzędowość wiosenna na Podlasiu