Związki pozamałżeńskie w dawnej wsi polskiej

Autor: Joanna Radziewicz. Żródło: rme.cbr.net.pl


 

Etnograficzna wizja życia intymnego na wsi zakładała, że było ono niemal idealną realizacją zasad głoszonych przez kościół. Badania historyczne otwierają jednak zupełnie nową perspektywę spojrzenia na ten temat.

Zdaniem profesora Zbigniewa Kuchowicza chłopska etyka seksualna w XVII-XVIII wieku była znacznie mniej surowa niż wzorzec proponowany przez kościół. Odstępstwa w tym zakresie odnosiły się zwłaszcza do kwestii życia płciowego osób stanu wolnego. W chłopskim rozumieniu moralności właściwie nie  funkcjonowało pojęcie „czystości” w znaczeniu seksualnym, a dziewictwo nie stanowiło szczególnie cenionej wartości.

Problem podejmowania aktywności seksualnej przez osoby stanu wolnego obu płci na wsi wczesnonowożytnej należy rozpatrywać na poziomie wielowymiarowym. Z jednej strony ówczesne systemy prawne nie poświęcały temu występkowi zbyt dużo uwagi, koncentrując się raczej na cudzołóstwie. W rzeczywistości wsie rządziły się swoimi prawami. Wydawane przez właścicieli dóbr ustawy wiejskie ogrywały największą rolę przy rozstrzyganiu wiejskich sporów. Większość z nich odpowiedzialnością za moralność  swych domowników obarczało gospodarzy. To oni mieli dostarczać do urzędu informacje na temat niewłaściwego prowadzenia się swoich dzieci, służby czy komorników. Za brak reakcji groziły kary finansowe. Ponadto gospodarzy obowiązywał zakaz przetrzymywania w swoim domu „nierządnych białogłów”.  Natomiast winowajcy dopuszczający się tego niecnego występku ponosili kary finansowe lub fizyczne.

Inne stanowisko w kwestii niemoralnego prowadzenia się wyrażało stanowisko religijne, które surowo potępiało wszelkie haniebne występki. W mniemaniu duchownych utrzymywanie przedślubnych stosunków seksualnych było jednoznaczne z obrazą Pana Boga i mogło sprowadzić nieszczęście na całą wieś. Pomimo złowrogiego tonu wyroków kościelnych chłopi nie traktowali wszeteczeństwa jako szczególnie ciężkiego grzechu. Kościół polski musiał nawet grozić ekskomuniką wiernym, którzy głosili tego typu tezy.

Problematykę przedślubnej inicjacji seksualnej można rozpatrywać również z punktu widzenia życia codziennego ówczesnej społeczności wiejskiej. Ogólnie można stwierdzić, że w środowisku chłopskim panowała atmosfera milczącego przyzwolenia dla tego typu praktyk, pod warunkiem zachowania norm zwyczajowych. Jeśli zawarcie związku małżeńskiego było już postanowione, nic nie stało na przeszkodzie, aby narzeczeni jawnie okazywali sobie swoje uczucia.

Pobłażliwość dla stosunków przedmałżeńskich cechowała przede wszystkim dyskrecja. Teoretycznie nikt ich nie widział, ani o nich nie słyszał. Jeśli ktoś o nich opowiadał nie cieszył się zbyt dobrą opinią w środowisku. Bardzo trudno było wyznaczyć granicę tolerancji chłopów dla tego typu praktyk. Niekiedy z wyrozumiałością spotykało się nawet dłuższe wspólne mieszkanie bez ślubu.

Problem związków przedmałżeńskich dotyczył osób, które przez całe życie pozostawały w stanie wolnym, osób owdowiałych oraz tzw. „młodzieży”, czyli kobiet i mężczyzn w wieku między osiągnięciem dojrzałości płciowej a końcem zwyczajowego okresu zawierania pierwszego związku małżeńskiego. Młodzież najczęściej opuszczała dom rodzinny, aby udać się na służbę do innego gospodarza, zwykle w tej samej wsi. Wiele nieformalnych związków przedmałżeńskich tworzyło się właśnie w tym okresie. Praca pod jednym dachem była bowiem świetną okazją do bliższej znajomości między chłopakiem a dziewczyną. Często zdarzało się, że młode kobiety były wykorzystywane przez swoich pracodawców lub ich synów. Przekonanie, że ciało służącej należy do gospodarza, hamowane było tylko przez ścisły układ kontroli wewnątrzgromadzkiej. Jednak system ten, nie zabezpieczał w równym stopniu interesów wszystkich panien. Te pochodzące z gorszych rodzin czy z jakiś powodów odrzucone społecznie, nie mogły liczyć na wsparcie środowiska wiejskiego, które jeśli nie doszło do większego skandalu, po prostu nie zauważało problemu.

Nieformalne związki pomiędzy służącą a parobkiem spotykały się najczęściej  z nieformalnym przyzwoleniem gospodarza. Problem pojawiał się, gdy dochodziło do spłodzenia dziecka. Wówczas odpowiedzialnością za popełnienie tego czynu obarczano nie tylko samych winowajców, ale również gospodarza, którego obowiązkiem było dbanie o moralność swoich podopiecznych. Nic więc dziwnego, że pracodawcy próbowali ukrywać nieślubne dzieci swojej służby, a jeśli zachodziła taka potrzeba – pomagali młodym w ucieczce z rodzinnej wsi.

Młodzież obu płci  miała możliwość swobodnego spotykania się nie tylko w ramach służby, ale także podczas wykonywania codziennej pracy, w trakcie zabaw, uroczystości religijnych czy w karczmie. Repertuar społecznie aprobowanych sposobów zalotów obejmował poklepywanie, podszczypywanie, gwałtowne uściski czy igraszki na sianie. Zwykle to mężczyźni byli stroną inicjującą flirt, ale i kobiety wykazywały pewną aktywność w tym względzie, nierzadko pozwalając na śmiałe zachowania wobec obiektu swoich uczuć. Funkcjonowało też przekonanie, że kobiety pragnąc zjednać sobie sympatię mężczyzny, wykorzystują różnego rodzaju praktyki magiczne.

Wiejski model stosunków przedślubnych pozwalał na stosunkowo dużą swobodę pod warunkiem zachowania dyskrecji. Problem pojawiał się z chwilą zajścia kobiety w ciążę. Metody antykoncepcji praktycznie nie były wówczas znane, a te stosowane, jak tzw. coitus interruptus (stosunek przerywany), czy rozmaite praktyki  i środki z pogranicza magii i zielarstwa, na ogół nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. Bardzo często kobiety, które zaszły w niechcianą ciąże, próbowały się jej pozbyć, wykorzystując do tego celu ogólnodostępne substancje wczesnoporonne. Wywołanie poronienia, choć oficjalnie potępiane przez społeczność wiejską, spotykało się mimo wszystko z pewną wyrozumiałością.

Jeśli aborcja farmakologiczna nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, kobiety próbowały pozbyć się „problemu” wykonując forsowne zajęcia fizyczne, jak praca w polu czy dźwiganie ciężkich kamieni. Niestety, dochodziło również do aktów dzieciobójstwa, które było traktowane jako jedna z form ukrycia niechcianej ciąży. Tyle, że był to sposób raczej ostateczny, rozpaczliwy, obarczony dość dużym ryzykiem. Aby spełnił swoją rolę, trzeba było zamaskować ciążę, urodzić w ukryciu, a potem pozbyć się ciała noworodka. Bez pomocy innych było to raczej niemożliwe, a mogło się skończyć postawieniem przed sądem i skazaniem na śmierć.

W społeczności wiejskiej niewielki sens miała inna dawna praktyka pozbywania się niechcianego potomstwa, czyli podrzucanie niemowląt. Mogły się do niej uciekać tylko chłopki, które zdecydowały się opuścić rodzinną wieś i udać do miasta. Tam funkcjonowały instytucje, które zajmowały się podrzutkami.

W obyczajowości wiejskiej zwyczajnym i powszechnie akceptowanym sposobem uniknięcia kłopotów w przypadku spłodzenia dziecka przez osoby stanu wolnego było zawarcie przez nie związku małżeńskiego. Opinia społeczna nie widziała w tym nic nagannego i nie ingerowała, jeśli wszystko szło zwykłym torem. Próby nakładania grzywien i innych kar na małżeństwa, którym pierwsze dziecko urodziło się przed upływem dziewięciu miesięcy od daty ślubu, były głównie pomysłem właścicieli na wyłudzenie od chłopów dodatkowych pieniędzy pod pozorem obrony moralności. Urzędy wiejskie były raczej przychylne wobec ciężarnych kobiet, domagających się od kochanków wypełnienia małżeńskich obietnic.

Płynne przechodzenie związku przedmałżeńskiego w małżeństwo w przypadku ciąży następowało, kiedy nie było przeszkód kanonicznych i ojcostwo dziecka nie ulegało wątpliwości. Zazwyczaj to dziewczyna wskazywała na osobę, z którą „popełniła grzech”. Jeśli potencjalny kandydat na ojca nie poczuwał się do odpowiedzialności, musiał to udowodnić. W takich sprawach sąd dość rzadko dopuszczał mężczyznę do przysięgi o niewinności, która w prawie wiejskim była wiarygodnym środkiem dowodowym. Często wykorzystywanym środkiem obronnym było określenie dokładnej daty porodu i porównanie czy terminy się zgadzają. Jeśli dziewczyna zaszła w ciążę, a nie była w stałym związku lub z jakiś powodów nie mogło dojść do ślubu, to najlepsze co mogła zrobić, to wskazać jako sprawcę ciąży kogoś, kto mógł się z nią ożenić, a oskarżenie go nie byłoby bezpodstawne. W przypadku, gdy nie była w stanie jednoznacznie określić z kim zaszła w ciążę, oskarżała tego, który wydawał się jej najbardziej atrakcyjny jako przyszły mąż, a zarazem najbardziej skłonny do zmiany stanu cywilnego. W ostateczności wskazywała na któregokolwiek z byłych partnerów, byle tylko nie zostać panną z dzieckiem, co było wówczas społecznie nieakceptowane.

Niechciana ciąża w związku przedmałżeńskim z pewnością była bardziej kłopotliwa dla dziewczyny niż dla chłopaka. Taka „upadła” kobieta była traktowana przez środowisko wiejskie z nieukrywaną nienawiścią. Karą za niemoralne prowadzenie się było wygnanie jej ze wsi, chociaż trzeba przyznać, że była ona stosowana dość rzadko, najczęściej w przypadku recydywistek, kazirodczyń czy kobiet z marginesu społecznego.

Wyraźna była natomiast inna tendencja. Nierzadko niewiasty, które zachodziły w ciążę jako panny, występowały do lokalnych instytucji wymiaru sprawiedliwości z powództwem przeciwko ojcu dziecka o finansowe wynagrodzenie poniesionych strat moralnych. Do schyłku XVII wieku sądy bez jakiejkolwiek oceny postępowania samej skarżącej narzucały na mężczyznę obowiązek uregulowania pewnych świadczeń, skazywały na grzywny na rzecz dworu, gromady czy kościoła, czasem na kary fizyczne. W XVIII wieku można już zaobserwować zaostrzenie kontroli obyczajowych i standardów moralnych na wsi. Panny z dzieckiem zaczęły być traktowane jako współwinne nierządu i karane fizycznie, chociaż ich roszczenia względem ojca dziecka były zaspokajane. Nadal jednak skupiano się bardziej na problemach praktycznych i ekonomicznych kobiet niż na etycznej ocenie ich postępowania.

Pomimo rzeczowego i dość łagodnego podejścia do kwestii nieślubnego potomstwa, panna z dzieckiem wypadała poza margines społeczności wiejskiej. Znacznie zmniejszały się jej szanse na  korzystne zamążpójście, dotykała ją degradacja ekonomiczna i społeczna, zwiększało się ryzyko nawiązania kontaktów ze środowiskiem kryminogennym. Chociaż z drugiej strony można zaobserwować, że problem uwikłania się w związki przedmałżeńskie dotyczył przede wszystkim wąskiej grupy kobiet wiejskich, pochodzących często z nizin społecznych i tak  pozbawionych szans na poprawę swojego statusu.

Na podstawie dokumentów źródłowych ustalono, że  w pierwszej połowie XVIII wieku procent nieślubnych dzieci na wsi wynosił od 1-5 proc., więc skala zjawiska nie była zbyt duża. Nie oznacza to jednak, że równie ograniczony zasięg miało utrzymywanie przedślubnych związków seksualnych. Najczęściej tego typu „miłosne przygody” kończyły się małżeństwem, na co w dużym stopniu miały wpływ odpowiednie decyzje sądowe. Natomiast w ostatnich dziesięcioleciach XVIII wieku czynnik ten uległ zwiększeniu, co można tłumaczyć rozkładem kontroli społeczności wiejskiej nad życiem intymnym jej członków, jak również odebraniem gromadom wiejskim przez państwa zaborcze kompetencji sądowych w sprawach obyczajowych i przekazania ich urzędom państwowym.

Dość tolerancyjny stosunek chłopów do związków przedmałżeńskich, przede wszystkim takich, które prowadziły do zawarcia stałego związku, ulegał przemianom na przestrzeni XVII i XVIII wieku.  Jedno jest pewne – społeczność wiejska bardziej surowo oceniała moralność kobiet aniżeli mężczyzn. W przypadku wyjścia na jaw niecnego występku kochanków bardzo często przedmiotem dezaprobaty nie był sam fakt złamania obowiązujących norm i przykazań kościelnych, ale naruszenie zasady dyskrecji obejmującej stosunki przedmałżeńskie. Naturalne jest, że w przypadku ciąży odpowiedzialność za to ponosiła kobieta i nawet gdy wszystko kończyło się pomyślnie, przez kilka miesięcy musiała borykać się z niezbyt przychylnym nastawieniem mieszkańców wsi.

W połowie XVIII wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. Za seks przedmałżeński odpowiedzialność ponosiła nie tylko kobieta, ale i jej partner. Nierząd stawał się w coraz większym stopniu sprawą publiczną, skazą na etycznym obliczu wsi. Kwestie praktyczne, jak nakłonienie kochanków do małżeństwa czy uzyskanie świadczeń alimentacyjnych, zeszły na drugi plan. Poczucie moralności zaczęło odgrywać najistotniejszą rolę.

Pod koniec XVIII wieku małżeństwa zawarte w „stanie wyższej konieczności” – co dawniej było rzeczą zupełnie naturalną i powszechnie akceptowaną – stały się obiektem drwin i wykluczenia towarzyskiego.

Opracowano na podstawie publikacji Tomasza Wiślicza „Upodobanie. Małżeństwo i związki nieformalne na wsi polskiej XVII-XVIII wieku. Wyobrażenia społeczne i jednostkowe doświadczenia”.

Reklamy
Związki pozamałżeńskie w dawnej wsi polskiej

Ściele się wesele … Jak to było kiedyś?

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl.


Ściele się wesele

Po udanych swatach i zaręczynach dla narzeczonych i ich rodzin następował emocjonujący i bardzo pracowity czas wielkiej krzątaniny i różnorakich przygotowań. Ślub i wesele były ważnym wydarzeniem, a jednocześnie radosnym, zapowiadającym zabawę, taniec, śpiew, ucztę i wielką odmianę w monotonnej codzienności. Wydarzeniem tym przez całe tygodnie, oprócz rodziny, żyli wszyscy znajomi i cała lokalna społeczność. Jak pisał J.S. Bystroń: „Wesele stanowiło okres nadzwyczajny: wieś zapomina o ciężkiej pracy, śpiewa o bogactwie domu weselnego; we dworze zbytek niedostosowany do sytuacji majątkowej ma oznaczać wagę i wielkość chwili; zamki magnatów występują z królewskim przepychem, rujnującym nieraz ogromne fortuny”. Często bowiem stosowano zasadę: zastaw się a postaw się. Wszystko miało być na odpowiednim poziomie: szumnie, barwnie, obficie, tłumnie i wesoło.

W przeddzień wesela na dworach i w rezydencjach przygotowywano sale jadalne, zestawiano stoły, zszywano obrusy, przyrządzano weselne potrawy, przynoszono trunki z piwnic, woskowano posadzki w salonach przeznaczonych na tańce. Przygotowania takie trwały także w wiejskich chatach, gotowano wołowe flaki, białe pszenne kluski, suto kraszoną kapustę, pieczono ciasta, a przede wszystkim weselne kołacze. Zgodnie ze zwyczajem, kołacz weselny piekła lub zamawiała u specjalistki najstarsza starościna.

Podczas wypieku kołacza weselnego (inaczej korowaja) do izby nigdy nie wpuszczano mężczyzn. Udany i pięknie udekorowany korowaj wróżył młodej parze dostatek i szczęście małżeńskie. Mówiono, że wesele z korowajem wolno mieć tylko raz w życiu.

Wieczorem państwo młodzi spotykali się z rówieśnikami swojego stanu. Wieczór kawalerski wesoły i beztroski nie odznaczał się niczym szczególnym. Za to wieczór panieński, wieczór dziewiczy, zwany także wieńczynami, rózgownami miał znaczenie symboliczne. Aż do końca XIX w. towarzyszyły mu, bowiem ważne rytuały i obrzędy, wyrażające społecznie uznaną wartość dziewictwa i niewieściej cnoty oraz aprobatę legalnego małżeńskiego pożycia, które dziewczyna miała już niebawem zacząć. Dziewczęta wiły wianki śpiewając przy tym: wito przede wszystkim wieniec – koronę ślubną pani młodej, z kwiatów, a także z mirtu, rozmarynu, lawendy lub barwinku i ruty. Wierzono, że ruta poza sprawdzonym działaniem leczniczym, ma właściwości afrodyzyjne. Wszystkie wianki były symbolem dziewictwa i panieńskiego stanu.

Ważnym obrzędem podczas wieczoru panieńskiego były rozpleciny warkocza panny młodej. Obrzęd ten potwierdzał zawartą wcześniej umowę małżeńską i prawo pana młodego do wianka dziewiczego i warkocza narzeczonej. Czasem, w czasie rozplecin obcinano pannie młodej małe pasmo włosów. Obcięte pasemko brat panny przywiązywał wraz ze wstążką z jej warkocza do uzdy konia, na którym jechał do kościoła w ślubnym orszaku. Dzięki temu wszyscy obecni mogli widzieć, że panna, jej dziewiczy warkocz i cnota zostają oddane panu młodemu za zgodą rodziny i aprobatą całej gromady, w legalnym zawieranym związku małżeńskim. Wieczór panieński kończył się odśpiewaniem pieśni pożegnalnych.

Przedślubny dziewiczy wieczór był, więc nie tylko pożegnaniem z rówieśnicami i ostatecznym rozstaniem z dotychczasowym wolnym stanem, ale także pochwałą niewinności panny młodej i dobrego obyczaju.

O dniu ślubu powiadano, że jest najważniejszy w życiu. W polskiej tradycji najważniejszym momentem wszystkich tych uroczystości był ślub wyznaniowy – ślub w kościele, który wykluczał rozwody, zgodnie z formułą Kościoła rzymskokatolickiego: „co Bóg złączył, człowiek niech nie waży się rozłączyć”. Wielki obrzędowy spektakl weselny, trwający zwykle dwa, a nawet trzy dni, rozpoczynał się już od wczesnych godzin porannych. Przed domem „młodej” zbierali się odświętnie ubrani goście, druhny pomagały ubrać się pannie młodej, a drużyna pana młodego formowała orszak i udawała się w stronę panny młodej. Zgodnie ze starym obyczajem, panna chowała się przed narzeczonym, a zamiast niej do młodego wychodziły kolejno wszystkie druhny i każda przedstawiała się, jako kandydatka do ołtarza. Wszystkie ceremonie domowe tj. pożegnanie z domem, podziękowanie, przeprosiny, błogosławieństwo rodziców i rękowiny,odbywające się przed wyjazdem kościoła należały do najważniejszych, a zarazem najstarszych, recepcyjnych obrzędów weselnych.

Ukrywanie pani młodej – miało symbolizować zdobywanie pani młodej przez przyszłego męża, podkreślać wartość jej dziewictwa.

Przestrzegano, aby do kościoła państwo młodzi jechali osobno, na znak, że małżeństwem staną się dopiero po udzielonym im w kościele sakramencie. Starano się także, by orszak przedstawiał się okazale. Wreszcie przychodził czas na ceremonię kościelną. Zwracano uwagę, czy świece palą się jasno, czystym płomieniem, czy organista nie myli się, czy cała uroczystość przebiega bez zakłóceń. Wszystko to wróżyło państwu młodym dobre, udane pożycie. Zdarzało się, że kiedy klęczeli już przed ołtarzem, panna młoda, niby poprawiając fałdy spódnicy, nakrywała nią nogi pana młodego albo przydeptywała mu but, wierząc, że przez to będzie miała nad nim władzę, że weźmie go „pod pantofel”. Po zakończonej ceremonii państwo młodzi wychodzili razem z kościoła i w drodze powrotnej jechali już razem.

Poczęstunek i tańce weselne najczęściej odbywały się w domu rodzinnym panny młodej. Po sutym poczęstunku, tańczono do upadłego liczne kujawiaki, galop polski, polki z nogi, polki pod majder, polki cięte, szarpaki, sztajerki, krzyżaki, walce wolne i szybkie… Tańczono i bawiono się hucznie do czasu dzielenia weselnego kołacza oraz oczepin, które należały do najważniejszych obrzędów wesela.Oddanie wianka i oczepiny symbolizowały obrzęd przejścia kobiety. Był to zawsze punkt kulminacyjny domowych uroczystości weselnych. Całej ceremonii towarzyszyły pieśni i przyśpiewki. Najważniejsza była pieśń zwana chmielem, o bardzo starym rodowodzie, uważana za najstarszą polską pieśń weselną. Zarówno pień o chmielu, jak i inne oczepinowe pieśni i niefrasobliwe przyśpiewki zawierały pewne aluzje do mającej niebawem nastąpić konsumpcji małżeństwa i wynikających z tego następstw.

Pieśń o chmielu

Czyś ty chmielu nie miał matki            Coś ty urósł taki ostry?

Coś ty urósł taki gładki?                       Czyś ty chmielu nie miał brata

Czyś ty chmielu nie miał ojca              Co ty urósł za trzy lata?

Coś ty urósł, gdyby chojca?                 Oj chmielu, chmielu niedowarzony!

Czyś ty chmielu nie miał siostry,        Oj babski pysku niewyparzony!

Kiedy odbyły się już wszystkie najważniejsze i najbardziej znaczące obrzędy, goście weselni bawili się i tańczyli, zwykle przez całą noc, do białego rana, a nierzadko, jeszcze przez następną dobę. Końcowym aktem domowych uroczystości weselnych były pokładziny. Był to uroczysty pochód gości weselnych prowadzący nowożeńców do łożnicy oraz zespół różnych innych rytuałów towarzyszących ich nocy poślubnej. Rytuał pokładzin czynił małżeństwo i wszystkie zawarte wcześniej akty prawne prawomocnymi; umożliwiały np. wypłatę posagu i wiana. Dopiero po odbytych pokładzinach pan młody wchodził w swoje prawa, jako małżonek.

Pokładziny miały w Polsce wiele lokalnych wariantów, ale zawsze odbywały się według schematu utrwalonego przez tradycje. Odbywały się w pierwszą lub drugą noc wesela, najczęściej po oczepinach. Zawsze jednak, niezależnie od terminu, pokładziny były wyrazem ogólnie respektowanej zasady: pierwszy akt płciowy młodej pary, którego konsekwencją miało być wydanie na świat prawego potomstwa, powinien mieć pewne cechy jawności i odbywać się pod społeczną kontrolą.

Młodym przygotowywano łożnicę, robiąc posłanie z grochowin, siana lub słomy. Dla żartu niekiedy wyjmowano deskę, a złamanie łóżka było powodem do śmiechu. Pod poduszkę wkładano młodym szmacianą lalkę, żeby podczas pokładzin zostało poczęte dziecko. Czasami leżących w łożu nowożeńców bito cepem, ją – na chłopca, jego na dziewczynkę. Wreszcie gaszono świecę, sypialnię zamykano na klucz, a goście weselni tymczasem bawili się dalej.

Pokładziny, jako niemal publiczny akt konsumpcji małżeństwa, był kontrolowany następnego dnia po otwarciu łożnicy. Ocena dokonanych pokładzin i dziewictwa panny młodej po defloracji należała do starosty lub starościny wesela, na podstawie oględzin prześcieradeł, koszuli i zachowania młodych.  Jeśli uznano, że małżeństwo zostało skonsumowane, a panna młoda aż do nocy poślubnej zachowała cnotę, z radością obwieszczano to wszystkim obecnym, wołając głośno: mamy tu piękne wesele! Wieszano wtedy na drzwiach komory czerwoną chustkę, triumfalnie wynoszono koszulę panny młodej przewiązaną czerwoną wstążką i wiązano czerwone wstążki na weselnych pierogach, podawanych gościom na śniadanie.

Ostatnim etapem uroczystości weselnych były przenosiny, zwane także zwozinami, oddawinami, przekludzinami, przebabinami. Miały one swój porządek i swoje odrębne ceremonie. Była to przeprowadzka pani młodej i jej ślubnej wyprawy na nowe gospodarstwo, do domu i rodziny męża. Odtąd dla młodych zaczynało się „nowe” życie, nowe problemy i codzienność…


Żródła:

  • Czerwiński T., Wyposażenie domu wiejskiego w Polsce, Warszawa 2009
  • Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowska B., Polskie tradycje i obyczaje rodzinne, Warszawa 2008
  • Ogrodowska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
  • Szymanderska H., Śluby polskie: tradycje, zwyczaje, przepisy, Warszawa 2008
Ściele się wesele … Jak to było kiedyś?

Pierwsze miłostki, zaloty i swaty … Jak to było kiedyś?

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl.


Pierwsze miłostki, zaloty i swaty

Przy zbliżających się Walentynkach warto przypomnieć jak dawniej przeżywano pierwsze miłostki, zaloty i swaty… Czas na tego rodzaju uczucia przychodził niepostrzeżenie i nieodwołalnie. Sam Melchior Wańkowicz mówił, że „Idzie ku dorosłemu”… Dziewczyny i chłopcy – odrębne dotychczas światy, nagle zaczynali spoglądać na siebie inaczej i inaczej siebie spostrzegać. Zaczynały się wzajemne fascynacje i nieznane dotąd uczucia…

Okazją do zalotów były młodzieżowe majówki z muzyką i tańcami, zabawy przy ognisku, na świeżym powietrzu, a przede wszystkim zabawy świętojańskie, z puszczaniem wianków na wodę i poszukiwaniem kwiatu paproci. Na wsi zalotami były spotkania i wspólne zabawy np. na pastwisku. Zalotami były też gawędy przy płocie, czy przesiadywanie wieczorami „na miedzy”. Doskonałą okazją do zamanifestowania swoich uczuć były doroczne uroczystości i różne święta. Zalotny charakter miały zabawy wielkanocne, a szczególnie szalone figle i psoty śmigusa-dyngusa, chodzenie z kurkiem dyngusowym (co uosabiało chłopaka idącego w konkury), dyngusowe przywoływki, stawianie słupów majowych pod oknami urodziwych panien; obdarowywanie wybranych chłopców najpiękniejszymi, własnoręcznie wykonanymi pisankami. W okresie świątecznym odwiedziny kawalera w domu, w którym była panna na wydaniu – traktowano zawsze, jako przyjście w konkury i deklaracja matrymonialnych zamiarów.

Kurek dyngusowy – zgodnie z obyczajem, nieodzownym elementem obchodów Lanego Poniedziałku był żywy, dorodny kogut. Kogut, jak wiadomo, to symbol urody, męskości, sił witalnych i płodności, poza tym, swoim głośnym pianiem obwieszcza zmiany pogody.

Dyngusowe przywoływki zwyczaj ten polegał na tym, że w Wielką Niedzielę wieczorem ludzie na czele z Komitetem Klubu, prezesem niosącym księgę protokołów oraz orkiestrą obchodzili wieś, a następnie udawali się na centralny plac, gdzie kawalerowie reprezentujący grupę wychodzili na dach stojącego tam budynku, na wysokie drzewo lub specjalnie przygotowaną trybunę, z której po krótkim wstępie donośnie wygłaszali przywoływki. Były to krótkie teksty odnoszące się do każdej z panien z danej wsi

W tak zwanych dobrych domach podobne uczucia i te same prawa natury rządziły młodymi. Inne były jedynie obowiązujące tu konwenanse. Panny na wydaniu musiały zachowywać się skromnie, nie ujawniać zbyt pochopnie swych uczuć. Wymagano, aby inicjatywę w zalotach podejmowali mężczyźni, jeżeli byli pretendentami do ręki panienki. Uosobieniem niewinności, dobrych manier i cnoty były spuszczone wstydliwie oczy i buzia w ciup. Spotkania młodych zawsze odbywały się w obecności przyzwoitki, zazwyczaj w domu panny.

Buzia w ciup – ściągnięcie warg, robiące wrażenie osoby dobrze wychowanej

Konwenans wymagał, aby kawaler zainteresowany panną, odwiedzał ją w domu, przedstawił się rodzicom i pozyskał ich zgodę na następne wizyty. Podczas tych wizyt, młodzi spędzali czas na konwersacji, przy herbacie i ciasteczkach, często grali na fortepianie – na cztery ręce, co stwarzało okazje do muśnięć rąk i palców. Wizyty kawalerów i mężczyzn wolnego stanu były dobrze przyjmowane przez rodzinę, bowiem świadczyły o powodzeniu panny i szansy na zawarcie udanego małżeństwa. Rodzina poddawała własnej ocenie ewentualnego kandydata na męża. Brała po uwagę przede wszystkim koligacje i majątek kawalera, a uczucia wcale nie były koniecznym dodatkiem. Dla rodziny żadną przeszkodą do zawarcia małżeństwa nie był zaawansowany wiek, często młode panny były wydawane za dużo starszych od nich mężczyzn.

Swoje przyszłe małżonki, kawalerowie mogli spotkać na balach karnawałowych, które często nazywano „giełdą małżeńską”. Tam (dosłownie) „pokazywano” panny na wydaniu, tańczyły one pod czujnym okiem matek, które spośród asystujących im kawalerów wybierały później najodpowiedniejszego ich zdaniem. Karnawał był czasem kojarzenia małżeństw. Dla młodych dziewczyn zwłaszcza ten pierwszy bal był nie lada przeżyciem, awansował ją bowiem na osobę dorosłą i gotową do zamążpójścia.

Konwenans nakazywał, aby kawaler bywający w domu panny zachowywał się wobec niej z największą galanterią, spełniał jej życzenia, służył jej, nigdy nie pozwolił sobie w jej obecności na niestosowne uwagi lub żarty. Wzajemne uczucia młodych wyrażały się w sekretnych liścikach, a panny swoje uczucia przelewały na karty pamiętników.

Inaczej bywało na wsiach, bo inny obowiązywał tu konwenans i obyczaj. Ale i na wsi o skromnej i dobrze prowadzącej się dziewczynie powiadano, że jest dobra i porządna. Pochlebnie mówiono o dobrze wychowanym chłopcu, nie o rozpustniku i hulace.

Dziewczęta na wydaniu zazwyczaj zgadzały się z matrymonialnymi planami rodziców, lecz zawsze marzyły o młodym, silnym i urodziwym mężu. Małżeństwa z wielkiej miłości, w których liczyły się wyłącznie uczucia młodych, cechy charakteru, temperament czy uroda najczęściej zdarzały się w pieśniach i marzeniach.

Na wsiach, o fizycznym aspekcie zalotów i miłości rozprawiano bez krępacji, a powszechnie znane i śpiewane piosenki pełne były rozbudzonej zmysłowości. Mimo iż opinia społeczna na wsiach nie była tak surowa jak w innych stanach, to i tak pilnowano, aby młodzi w swoich zalotach nie posunęli się zbyt daleko.

Zawarcie małżeństwa było sprawą niezwykle ważną, zatem procedury towarzyszące temu wydarzeniu były uroczyste, liczne, ściśle przestrzegane, utrwalone przez tradycję, obyczaj i społecznie przyjęte normy. Kończył się czas westchnień, a nastawał etap poważnych małżeńskich decyzji i pertraktacji.

Zgodnie z przyjętymi i obowiązującymi normami, najpierw musiało dojść do porozumienia rodzin do zawarcia wstępnej, bo jeszcze niezobowiązującej umowy matrymonialnej, do pozyskania i wymiany informacji: o młodych i ich sytuacji rodzinnej i materialnej. Był to jakby rekonesans dotyczący spraw majątkowych i koligacji.

Te wstępne ustalenia odbywały się bez obecności młodych i miały różne gwarowe nazwy: zwiady, oglądy, oględy, opatry, prześpiegi. Bywały one wstępem do dalszych, bardziej wiążących rozmów. Przyzwoleniem na dalsze pertraktacje bywał zawsze poczęstunek z wódką, z którym występowali rodzice panny, albo przyjęcie wódki jako podarunku – przyniesionego przez swata i spełnienie stosownego toastu. Dopiero wówczas zaczynano wychwalać zalety młodych, rozmawiać o majątku i ustalać termin dalszych rozmów.

Dziewczęta z podkrakowskich wsi wydawano za mąż w wieku 16-18 lat, chłopcy żenili się po 20 roku życia, najczęściej po odsłużeniu służby wojskowej /25 lat/. Dopiero po ożenku młodzi osiągali jakby dojrzałość społeczną i od tej pory mówiono do nich używając formy „wy”/ Wojciechu, gdzie idziecie?/ Zamiast „ty”/gdzie idziesz/.

Następnym etapem domowych i rodzinnych matrymonialnych układów były zmówiny, czyli swaty, swaciny, inaczej dziewosłęby, rainy, rajby, snymby, swadźba. Tym razem była to oficjalna wizyta i rozmowa, która doprowadzała do wiążących ustaleń pomiędzy rodzinami młodych. Swaty tak jak zwiady odbywały się z zachowaniem odpowiednich form i obowiązującego konwenansu. W ustalonym terminie, odświętnie ubrany swat, przychodził do domu dziewczyny. Na piersi miał czerwoną wstążkę i bukiecik ruciany. Zaproszony do środka zajmował wskazane mu miejsce za stołem, co równało się z poważnym i godnym potraktowaniem zarówno swata, jak i posłannictwa, z którym przychodził.

Zwyczajem było, że dziewczyna, o której rozmawiano, kryła się w zakamarkach domu i nie uczestniczyła w rozmowach. Jeśli rozmowa przebiegała korzystnie, czyli oferta małżeńska została przyjęta, wzywano dziewczynę i jedynie dla formalności pytano ją o zgodę, a ona zwykle z zażenowaniem kiwała głową. Teraz można było przystąpić do układów majątkowych i wzajemnych zobowiązań, dotyczących wyposażenia młodych, ustalić termin i podział kosztów wesela, liczbę gości, skład drużyny weselnej itd.


Źródła:

  • Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowiska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
  • Reymont W.St., Chłopi, wyd. jubileuszowe, Rok Reymontowski 2000
Pierwsze miłostki, zaloty i swaty … Jak to było kiedyś?