Palenie Judasza

Autor: Łukasz Smyrski. Źródło: http://archiwum.wiz.pl/2000/00044000.asp

Artykuł pochodzi z „Wiedzy i Życia” nr 4/2000


Dla chrześcijan wszystkich obrządków święta Wielkanocy są okresem, gdy wciąż na nowo przeżywana jest śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Zanim jednak kapłani odprawią mszę rezurekcyjną, wierni uczestniczą w trzydniowym misterium. W Wielki Czwartek rozważają sceny ostatniej wieczerzy i Judaszowej zdrady, w Wielki Piątek towarzyszą Jezusowi w ostatniej wędrówce na Golgotę, by w sobotę wziąć udział w obrzędach święcenia ognia i wody, a w końcu zaśpiewać uroczyste alleluja.

Niedziela wielkanocna przypada w pierwszą niedzielę po pełni księżyca, po tym jak dzień równoważy się z nocą. Jest to zatem okres przesilenia wiosenno-zimowego, kiedy przyroda powraca do życia po zimowej przerwie. Czas przełomu tradycja ludowa uważa za szczególnie niebezpieczny. Wtedy uzewnętrzniają się w naturze siły, najogólniej mówiąc, nie sprzyjające człowiekowi. Dlatego zwłaszcza w tym okresie ludzie powinni się starać o pomyślność na następne tygodnie i miesiące. Stąd w kulturze ludowej, która z jednej strony jest wierna kalendarzowi naturalnemu, a z drugiej tradycji religijnej, w okresie wielkanocnym jest tak dużo obrzędów, zwyczajów i ceremonii służących nie tylko rozpamiętywaniu wydarzeń Męki Pańskiej.

Wiele obrzędów już zanika. Jednym z nich jest wieszanie, palenie i topienie kukły wyobrażającej biblijnego Judasza. Niegdyś zwyczaj bardzo rozpowszechniony, zwłaszcza w Małopolsce, dziś zachował się przede wszystkim w pamięci ludzi i nielicznych już, ostatnich żywych tradycjach w okolicach Przemyśla.

We wsi Pruchnik (województwo podkarpackie) tradycja palenia Judasza jest wciąż nieodłącznym elementem obrzędowości Wielkiego Tygodnia. Bierze w niej udział większość mieszkańców tej dużej wsi, ale w przygotowaniach do obrzędu uczestniczy tylko nieliczna grupa mężczyzn. Po wielkoczwartkowej liturgii, kiedy wszyscy udają się do swoich domów, oni zmierzają do gospodarstwa, w którym znajduje się przygotowana wielkich rozmiarów słomiana kukła.

Kiedy zapada noc, a wszelki ruch ustaje, rozpoczyna się pierwsza część obrzędu. Mężczyźni wynoszą kukłę Judasza z gospodarstwa i w skupieniu niosą ją przez uśpioną wieś. Orszak dochodzi do centralnego miejsca we wsi. Między kościołem a rynkiem na jednym z drzew w ciemności i bez zbędnych słów Judasz symbolicznie dokonuje żywota. Uczestnicząc w tej ceremonii, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z uzupełnieniem biblijnej sceny, a zarazem zasadą ludowej sprawiedliwości, która wbrew chrześcijańskiej etyce często nie pozwala pozostać winnemu bez zasłużonej kary.

Następnego dnia, w Wielki Piątek, wokół powieszonego Judasza od rana gromadzą się ludzie. Prysł już jednak nastrój powagi sprzed kilku godzin. Całe wydarzenie zaczyna nabierać cech widowiska. Wisząca kukła przede wszystkim śmieszy i bawi. I nic dziwnego – jej prostota, wyeksponowanie niektórych elementów ciała, charakteryzacja twarzy mają najwyraźniej rozbawić. Bawi więc wielkość samej kukły, jej twarz nawiązująca do semickiego wyglądu – Judasz przecież był Żydem – przede wszystkim nieproporcjonalny do reszty głowy nos, przypominający kształtem i kolorem fallusa. Judasz trzyma w ręku worek wypełniony drobno tłuczonym szkłem, którego pobrzękiwania przypominają ciągle o srebrnikowej zdradzie. Dzieci, które gromadzą się szczególnie licznie, nie szczędzą razów i kamieni wisielcowi, a także strzałów z broni napełnionej wodą.

Mimo tak widowiskowego i ludowego charakteru możemy doszukiwać się w całym wydarzeniu pewnych ewangelicznych analogii. Jak Poncjusz Piłat kazał umieścić tabliczkę na krzyżu z napisem Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski, tak na kukle wielkimi literami także wypisany jest rodzaj winy: Judasz zdrajca. Jak żołnierze szydzili z wiszącego na krzyżu Jezusa, tak społeczność Pruchnika drwi z powieszonego na drzewie Iskarioty.

Przed południem w pobliżu powieszonego Judasza gromadzi się coraz więcej ludzi oczekujących na osądzenie zdrajcy. Pomiędzy dziećmi przeciska się człowiek, który będzie pełnił rolę sędziego. Jest to postać z wioskowej społeczności, ale – jak mówią sami uczestnicy obrzędu – trochę inna niż wszyscy. Owa „inność” ma podkreślić niezwykłość całego wydarzenia. Podekscytowanie staje się coraz większe; pętla zostaje przecięta, a Judasz z wysoka spada na ziemię. Rozpoczyna się sąd. Sędzia wygłasza formułę: Judaszu, jak ty wydałeś za 30 srebrników, tak ja ci wymierzam 30 razów. I wśród głośnego liczenia zebranych trzydzieści razy uderza drewnianą pałą leżącą kukłę. Po tym porywają ją dzieci i ciągną po całej wsi, krzycząc i uderzając w nią kijami. Scena sądu powtarza się trzy razy: w miejscu, gdzie Judasz zawisł na drzewie, przed kościołem parafialnym i w rynku.

Teraz zaczyna się ostatni etap całego wydarzenia. Dzieci porywają Judasza i ciągną go poza wieś. Wszyscy zatrzymują się na moście. Sędzia podpala kukłę, a kiedy ogień ją trawi, zostaje zrzucona do rzeki. Zebrani tak szybko, jak pojawili się w tym miejscu, powracają do wsi obrzęd i widowisko zakończyło się. Wieczorem znów wszyscy spotkają się na wielkopiątkowym nabożeństwie.

Czym jest opisana tradycja – formą widowiskową, przejawem religijności czy przedchrześcijańskim reliktem? Wydaje się, że każda odpowiedź jest dobra. W swojej zewnętrznej postaci to niewątpliwie niezwykle widowiskowy element religijności ludowej. Znajdują się w nim jednak archaiczne pierwiastki, świadczące o dużo wcześniejszej genezie tego obrzędu. Zwróćmy uwagę na kilka z nich.

Początek wiosny jest okresem szczególnie nasilających się zabiegów magicznych, mających na celu obłaskawienie natury i zapewnienie letniego urodzaju. Podczas wieszania, palenia i topienia Judasza wiele czynności wskazuje na taką właśnie magiczną praktykę. Już sam fakt wypełnienia kukły słomą przypomina o jej „rolniczym” charakterze. Falliczny kształt nosa Judasza także nawiązuje do symboliki płodności. Wykorzystanie motywów fallicznych w tradycji ludowej jednoznacznie kojarzy się z pobudzaniem, wzrostem i wegetacją.

Etnografowie wskazują także na jeszcze jeden aspekt całego wydarzenia – ofiarę dla przyrody. Zasadniczą treścią całego obrzędu jest przecież symboliczne zabicie człowieka, dzieje się tak nawet dwukrotnie: najpierw przez powieszenie, bez żadnego dodatkowego rytuału jest to tylko wykonanie sprawiedliwego wyroku. Następnego dnia Judasz umiera po raz drugi, już na oczach całej wiejskiej społeczności. Kukła jest wynoszona poza granice wsi i dopiero tam palona i wrzucana do rzeki. Pojawia się zatem jeszcze jeden wątek interpretacyjny: ogień i woda. Te dwa żywioły w swojej symbolicznej postaci zawsze mają moc oczyszczającą i kojarzą się z możliwością kontaktu czy porozumienia z siłami z innego świata.

Wieszanie Judasza jest echem bardzo starej tradycji. Współcześnie niewątpliwie stało się obrzędem i zwyczajem o charakterze religijnym ma przecież przypominać sceny poprzedzające Mękę Chrystusa. Jednak sam nastrój uczestników obrzędu, powszechna wesołość towarzysząca paleniu i topieniu kukły Judasza ma jeszcze inny wymiar, przez uczestników obrzędu chyba już nie uświadamiany. Pod powłoką chrześcijańskiego zwyczaju skryły się starsze treści walki z naturą i prób jej przebłagania dzięki magii i składanym jej ofiarom. Wiadomo przecież, że wiele współczesnych obrzędów i zwyczajów ludowych jest schrystianizowaną formą dawnych rytuałów. Tak stało się też z opisaną, a zanikającą już Judaszową tradycją.


Mgr ŁUKASZ SMYRSKI jest doktorantem w Katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej Wydziału Historycznego UW.

Palenie Judasza

Święta noc

Autor: Renata Hryń-Kuśmierek. Źródło: http://archiwum.wiz.pl/2001/01123700.asp

Artykuł pochodzi z „Wiedzy i Życia” nr 12/2001


Wigilijnych potraw może być dwanaście, bo tylu było apostołów. Ale równie często przygotowuje się nieparzystą liczbę dań, pięć, siedem czy jedenaście. Im więcej, tym lepiej, tym obfitszy będzie nadchodzący rok.

Boże Narodzenie, w Polsce zwane także Godami, Godnymi lub Godnimi Świętami, Świętymi Wieczorami, Koladką, rozpoczyna wieczór wigilijny 24 grudnia, a kończy dzień Trzech Króli 6 stycznia. Podobnie jak wiele innych świąt i uroczystości religijnych, mają one bogatą obrzędowość ludową, która jest swoistym połączeniem rytuałów kościelnych i przedchrześcijańskich wierzeń, obyczajów, zabiegów magicznych.

„Wigilia Bożego Narodzenia była wielką uroczystością wspomina lata dzieciństwa wybitny pisarz i historyk Julian Ursyn Niemcewicz (1758-1841). – Od świtu wychodzili domowi słudzy na ryby […]. Dnia tego jednakowy po całej może Polsce był obiad. Trzy zupy, migdałowa z rodzynkami, barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, kucja dla służących, krążki z chrzanem, karp do podlewy, szczupak z szafranem, placuszki z makiem i miodem, okonie z posiekanymi jajami i oliwą itd. Obrus koniecznie zasłany być musiał na sianie, w czterech kątach izby jadalnej stały cztery snopy jakiegoś niemłóconego zboża. Niecierpliwie czekano pierwszej gwiazdy; gdy ta zajaśniała, zbierali się goście i dzieci, rodzice wychodzili z opłatkiem na talerzu, a każdy z obecnych, biorąc opłatek, obchodził wszystkich zebranych, nawet służących, i łamiąc go powtarzał słowa: „bodajbyśmy na przyszły rok łamali go z sobą””.

Z pewnością trudno byłoby uznać ten opis za powszechnie obowiązujący wzorzec wieczerzy wigilijnej. W zależności od regionu Polski, stanu, zamożności, tradycji lokalnej czy rodzinnej przygotowywano inne potrawy i obowiązywały inne zwyczaje. Wigilia chłopska różniła się od tej, którą zapamiętał Julian Ursyn Niemcewicz. W „Wigilii polskiej” (Warszawa, 1992) Barbara Ogrodowska opisuje potrawy przyrządzane na południowym Podlasiu: „jadało się barszcz z mąki żytniej lub barszcz buraczany, kaszę gryczaną („reczaną”) z sosem grzybowym, kapustę faszerowaną, kaszę jaglaną, kluski z makiem, pierogi z grzybami, soczewicą, jabłkami, śliwkami lub z farszem z siemienia lnianego, racuchy, kisiel owsiany oraz kutię, zwaną też kucią (gotowany pęczak lub pszenica z makiem i miodem)”. Ta ostatnia była główną potrawą wigilijną na całym wschodnim pograniczu. Na Kurpiach podawano m.in. śledzie, kapustę kwaszoną, kasze i kluski z makiem, zupę owocową z kluskami i miodem. Na ryby mogli sobie pozwolić jedynie bogatsi chłopi. Oskar Kolberg (1814-1890), etnograf i folklorysta, zapisał w tomie piątym swoich „Dzieł”, poświęconym ziemi krakowskiej: „po pierwszej gwieździe i łamaniu się opłatkiem, idzie na stół siemieniec (zupa lub rzadki brej) z pęcakiem (kaszą domową), groch, śliwy z kaszą lub gruszki, rzepa suszona i gotowana”.

Ale było też coś, co łączyło wszystkie polskie Wigilie: świąteczne zdobienie wnętrz, pora rozpoczynania postnej wieczerzy, zwyczaj dzielenia się opłatkiem i pozostawianie wolnego miejsca przy stole.

Zanim nadszedł dzień Wigilii, należało zrobić wielkie porządki. Szorowanie, mycie, odkurzanie, układanie rozpoczynano zwyczajowo w dzień św. Łucji 13 grudnia. Dlaczego wtedy? Może właśnie tyle trzeba było czasu, aby zdążyć z zakończeniem porządków, zanim zapadnie zmrok w dzień Wigilii? A może dlatego, iż dzień św. Łucji uważano za granicę „między tym co było, a tym co będzie”?

Wigilia Bożego Narodzenia była uważana za czas wyjątkowy, kiedy działy się cuda, wracał „czas początków”, a ziemia stawała się – choćby na krótko – rajską krainą. Panowało powszechne przekonanie, nie tylko w Polsce, ale także na Ukrainie, w Czechach czy Francji, że woda w rzekach, potokach i źródłach zamienia się wtedy w wino, miód, a nawet złoto. Jednak tylko niewinni i szczęśliwi ludzie mogli wiedzieć, kiedy nadchodzi ta chwila przemiany. O wierze w niezwykłe, lecznicze i ochronne właściwości „wigilijnej wody” może świadczyć nadal żywy wśród górali podhalańskich zwyczaj obmywania się w wodzie zaczerpniętej z potoku w Wigilię o północy.

Wierzono też, że w noc wigilijną budzą się pszczoły w ulach, pod śniegiem zakwitają kwiaty, także cudowny kwiat paproci, a zwierzęta mówią ludzkim głosem. Tego dnia i one były traktowane w szczególny sposób. Już po zakończeniu wieczerzy obdzielano zwierzęta, szczególnie bydło, opłatkiem i resztkami potraw. Ten zwyczaj zachował się jeszcze na przykład w niektórych wsiach sądeckich. Opłatki dla zwierząt były najczęściej kolorowe (żółte dla bydła, czerwone dla koni). Podczas wypiekania często dodawano do nich święcone zioła, które – jak powszechnie uważano – miały chronić bydło przed chorobami.

W całej Polsce znany był zwyczaj przywoływania na wigilijną kolację dzikich zwierząt, pod postaciami których miały się kryć dusze zmarłych: „Wilcosku, wilcosku, siądź z nami dziś do obiadu, ale jak nie przyjdziesz dziś, nie przychodź nigdy. Wróblęta ptasięta, chodźcie ku nam obiadować, a jak nie przyjdziecie, to nie przychodźcie cały rok”. Otwierano przy tym szeroko drzwi domu, kładąc na stole dodatkowe nakrycie, pozostawiając resztki potraw i okruchy opłatków. Ludzie prosili jednocześnie, aby po Wigilii dusze odeszły do swojego świata i nie szkodziły żyjącym.

W ten wyjątkowy dzień roku wszyscy zachowywali się inaczej niż zwykle. Zgodnie z tradycyjnym kalendarzem obrzędowym w Wigilię rozpoczynał się nowy rok. Dlatego, jak pisze autorka „Wigilii polskiej”: „Należało wstać wcześnie rano i szybko zerwać się z łóżka, aby przez cały rok zachować dobre samopoczucie, energię i rześkość. W tej samej intencji należało umyć się w rzece lub strumieniu albo w domu w miednicy, na dno której kładziono srebrny pieniądz; nie należało natomiast kłaść się w ciągu dnia, aby nie chorować i aby w lecie nie położyło się zboże. Nie wolno było niczego pożyczać sąsiadom, aby nie narażać się na utratę mienia. […] Pomimo obowiązującego ścisłego postu dobrze było w ciągu dnia zjeść trochę chleba maczanego w miodzie lub posmarowany miodem opłatek i napić się wódki, aby w ciągu roku nie brakowało nikomu jadła i napitku”.

W tym dniu żadne zachowanie człowieka nie było przypadkowe. Ponieważ dusze zmarłych mogły być gdzieś blisko, więc starano się zachowywać cicho i spokojnie. Duszyczki mogły się pojawić pod postacią zwierząt i ptaków, żebraków, pielgrzymów lub pozostać niewidzialne. Zanim więc ktoś usiadł na ławie lub stołku, musiał nań dmuchnąć i przeprosić duszę, która mogła właśnie tam przysiąść. Nie wolno też było na przykład pluć, wylewać brudnej wody, prząść, szyć, rąbać drew.

Przed Wigilią ozdabiano też dom. Ustawiano więc snopy nie młóconego zboża (zarówno w chłopskich chatach, dworach szlacheckich, jak i pałacach), rozścielano słomę na całej podłodze lub na stole, na obrus sypano ziarno, zawieszano przystrojone zielone jodłowe gałęzie (różnie je w Polsce nazywano: podłaźnik, podłaźniczka, sad, rajskie drzewko, boże drzewko) czy też co jest całkiem niedawnym zwyczajem stawiano ozdobioną choinkę. Każda z tych czynności odbywała się bardzo uroczyście, na przykład gospodarz, wnosząc do izby snopy zboża, składał życzenia „na szczęście”, „na zdrowie”, „na urodzaj i dobrobyt”, „na to Boże Narodzenie – co by się wam darzyło, mnożyło”.

Choinka jest dziś najczęściej spotykaną ozdobą domów w czasie świąt Bożego Narodzenia. Przywędrowała do Polski z Niemiec dosyć późno, bo na przełomie XVIII i XIX wieku. Początkowo błyszczała ozdobami tylko w domach mieszczan niemieckiego pochodzenia, z czasem trafiła do salonów polskiego mieszczaństwa i inteligencji. „Pod strzechy” choinka zbłądziła dopiero w XX wieku. Najpierw ozdabiano ją „światami” i gwiazdami z opłatka, jabłkami, orzechami, pierniczkami, ciastkami „z dziurką”, cukierkami. Później przybywało ozdób własnoręcznie wykonanych przez domowników z wydmuszek, piórek, słomek, kolorowego papieru. Teraz na choinkach pysznią się bombki o różnych kształtach i kolorach, błyszczące łańcuchy i lampki.

Dawniej do wieczerzy wigilijnej, zwanej też obiadem wigilijnym, pośnikiem, postnikiem, kutią, wilią, zasiadano, kiedy na niebie zabłysła pierwsza gwiazda. I tak jest nadal w wielu domach. Nadeszło święto. Przed rozpoczęciem kolacji wszyscy zgromadzeni łamią się opłatkiem, składając sobie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności. Ten zwyczaj, znany być może już w XVIII wieku, ma prawdopodobnie rodowód szlachecki, choć niektórzy uważają, że raczej mieszczański. Jeszcze na początku ubiegłego wieku nie znano go w niektórych częściach Pomorza, Warmii i Mazur.

Stół przykrywano obowiązkowo białym obrusem lub płachtą, pod które podkładano siano. Zostawiano jedno wolne miejsce, wolne nakrycie lub nie przeznaczone dla nikogo potrawy. W wielu domach ten zwyczaj nadal się pielęgnuje.

Do kolacji wigilijnej musiała usiąść parzysta liczba biesiadników. W przeciwnym razie, jak wierzono, ktoś z domowników mógł umrzeć w nadchodzącym roku. Zdarzało się podobno, że zapraszano jakiegoś samotnego sąsiada lub bardziej przesądna dama symulowała atak migreny. Miejsca przy stole zajmowano według starszeństwa, aby również w takiej kolejności odchodzić z „tego świata”. Uczestnikom wieczerzy nie wolno było wstawać od stołu przed jej zakończeniem. Nie wolno też było odkładać łyżek na stół. Jeżeli ktoś musiał przerwać jedzenie, wówczas trzymał łyżkę w zębach. Należało spróbować wszystkich po kolei potraw wigilijnych. Podczas całej kolacji panował nastrój powagi i skupienia, sprzyjający wspominaniu tych, którzy odeszli.

Potrawy wigilijne przyrządzano z „wszystkiego co w polu, sadzie, ogrodzie, lesie i wodzie”, czyli z ziaren zbóż, maku, miodu, orzechów, grzybów, grochu, fasoli, bobu, suszonych owoców, a w bogatszych domach również wielu gatunków ryb. Właściwie każdy z tych składników miał jakieś symboliczne znaczenie. Na przykład o maku wiedziano, że sprowadza sen na człowieka, więc dzięki niemu choć na chwilę można było wstąpić w „tamten świat”. Albo grzyby – rosnące w lesie, uchodziły za pożywienie niezwykłe, wykradzione z „innego świata”, w tradycyjnej kulturze las był bowiem uważany za przestrzeń niebezpieczną, obcą, nieludzką.

Stołu nie uprzątano po wieczerzy, pozostawiając resztki dla dusz zmarłych. Ludzie zaś mogli odpocząć, porozmawiać, zaśpiewać kolędy i pastorałki. Tuż przed północą wyruszano na pasterkę pieszo, konno, saniami lub na wozie. Każdy starał się jak najszybciej dotrzeć do kościoła. Pierwsi mieli bowiem zapewnione powodzenie we wszystkich pracach gospodarskich.

Wieczór wigilijny sprzyjał wróżbom, których znano bardzo wiele. Gospodarze bacznie obserwowali niebo: jeśli było gwiaździste, oznaczało urodzaj tego roku i dobre niesienie się kur, gdy niebo przykryte było chmurami, krowy miały dawać dużo mleka. Wróżono też o pogodzie, obserwując kolejne dni, z których każdy odpowiadał jednemu miesiącowi nowego roku.

Panny i kawalerowie wróżyli sobie o małżeństwie z siana wyciąganego po kolacji spod obrusa: źdźbło zielone – ślub już wkrótce, zwiędłe – jeszcze trzeba poczekać, łamiące się – stan bezżenny. Dziewczęta liczyły też kołki w płocie, mówiąc przy tym: „ten wdowiec, ten młodec (kawaler)”. Co wypowiedziała przy ostatnim, taki miał być jej przyszły mąż. Starsi zaś, wyciągając siano spod obrusa czy obserwując swój cień na ścianie, mogli poznać wróżbę dotyczącą ich zdrowia i życia.

Dzisiaj wiele tradycyjnych zwyczajów wigilijnych uległo zapomnieniu. Nadal jednak Wigilia jest wyjątkowym spotkaniem bliskich sobie osób, kiedy łatwiej jest powiedzieć „przepraszam” i częściej słyszy się „wybaczam”. Wszak rodzi się Bóg, a anieli cuda ogłaszają…


Mgr RENATA HRYŃ-KUŚMIEREK jest etnografem, absolwentką Katedry Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego.

Święta noc

Ludowe obyczaje wielkanocne Powiatu Krasnostawskiego

Żródło: http://www.krasnostawska.pl/?p=2405


Święta wielkanocne obejmują liczne dawne tradycje. Niektóre z praktykowanych zwyczajów wywodzą się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich, niosąc w sobie echa niezwykle ważnych niegdyś obrzędów roku rolniczego praktykowanych w ramach obchodzonych przez plemiona słowiańskie Jarych Godów. Związane były one z zakończeniem zimy i powitaniem wiosny, z czasem zostały w różnym stopniu schrystianizowane i włączone do elementów kultury chrześcijańskiej.

Współcześnie spotykane praktyki wielkanocne z jakimi mamy do czynienia na terenie powiatu Krasnostawskiego – w rezultacie wielowiekowej unifikacji, a także mieszania się różnorodnych lokalnych zwyczajów – zasadniczo są zbliżone do tych spotykanych współcześnie w innych regionach Polski.

Wielki tydzień – kulminacyjny czas obchodów męki i zmartwychwstania – rozpoczyna się od Niedzieli Palmowej (zwanej niegdyś również Kwietną Niedzielą), kiedy to wierni święcą zdobne palmy. Tu należy się wyjaśnienie, odnośnie nazwy „palma” która w rzeczywistości wywodzi się ze stosowanego niegdyś określania dla wiechy; kwiatu trzciny pospolitej, stanowiącej jeden z podstawowych elementów tradycyjnej wielkanocnej palmy. Podstawą konstrukcji tradycyjnych palm były gałązki wierzbowe z baziami, do ozdobienia służyły – poza wspominanym kwiatem trzciny – rośliny wiecznie zielone: bukszpan, barwinek, borówka, widłak, sosna, cis, tuja. Ponadto czasem stosowano świeże lub bibułkowe kwiaty i wstążki. Współcześnie rynek zdominowały palmy w stylu wileńskim, wykonane z zasuszonych, często barwionych, kwiatów, mchów i traw.

Niegdyś, w niedzielę palmową, po powrocie z kościoła, symbolicznie uderzano palmą domowników, wypowiadając przy tym słowa: „Palma bije, nie zabije, ale zdrowie da”. Palmy wielkanocne wyraźnie odgrywają istotną rolę, wykraczającą poza ramy świąt wielkanocnych. Palmy zwyczajowo przechowywano, umieszczając je np. za świętymi obrazami – co miało chronić domostwo od ognia i piorunów. Innym niezwykle ciekawym zwyczajem, wciąż jeszcze spotykanym na terenie powiatu Krasnostawskiego (min. w okolicach Dworzysk czy Orłowa murowanego) jest umieszczanie palm – po niedzielnym wielkanocnym śniadaniu – za gospodarstwem w polu, w zasiewach pszenicy, co ma przynieść “urodzaj i dobry chleb”.

Wielki poniedziałek i wtorek to zwyczajowy czas porządków w domostwach. W wielką środę niegdyś palono ogniska – aby mogły się przy nich ogrzać dusze zmarłych. Następnego dnia pozostawiano dla zmarłych misy z jedzeniem. W Wielką Sobota następuje święcenie pokarmów (tzw. święconka), które spożywane są dopiero podczas niedzielnego uroczystego wielkanocnego śniadania. Samo śniadanie było jak i jest posiłkiem w miarę możliwości obfitym, mającym wręcz charakter obżarstwa. Istotną rolę odgrywały jajka, którymi się przy stole symbolicznie stukano lub się nim dzielono.

Jajka – jako symbol początku; życia – a także zwyczaj ich malowania to nieodłączny element świąt wielkanocnych. Sama tradycja zdobienia jaj kurzych, rzadziej gęsich czy kaczych, sięga w Polsce co najmniej wczesnego średniowiecza będąc wspólnym wszystkim Słowianom zwyczajem wiosennym. Malowaniem jajek zajmowały się tylko kobiety, które wypędzały z izb każdego przybysza płci męskiej. Obecnie na terenie powiatu Krasnostawskiego wykonuje się głównie kraszanki (pisanki barwione jednolicie), pisanki drapane (drapanki), rzadziej zaś właściwe pisanki wykonywane metodą batikową – poprzez pisanie (rysowanie) wzorów gorącym woskiem a następnie zanurzaniu jaja w barwniku.

Lokalnym folklorem jest również zwyczaj zwany „Meus” w ramach którego po śniadaniu wielkanocnym, mieszkańcy kilku okolicznych wiosek: Olesin, Kolonii Wielobycz, Kolonia Bobrowe, Majdan Krzywski, Jaślików i Niemienice, zbierali się w lesie pomiędzy swymi wioskami, gdzie po obmyciu się w źródle, we wspólnym gronie spożywano przyniesione jadło. Poza żywnością i trunkami zabierano ze sobą również instrumenty muzyczne. „Meus” stanowi nawiązanie do Emaus – biblijnej miejscowości do której wędrowali apostołowie po zmartwychwstaniu Jezusa, i gdzie wraz z nim spożywali posiłek. Zwyczaj ten posiada również pewne nawiązania do krakowskiej tradycji Emaus która była w XIXw. wielkim, uroczystym spacerem mieszczan krakowskich po całym dniu siedzenia za stołem, przeprowadzanym na pamiątkę wyżej wspomnianej historii biblijnej. Krakowski Emaus przerodził się z czasem w ludową zabawę i rodzaj odpustu.

Lany poniedziałek, Śmigus-dyngus, zwany dawniej również dniem św. Lejka, to w rzeczywistości relikt dwóch odrębnych zwyczajów. Śmigus oznaczał chłostanie rózgą, wierzbową gałązką lub palmą. Dyngus zaś oblewanie – szczególnie panien – wodą. Aby nie zostać nadto oblanym, stosowano wykupywanie się za pomocą pisanek, a także innych datków ze świątecznego stołu. Z kolei w środowiskach dworskich zwyczaj oblewania się wodą zmodyfikowano zastępując wiadra z wodą kilkoma kroplami perfum. W ten sposób realizowano tradycję bez uszczerbku dla zdrowia, wyglądu i sukienek śmigusowych ofiar.

Przytoczone powyżej przykłady tradycyjnych obyczajów wielkanocnych oddają tylko w pewnym stopniu bogactwo kulturowe regionu. Niestety, zwyczaje wielkanocne ulęgają postępującemu zapomnieniu i spłyceniu, ograniczając się do elementów najbardziej typowych i często bezrefleksyjnych jak święcenie palm i pokarmu, a także oblewanie się wodą, bez wchodzenia w sferę magiczną i obrzędową dawnego ludowego obyczaju.


TCh / Artykuł opublikowany pierwotnie w nr4 / 2014r. wydawnictwa Panorama Lubelska – Ludzie Biznes Gospodarka

Ludowe obyczaje wielkanocne Powiatu Krasnostawskiego

Zwyczaje i obrzędy wiosenne w regionie (Jankowice)

Źródło: http://jankowice.info/index.php?option=com_content&view=article&id=149%3Azwyczaje-i-obrzdy-wiosenne-w-regionie&Itemid=1


 

Zainteresowanie folklorem i tradycją ludową wydaje się być coraz bardziej powszechne w naszej świadomości. Chlubimy się odmiennością obyczajów od innych regionów kraju, a nawet wiele zespołów i stowarzyszeń wykorzystując często środki unijne, podporządkowuje swój program i działalność w celu zachowania piękna kultury ludowej. Coraz częściej zwracamy uwagę na odmienność i oryginalność danej społeczności, starając się nawet wypromować cały region dzięki tzw. lokalnym produktom.

Wiosna – przez niektórych uważana za najpiękniejszą porę roku- w różnych częściach kraju obfituje w ciekawe obrzędy, szczególnie związane z wsią i pracą na roli. Są one niejednokrotnie podobne, różnią się szczegółami rozpoznawalnymi przez dociekliwych czy specjalistów. Niektóre jednak są charakterystyczne tylko dla danego regionu. Warto o nich pamiętać, a na pewno warto je kultywować ze względu na ich niecodzienny koloryt i mądrość życiową przekazywaną następnym pokoleniom. Dorota Simonides tak charakteryzuje zwyczaje wiosenne: „Jest w nich najwięcej zjawisk reliktowych, które odzwierciedlają ludzkie potrzeby zasadniczej odnowy, odrzucenia grzechu, zła, choroby,  nieszczęścia.”

Obrzędy Środy Popielcowej

Środa Popielcowa była zapowiedzią nowego, rozpoczynającego się cyklu wiosennego, który będzie trwał aż do Zielonych Świątek. Każda z siedmiu niedziel Wielkiego Postu była na Śląsku inaczej nazywana. Były więc niedziele: sucho (chudo), głucho (tłusto), czorno, bioło (środopostno), marzanno (marzanio) i palmiano (kwietno). We wszystkich kościołach okres ten rozpoczynał się od posypywania głów wiernych popiołem z ubiegłorocznych palm wielkanocnych. Kapłani w ten sposób przypominali wiernym przede wszystkim o przemijaniu i nietrwałości rzeczy materialnych. Rytuał ten wprowadzony został do liturgii Kościoła powszechnego około IV wieku. Na początku obowiązywał on tylko osoby, które publicznie odprawiały pokutę, później posypywanie głowy popiołem stało się obrzędem stosowanym wobec wszystkich wiernych. Jeszcze na początku XX wieku posypywano głowę najważniejszemu członkowi rodziny, który zabierał trochę popiołu do modlitewnika i w domu uroczyście obdzielał nim swoich bliskich.

Obrzędy środy popielcowej były niechybnym znakiem końca wszelkich zabaw karnawałowych, czy zapustnych. Dzień ten był symbolicznym przejściem ze zgiełku do ciszy i skupienia wielkopostnego.  Śląskie gospodynie wyparzały wszelkie garnki i tygle, aby usunąć pozostałości tłuszczu i smak mięsa. W niektórych domach wyrzucano nawet ostentacyjnie patelnie przez okno do sadu lub wynoszono je na strych.

Topienie marzanny

Najbardziej znanym obrzędem wiosennym było topienie marzanny, nazywanej również Moreną, czy Marzoniokiem. Słomiana kukła kobiety była wyobrażeniem oraz symbolem odchodzącej zimy oraz  wszelkiego zła. Sam zwyczaj przywoływania w ten sposób wiosny przywędrował najprawdopodobniej za pośrednictwem Czech z Frankonii i Norymbergii. Nie zawsze palono marzannę w pierwszym dniu wiosny. Niektóre przekazy podają, iż na ziemi pszczyńskiej już ten obrzęd następował 12 marca – „Na świyntego Grzegorza, zima idzie do morza”- godali ludzie we wsi. W pochodzie uczestniczyli także różni przebierańcy: król, anioł, diabeł, święty itd. Najpóźniej jednak palono marzannę w Niedzielę Palmową, aby w Wielkim Tygodniu nie zakłócać już zupełnie innego obrządku. Kukłę na wysokiej żerdzi wynosiła poza wieś młodzież. Można było spotkać nawet odmianę męską – tzw. marzanioka. Dziewczęta topiąc taką postać chciały również wybawić swoją społeczność od najbardziej uciążliwej choroby męskiej, jaką był alkoholizm. Do takiej kukły, ubranej w strój męski, wkładano do ręki butelkę wody oraz szklankę, którą umieszczano w kieszeni.

Każdy mieszkaniec starał się, aby procesja z marzanną przechodziła obok jego zagrody i zabrała ze sobą choroby, zimę i zło z gospodarstwa. W niektórych wsiach trasa pochodu z marzanną była z góry ustalona i rozpoczynała się od plebanii, poprzez dom sołtysa, nauczyciela i znaczniejszego gospodarza. Starano się wynagradzać uczestników pochodu kołaczem lub jajkami, przekupując w ten sposób niosących, by marzanna nie zajrzała do okien domów, co mogło sprowadzić śmierć lub nieszczęście na domowników. W trakcie obrzędu bito kukłę kijami, obrzucano błotem czy kamieniami. Po wyjściu poza granice wsi następowało albo topienie kukły w najbliższych rzekach, albo marzannę palono.

Po pożegnaniu zimy wracająca młodzież zrywała drzewko – gaik zielony, który przynosiła do wsi jako symbol wiosny, młodości, zdrowia oraz nadchodzącego wraz z nową porą roku – szczęścia. Gaik był najczęściej dużą sosnową gałązką przyodzianą we wstążki, wydmuszki oraz inne ozdoby i tak jak wcześniej marzanna, musiał on również zawitać do każdej zagrody, a gospodynie obdarowywały niosących gościńcem (jajka, kawałki ciasta, drobne pieniądze). Gałązki gaika wtykano w różne miejsca domu, do drzwi pomieszczeń gospodarskich, co miało chronić zabudowania przed gradem, piorunem, czy innymi nieszczęściami. W niektórych częściach Śląska obrzęd gaika był wykonywany dopiero na drugi dzień po utopieniu marzanny, dziś łączy się te dwa zwyczaje w jeden, kultywowany przez młodzież szkolną w pierwszym dniu wiosny – 21 marca. Warto jednak pamiętać, iż były to dwa osobne obrzędy, mające swoje źródło w słowiańskiej tradycji, kiedy wierzono jeszcze w pogańskie bóstwa.

„Palenie żuru”

Obrzędy Wielkiego Tygodnia rozpoczyna tzw. Żurowa Strzoda (środa). W tym dniu starano się palić wszystkie stare i niepotrzebne już szmaty, gałęzie i śmieci. Chłopcy brali stare miotły (skrobaczki) nasączane żywicą lub smołą i z podpalonymi jak pochodnia biegano po polach i okolicznych wzgórzach, aby ziemia dobrze rodziła oraz ziarno szybko dojrzewało. Wołano przy tym „żur palę, buchty chwalę, co krok to snop”. Niedopalone miotły znoszono w jedno miejsce i urządzano wspólne ognisko. Mieszkańcy wsi również przynosili pograbione resztki trawy, słomy i inne „rupiecie”, by się „zło nikogo nie imało”.

Ciekawym przesądem w Wielką Środę jest dojenie krów po ciemku. Starano się nawet zakrywać oczy zwierzętom chroniąc je przed wszelkim światłem, gdyż mogłyby podczas dojenia zmądrzeć i nie dawać więcej mleka.

Obrzęd Wielkiego Czwartku

W Wielki Czwartek cichły dzwony kościelne, a ich dźwięk zastępowany był przez różnego rodzaju kołatki, klekotki czy klapaczki. Wierzono, iż w dniu wydania Chrystusa, zło ma bardzo dużą moc, dlatego ludzie smarowali rano nogi tłuszczem, lub pocierali je popiołem, aby uchronić się przed wszelkimi chorobami ciała. W domach zasłaniano lustra oraz zatrzymywano zegary. Starano się nawet zakładać czarną odzież na znak żałoby. Nie można było również wykonywać żadnych ciężkich prac polowych, a w szczególności wywozić obornika, aż do Wielkiej Soboty. Gospodarze również w tym dniu odstraszali krety chodząc po polu i uderzając drewnianym kołkiem wymawiając zaklęcie.  Palono również spróchniałe drewno, a popiół rozrzucano po polu, by zapewnić sobie urodzaj.

O świcie w Wielki Piątek…

…kto tylko mógł, spieszył na tzw. Cedron, czyli mycie w pobliskim potoku, rzece czy jeziorze. Ważne było, aby obmyć się przed wschodem słońca w milczeniu, natomiast wody na ciele nie można było wycierać – musiała sama wyschnąć co miało to uratować skórę przed wszelkiego rodzaju owrzodzeniami oraz ujędrnić i wygładzić cerę. Po powrocie do domu należało wypić kieliszek tatarczówki, kto tego nie uczynił mógł zostać pijakiem przez cały następny rok. Wczesnym rankiem kreślono kredą trzy krzyżyki na drzwiach, co miało uchronić mieszkających od zmory i złych ludzi. Rozmawiano ze sobą cicho, na lustra nakładano kir oraz poszczono przez cały dzień. Nie wynoszono i nie sprzedawano niczego z chałupy, aby majątek nie przepadł. Ważne w tym dniu było nawiedzenie grobu Chrystusa i ucałowanie krzyża.

Obrzędy Wielkiej Soboty

nierozerwalnie związane są z poświęceniem ognia, wody oraz pokarmów. Świece pobłogosławione w tym dniu odpędzały (zapalone w oknie) pioruny, a umierającemu wkładano je w dłonie, by łatwiej mu było przejść na drugi świat. Natomiast święcona woda służyła domownikom przez cały kolejny rok.

Ważnym i najbardziej praktykowanym elementem w tym dniu jest święcenie potraw. W skład święconego wchodziły podstawowe produkty jak: chleb, jaja, sól, wędliny, ciasto, ser i masło – chodzono z tymi produktami do kościoła, aby ich nie zabrakło w ciągu roku. Poświęcenie jajka miało charakter magiczny. Wiązało się z budzeniem życia oraz kultem zmarłych.

Wielkanoc

W pierwszym dniu świątecznym popularna była msza rezurekcyjna, odprawiana o świcie. Po niej można było zakończyć cały ten czas pokutny i zasiąść do sutego śniadania z domownikami. Koniecznym było zjeść przynajmniej odrobinę jajka, natomiast popularną formą było spożywanie przez gospodarzy sporej ilości chrzanu, na pamiątkę pojenia Chrystusa octem i żółcią. Ważne było, ażeby podczas śniadania nie uronić ani okruszki, natomiast skorupki z jajek zakopywane były w ogrodzie, lub podawane kurom, żeby lepiej niosły. Gospodarze objeżdżali swoje pola i na każdym rogu wtykali w ziemię krzyżyki zrobione z palmy. Kropili również ziemię wodą święconą. Ciekawą i zapomniana już zabawą w tym dniu było kulanie jajec. Polegała ona na toczeniu do specjalnego wgłębienia  w ziemi (ducki) jajek. Wygrywał ten, kto ich wkulał  najwięcej, a nagrodą były wszystkie jajka, które potoczyły się w inne strony.

Lany Poniedziałek

Najciekawszym i najbardziej chyba przez młodzież oczekiwanym dniem był śmigus-dyngus. Poniedziałek, obok poważnej niedzieli był czasem zabaw i wzajemnych odwiedzin. Praktykowanym obrzędem w tym dniu było polewanie wodą oraz smaganie gałązkami swojej sympatii. Dlatego pod względem społecznym był to ważny moment, ponieważ w tym dniu młodzi ludzie rozpoczynali oficjalnie zaloty. Dziewczyna oblana przez swojego adoratora, obdarowywała go kroszonką z wypisanymi sentencjami mówiącymi o jej zamiarach czy nadziejach   wobec chłopaka. Polanie wodą, nawet przesadne, było przejawem sympatii, a najbardziej mokra panna mogła uważać się za najbardziej podobającą kawalerom.

Na ziemi pszczyńskiej wiele z tych zwyczajów i obrzędów zostało zapomnianych, niektóre istnieją w formie szczątkowej. Warto jednak pamiętać o tej formie ludowości i kultywować tradycję, która często w formie zabawy przekazuje głęboki sens związany z dorocznym cyklem wegetacyjnym. Uczy szacunku do przyrody i jednoczy rodzinę oraz społeczność lokalną.

Michał Pudełko

Bibliografia:

1. Jerzy Pośpiech, Zwyczaje i obrzędy doroczne na Śląsku, Opole 1987.

2. Barbara Ogrodowska, Ocalić od zapomnienia. Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne, Warszawa 2007.

3. Krystyna Sajdok, Podróż do źródeł śląskiej tradycji, Mysłowice 1995.

4. Dorota Simonides, Najpiękniejsze zwyczaje i obrzędy górnośląskie, Katowice 1995.

Artykuł ukazał się w Gazecie Pszczyńskiej nr 6, z 30 marca 2010 r.

Zwyczaje i obrzędy wiosenne w regionie (Jankowice)

Związki pozamałżeńskie w dawnej wsi polskiej

Autor: Joanna Radziewicz. Żródło: rme.cbr.net.pl


 

Etnograficzna wizja życia intymnego na wsi zakładała, że było ono niemal idealną realizacją zasad głoszonych przez kościół. Badania historyczne otwierają jednak zupełnie nową perspektywę spojrzenia na ten temat.

Zdaniem profesora Zbigniewa Kuchowicza chłopska etyka seksualna w XVII-XVIII wieku była znacznie mniej surowa niż wzorzec proponowany przez kościół. Odstępstwa w tym zakresie odnosiły się zwłaszcza do kwestii życia płciowego osób stanu wolnego. W chłopskim rozumieniu moralności właściwie nie  funkcjonowało pojęcie „czystości” w znaczeniu seksualnym, a dziewictwo nie stanowiło szczególnie cenionej wartości.

Problem podejmowania aktywności seksualnej przez osoby stanu wolnego obu płci na wsi wczesnonowożytnej należy rozpatrywać na poziomie wielowymiarowym. Z jednej strony ówczesne systemy prawne nie poświęcały temu występkowi zbyt dużo uwagi, koncentrując się raczej na cudzołóstwie. W rzeczywistości wsie rządziły się swoimi prawami. Wydawane przez właścicieli dóbr ustawy wiejskie ogrywały największą rolę przy rozstrzyganiu wiejskich sporów. Większość z nich odpowiedzialnością za moralność  swych domowników obarczało gospodarzy. To oni mieli dostarczać do urzędu informacje na temat niewłaściwego prowadzenia się swoich dzieci, służby czy komorników. Za brak reakcji groziły kary finansowe. Ponadto gospodarzy obowiązywał zakaz przetrzymywania w swoim domu „nierządnych białogłów”.  Natomiast winowajcy dopuszczający się tego niecnego występku ponosili kary finansowe lub fizyczne.

Inne stanowisko w kwestii niemoralnego prowadzenia się wyrażało stanowisko religijne, które surowo potępiało wszelkie haniebne występki. W mniemaniu duchownych utrzymywanie przedślubnych stosunków seksualnych było jednoznaczne z obrazą Pana Boga i mogło sprowadzić nieszczęście na całą wieś. Pomimo złowrogiego tonu wyroków kościelnych chłopi nie traktowali wszeteczeństwa jako szczególnie ciężkiego grzechu. Kościół polski musiał nawet grozić ekskomuniką wiernym, którzy głosili tego typu tezy.

Problematykę przedślubnej inicjacji seksualnej można rozpatrywać również z punktu widzenia życia codziennego ówczesnej społeczności wiejskiej. Ogólnie można stwierdzić, że w środowisku chłopskim panowała atmosfera milczącego przyzwolenia dla tego typu praktyk, pod warunkiem zachowania norm zwyczajowych. Jeśli zawarcie związku małżeńskiego było już postanowione, nic nie stało na przeszkodzie, aby narzeczeni jawnie okazywali sobie swoje uczucia.

Pobłażliwość dla stosunków przedmałżeńskich cechowała przede wszystkim dyskrecja. Teoretycznie nikt ich nie widział, ani o nich nie słyszał. Jeśli ktoś o nich opowiadał nie cieszył się zbyt dobrą opinią w środowisku. Bardzo trudno było wyznaczyć granicę tolerancji chłopów dla tego typu praktyk. Niekiedy z wyrozumiałością spotykało się nawet dłuższe wspólne mieszkanie bez ślubu.

Problem związków przedmałżeńskich dotyczył osób, które przez całe życie pozostawały w stanie wolnym, osób owdowiałych oraz tzw. „młodzieży”, czyli kobiet i mężczyzn w wieku między osiągnięciem dojrzałości płciowej a końcem zwyczajowego okresu zawierania pierwszego związku małżeńskiego. Młodzież najczęściej opuszczała dom rodzinny, aby udać się na służbę do innego gospodarza, zwykle w tej samej wsi. Wiele nieformalnych związków przedmałżeńskich tworzyło się właśnie w tym okresie. Praca pod jednym dachem była bowiem świetną okazją do bliższej znajomości między chłopakiem a dziewczyną. Często zdarzało się, że młode kobiety były wykorzystywane przez swoich pracodawców lub ich synów. Przekonanie, że ciało służącej należy do gospodarza, hamowane było tylko przez ścisły układ kontroli wewnątrzgromadzkiej. Jednak system ten, nie zabezpieczał w równym stopniu interesów wszystkich panien. Te pochodzące z gorszych rodzin czy z jakiś powodów odrzucone społecznie, nie mogły liczyć na wsparcie środowiska wiejskiego, które jeśli nie doszło do większego skandalu, po prostu nie zauważało problemu.

Nieformalne związki pomiędzy służącą a parobkiem spotykały się najczęściej  z nieformalnym przyzwoleniem gospodarza. Problem pojawiał się, gdy dochodziło do spłodzenia dziecka. Wówczas odpowiedzialnością za popełnienie tego czynu obarczano nie tylko samych winowajców, ale również gospodarza, którego obowiązkiem było dbanie o moralność swoich podopiecznych. Nic więc dziwnego, że pracodawcy próbowali ukrywać nieślubne dzieci swojej służby, a jeśli zachodziła taka potrzeba – pomagali młodym w ucieczce z rodzinnej wsi.

Młodzież obu płci  miała możliwość swobodnego spotykania się nie tylko w ramach służby, ale także podczas wykonywania codziennej pracy, w trakcie zabaw, uroczystości religijnych czy w karczmie. Repertuar społecznie aprobowanych sposobów zalotów obejmował poklepywanie, podszczypywanie, gwałtowne uściski czy igraszki na sianie. Zwykle to mężczyźni byli stroną inicjującą flirt, ale i kobiety wykazywały pewną aktywność w tym względzie, nierzadko pozwalając na śmiałe zachowania wobec obiektu swoich uczuć. Funkcjonowało też przekonanie, że kobiety pragnąc zjednać sobie sympatię mężczyzny, wykorzystują różnego rodzaju praktyki magiczne.

Wiejski model stosunków przedślubnych pozwalał na stosunkowo dużą swobodę pod warunkiem zachowania dyskrecji. Problem pojawiał się z chwilą zajścia kobiety w ciążę. Metody antykoncepcji praktycznie nie były wówczas znane, a te stosowane, jak tzw. coitus interruptus (stosunek przerywany), czy rozmaite praktyki  i środki z pogranicza magii i zielarstwa, na ogół nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. Bardzo często kobiety, które zaszły w niechcianą ciąże, próbowały się jej pozbyć, wykorzystując do tego celu ogólnodostępne substancje wczesnoporonne. Wywołanie poronienia, choć oficjalnie potępiane przez społeczność wiejską, spotykało się mimo wszystko z pewną wyrozumiałością.

Jeśli aborcja farmakologiczna nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, kobiety próbowały pozbyć się „problemu” wykonując forsowne zajęcia fizyczne, jak praca w polu czy dźwiganie ciężkich kamieni. Niestety, dochodziło również do aktów dzieciobójstwa, które było traktowane jako jedna z form ukrycia niechcianej ciąży. Tyle, że był to sposób raczej ostateczny, rozpaczliwy, obarczony dość dużym ryzykiem. Aby spełnił swoją rolę, trzeba było zamaskować ciążę, urodzić w ukryciu, a potem pozbyć się ciała noworodka. Bez pomocy innych było to raczej niemożliwe, a mogło się skończyć postawieniem przed sądem i skazaniem na śmierć.

W społeczności wiejskiej niewielki sens miała inna dawna praktyka pozbywania się niechcianego potomstwa, czyli podrzucanie niemowląt. Mogły się do niej uciekać tylko chłopki, które zdecydowały się opuścić rodzinną wieś i udać do miasta. Tam funkcjonowały instytucje, które zajmowały się podrzutkami.

W obyczajowości wiejskiej zwyczajnym i powszechnie akceptowanym sposobem uniknięcia kłopotów w przypadku spłodzenia dziecka przez osoby stanu wolnego było zawarcie przez nie związku małżeńskiego. Opinia społeczna nie widziała w tym nic nagannego i nie ingerowała, jeśli wszystko szło zwykłym torem. Próby nakładania grzywien i innych kar na małżeństwa, którym pierwsze dziecko urodziło się przed upływem dziewięciu miesięcy od daty ślubu, były głównie pomysłem właścicieli na wyłudzenie od chłopów dodatkowych pieniędzy pod pozorem obrony moralności. Urzędy wiejskie były raczej przychylne wobec ciężarnych kobiet, domagających się od kochanków wypełnienia małżeńskich obietnic.

Płynne przechodzenie związku przedmałżeńskiego w małżeństwo w przypadku ciąży następowało, kiedy nie było przeszkód kanonicznych i ojcostwo dziecka nie ulegało wątpliwości. Zazwyczaj to dziewczyna wskazywała na osobę, z którą „popełniła grzech”. Jeśli potencjalny kandydat na ojca nie poczuwał się do odpowiedzialności, musiał to udowodnić. W takich sprawach sąd dość rzadko dopuszczał mężczyznę do przysięgi o niewinności, która w prawie wiejskim była wiarygodnym środkiem dowodowym. Często wykorzystywanym środkiem obronnym było określenie dokładnej daty porodu i porównanie czy terminy się zgadzają. Jeśli dziewczyna zaszła w ciążę, a nie była w stałym związku lub z jakiś powodów nie mogło dojść do ślubu, to najlepsze co mogła zrobić, to wskazać jako sprawcę ciąży kogoś, kto mógł się z nią ożenić, a oskarżenie go nie byłoby bezpodstawne. W przypadku, gdy nie była w stanie jednoznacznie określić z kim zaszła w ciążę, oskarżała tego, który wydawał się jej najbardziej atrakcyjny jako przyszły mąż, a zarazem najbardziej skłonny do zmiany stanu cywilnego. W ostateczności wskazywała na któregokolwiek z byłych partnerów, byle tylko nie zostać panną z dzieckiem, co było wówczas społecznie nieakceptowane.

Niechciana ciąża w związku przedmałżeńskim z pewnością była bardziej kłopotliwa dla dziewczyny niż dla chłopaka. Taka „upadła” kobieta była traktowana przez środowisko wiejskie z nieukrywaną nienawiścią. Karą za niemoralne prowadzenie się było wygnanie jej ze wsi, chociaż trzeba przyznać, że była ona stosowana dość rzadko, najczęściej w przypadku recydywistek, kazirodczyń czy kobiet z marginesu społecznego.

Wyraźna była natomiast inna tendencja. Nierzadko niewiasty, które zachodziły w ciążę jako panny, występowały do lokalnych instytucji wymiaru sprawiedliwości z powództwem przeciwko ojcu dziecka o finansowe wynagrodzenie poniesionych strat moralnych. Do schyłku XVII wieku sądy bez jakiejkolwiek oceny postępowania samej skarżącej narzucały na mężczyznę obowiązek uregulowania pewnych świadczeń, skazywały na grzywny na rzecz dworu, gromady czy kościoła, czasem na kary fizyczne. W XVIII wieku można już zaobserwować zaostrzenie kontroli obyczajowych i standardów moralnych na wsi. Panny z dzieckiem zaczęły być traktowane jako współwinne nierządu i karane fizycznie, chociaż ich roszczenia względem ojca dziecka były zaspokajane. Nadal jednak skupiano się bardziej na problemach praktycznych i ekonomicznych kobiet niż na etycznej ocenie ich postępowania.

Pomimo rzeczowego i dość łagodnego podejścia do kwestii nieślubnego potomstwa, panna z dzieckiem wypadała poza margines społeczności wiejskiej. Znacznie zmniejszały się jej szanse na  korzystne zamążpójście, dotykała ją degradacja ekonomiczna i społeczna, zwiększało się ryzyko nawiązania kontaktów ze środowiskiem kryminogennym. Chociaż z drugiej strony można zaobserwować, że problem uwikłania się w związki przedmałżeńskie dotyczył przede wszystkim wąskiej grupy kobiet wiejskich, pochodzących często z nizin społecznych i tak  pozbawionych szans na poprawę swojego statusu.

Na podstawie dokumentów źródłowych ustalono, że  w pierwszej połowie XVIII wieku procent nieślubnych dzieci na wsi wynosił od 1-5 proc., więc skala zjawiska nie była zbyt duża. Nie oznacza to jednak, że równie ograniczony zasięg miało utrzymywanie przedślubnych związków seksualnych. Najczęściej tego typu „miłosne przygody” kończyły się małżeństwem, na co w dużym stopniu miały wpływ odpowiednie decyzje sądowe. Natomiast w ostatnich dziesięcioleciach XVIII wieku czynnik ten uległ zwiększeniu, co można tłumaczyć rozkładem kontroli społeczności wiejskiej nad życiem intymnym jej członków, jak również odebraniem gromadom wiejskim przez państwa zaborcze kompetencji sądowych w sprawach obyczajowych i przekazania ich urzędom państwowym.

Dość tolerancyjny stosunek chłopów do związków przedmałżeńskich, przede wszystkim takich, które prowadziły do zawarcia stałego związku, ulegał przemianom na przestrzeni XVII i XVIII wieku.  Jedno jest pewne – społeczność wiejska bardziej surowo oceniała moralność kobiet aniżeli mężczyzn. W przypadku wyjścia na jaw niecnego występku kochanków bardzo często przedmiotem dezaprobaty nie był sam fakt złamania obowiązujących norm i przykazań kościelnych, ale naruszenie zasady dyskrecji obejmującej stosunki przedmałżeńskie. Naturalne jest, że w przypadku ciąży odpowiedzialność za to ponosiła kobieta i nawet gdy wszystko kończyło się pomyślnie, przez kilka miesięcy musiała borykać się z niezbyt przychylnym nastawieniem mieszkańców wsi.

W połowie XVIII wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. Za seks przedmałżeński odpowiedzialność ponosiła nie tylko kobieta, ale i jej partner. Nierząd stawał się w coraz większym stopniu sprawą publiczną, skazą na etycznym obliczu wsi. Kwestie praktyczne, jak nakłonienie kochanków do małżeństwa czy uzyskanie świadczeń alimentacyjnych, zeszły na drugi plan. Poczucie moralności zaczęło odgrywać najistotniejszą rolę.

Pod koniec XVIII wieku małżeństwa zawarte w „stanie wyższej konieczności” – co dawniej było rzeczą zupełnie naturalną i powszechnie akceptowaną – stały się obiektem drwin i wykluczenia towarzyskiego.

Opracowano na podstawie publikacji Tomasza Wiślicza „Upodobanie. Małżeństwo i związki nieformalne na wsi polskiej XVII-XVIII wieku. Wyobrażenia społeczne i jednostkowe doświadczenia”.

Związki pozamałżeńskie w dawnej wsi polskiej

Pomoc sąsiedzka – współdziałanie społeczne na wsi

Autor: Joanna Radziewicz. Żródło: rme.cbr.net.pl


Wspólny obszar zamieszkania sprawia, że ludzie wchodzą ze sobą w różne relacje i zależności, kształtują się więzi społeczne, obyczaje i tradycja. W przypadku społeczności wiejskiej, która przez jakiś czas była izolowana od zewnętrznych wpływów widać to szczególnie. Więź wioskowa wyrażała się przede wszystkim silnym poczuciem wspólnoty wewnątrz danej zbiorowości oraz wyraźną odrębnością na zewnątrz. Funkcjonujący dawniej „mit grupowej wartości”, czyli przekonanie o wyższości tego co miejscowe pozytywnie wpływał na zwartość i siłę lokalnej społeczności.

Współdziałanie to jedna z cech społeczeństwa ludzkiego. Do jej tradycyjnych form można zaliczyć pomoc sąsiedzką, rozumianą jako pomoc okazywaną sobie nawzajem przez członków tej samej gromady wiejskiej, nie tylko przez najbliższych sąsiadów, lecz również przez innych współmieszkańców wsi. Wyrażała się ona w różnych czynnościach gospodarczych, świadczeniach o charakterze społecznym na rzecz dobra poszczególnych jednostek wchodzących w skład określonej zbiorowości oraz na rzecz dobra ogólnego danej osady. W myśl prawa zwyczajowego, każdy kto znalazł się w potrzebie mógł liczyć na pomoc innych mieszkańców. Lokalne współdziałanie przybierało bardzo różne formy, wynikało z konieczności współpracy w celu osiągnięcia celu gospodarczego, ale też ze zwykłej ludzkiej życzliwości i chęci bycia razem. Kazimiera Zawistowicz-Adamska wyróżniła:

  • pomoc sąsiedzką okazywaną w warunkach zwykłego życia wiejskiego, jak: pomoc przy wykonywaniu prac sezonowych (np. sianokosy, wykopki, orka i siew), obróbce surowców i innych pracach w domu i w zagrodzie (np. darcie pierza, obróbka wełny, kiszenie kapusty, prace budowlane), obrzędowości rodzinnej (np. śluby,  pogrzeby) lub dorocznej (np. obdarowywanie grup kolędnicznych),
  • pomoc sąsiedzką okazywaną w szczególnych okolicznościach losowych bądź dla wspólnego dobra danej społeczności, jak: pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i innych niespodziewanych wypadków, współdziałanie całej wsi w celu realizacji wspólnego celu (np. budowa świetlicy, szkoły, kościoła).

W społeczności wiejskiej rewanż był uznawany za najbardziej naturalny sposób współpracy. Wzajemność świadczeń była najczęściej przejawem więzi społecznej i nie opierała się na konkretnej kalkulacji. Jednak nie zawsze okazywana pomoc była bezinteresowna. Niekiedy traktowano ją jako rodzaj pewnego zabezpieczenia na wypadek własnego nieszczęścia lub w celu realizacji własnych przedsięwzięć wymagających większego nakładu sił roboczych.

Pomoc sąsiedzka w pracach gospodarskich

Współpraca sąsiedzka w ramach prac rolnych była zjawiskiem powszechnym, bowiem bardzo często wymagała zaangażowania większej ilości osób. Działanie grupowe przynosiło efekt gospodarczy oraz pozwalało na uzyskanie określonego statusu, np. najlepszej żniwiarki.

Wzajemna pomoc to nie tylko wykonywanie określonych czynności mających na celu realizację jakiegoś działania, ale także zespół elementów towarzyszących nadających tej pracy jakiegoś specyficznego charakteru. Zaliczyć tu można:

  • zwracanie się z prośbą o pomoc, zapraszanie do pomocy,
  • wyróżnienie osób zapraszających,
  • wybór osób zapraszanych,
  • organizacja poczęstunku i zabaw po zakończeniu wspólnej pracy,
  • zasady, na których udzielana jest pomoc.

Niektóre prace zespołowe stanowiły doskonałą okazję do zabawy, sutego poczęstunku, spotkań towarzyskich, wymiany plotek, a nawet zalotów. Zabawy organizowano w obrębie gospodarstw, które ze sobą współpracowały, lub dla całej społeczności wioskowej. „Dożynki” stanowiły formę spotkania towarzyskiego, były okazją do rozmów i zabawy. Dla organizatora był to sposób podziękowania za okazaną pomoc.

Jedną ze specyficznych form pomocy sąsiedzkiej było wspólne przędzenie lnu, które oprócz zwyczajowej pomocy sąsiedzkiej, miało charakter spotkania towarzyskiego. Praca ta cieszyła się powodzeniem  zwłaszcza wśród ludzi młodych. Stanowiła pretekst do wspólnych zabaw i rozmów. Podczas przędzenia często śpiewano, opowiadano różne historyjki, niekiedy gospodyni serwowała poczęstunek. W wielu miejscach obecni przy przędzeniu lnu byli również mężczyźni, którzy zabawiali pracujące kobiety żartami i śmiesznymi historyjkami, grali w kary, czasami wyplatali koszyki do pieczenia chleba. Zamożni gospodarze na zakończenie pracy organizowali tańce, które nazywano „podkurkiem”.

Pomoc sąsiedzka w ramach obrzędowości rodzinnej

Instytucja pomocy sąsiedzkiej uaktywniała się również w sytuacjach uroczystych, wyjątkowych, jak wesela, pogrzeby, narodziny dziecka czy inne wydarzenia rodzinne. Współdziałanie sąsiedzkie w obrzędowości weselnej przejawiało się w postaci daru obrzędowego i wykonywaniu określonych prac. Jedną z najpopularniejszych form tego typu działań było przynoszenie do domu weselnego różnego rodzaju produktów spożywczych, jak: masło, śmietana, jajka, cukier, ser, rozmaite mięsa i wędliny oraz użyczaniu pomieszczeń na nocleg dla przybyłych z daleka gości.  Pomoc dotyczyła również zajęć związanych z dekoracją sali, stołów czy szyciem sukni dla panny młodej. W przygotowaniach do wesela uczestniczyli również mężczyźni. Do zadań gospodarzy należało: przynoszenie stołów, zbijanie podłogi, stawianie namiotów, pomoc przy rozbiórce po zakończonej zabawie. Prace te były wykonywane na zasadzie wymiany świadczeń. W większości przypadków współdziałanie odbywało się w obrębie osób, które miały uczestniczyć w uroczystości.

W obrzędowości pogrzebowej pomoc sąsiedzka przybierała najczęściej formy: pomocy w przygotowaniu nieboszczyka do pogrzebu (mycie i ubieranie zwłok, wspólne czuwanie i modlitwa), pomocy związanej z trumną i czynnościami dotyczącymi pochówku (niesienie trumny) oraz pomocy w organizacji stypy (przynoszenie produktów spożywczych i gotowych potraw).

Współdziałanie społeczne w obrzędowości urodzinowej dotyczyło przede wszystkim obdarowywania położnicy i/lub dziecka podczas odwiedzin po porodzie. Przynoszono wówczas słodycze dla matki oraz ubranka i zabawki dla dziecka. Uważano, że przyjście z „gołymi rękami” spowoduje, że w przyszłości dziecko będzie głodne i gołe w życiu. Osoby które odwiedzały położnicę bez żadnego podarku były podejrzewane o złe intencje.

Pomoc sąsiedzka w sytuacjach krytycznych

Obowiązek wzajemnej pomocy spoczywał na mieszkańcach wsi w wypadkach szczególnych, zwłaszcza w przypadku klęsk żywiołowych i nieszczęść. Z pomocą poszkodowanemu przychodziła wówczas cała wieś, a szczególnie najbliższe sąsiedztwo. Był to pewnego rodzaju obowiązek. Ta szczególna wrażliwość na krzywdę innych wynikała z przeświadczenia, że w każdej chwili samemu można potrzebować wsparcia, a gotowość, z jaką przystępuje się do działania stanowi pewnego rodzaju ubezpieczenie na przyszłość.

Ważną rolę w systemie normatywno-moralnym odgrywała pomoc udzielana specjalnej grupie osób, do której można zaliczyć osoby starsze, biedne, ciężko chore oraz wdowy z małymi dziećmi. Okazywane im wsparcie miało charakter bezinteresowny i było udzielane na zasadzie zwykłej ludzkiej życzliwości i naturalnej dbałości o dobro członka lokalnej społeczności.

Tłoka

Tłoka to zwyczaj bezpłatnej pomocy udzielanej sąsiadowi przez innych członków danej zbiorowości, za którą gospodarz odwdzięczał się poczęstunkiem i gotowością przyszłego rewanżu. W obrębie społeczności lokalnej upowszechniło się bowiem przekonanie, że skoro gromadna pomoc może uratować mienie sąsiada, to niejako obowiązek od którego nikt nie śmiał się wyłamać. Za dyshonor uważano również pobieranie jakikolwiek opłat za udział w takim przedsięwzięciu.  Na zakończenie prac urządzano zabawę dla wszystkich uczestników. Do 1846 roku na dworach odbywały się tłoki obowiązkowe. Łukasz Gołębiowski pisał o nich: „Kobiety i dziewki, byle im nadzieję muzyki i tańca uczynić, gotowe pracować dzień cały. Tak więc tłoki, gdzie się wódka daje i muzyka sprawia, znajdują wiele ochotników; wszakże młodzież jej zwykle nie pije, lecz w przyniesione flaszeczki zlewa i do domu odnosi. Zamiast wódki chcąc dawać pieniądze, nie przyjmą ich, i rodzice oświadczają, że dlatego tylko posłali dzieci, żeby korzystały z zabawy”.

Odrobek

Odrobek, czyli praca za pracę był rodzajem współpracy sąsiedzkiej na wsi. Relacje pomiędzy gospodarzami regulowano na zasadzie wymiany pewnych zobowiązań i przysług. Za zaciągnięte długi rzadko płacono pieniędzmi, spłacano je zazwyczaj wykonując pewne czynności w polu czy w gospodarstwie. Kazimiera Zawistowicz-Adamska zwróciła uwagę na fakt, że odrobek często dotyczył stosunków pomiędzy gospodarzami majętnymi i uboższymi i przypominał raczej związek pomiędzy patronem a klientem. Ta zależność była tak silna, że ci najbiedniejsi nie współpracowali ze sobą, a bez reszty byli podporządkowani woli swoich opiekunów. Biedni chłopi wraz z całymi rodzinami pracowali w gospodarstwie bogatszego sąsiada w zamian za oferowane przez niego świadczenie lub usługę, np. pracę końmi, pożyczenie narzędzi, maszyn, możliwość użytkowania łąk, pastwisk, dzierżawę pola. Maria Wieruszewska-Adamczyk pisała na ten temat: „Największe zobowiązania z tytułu odrobków ciążyły na tych gospodarstwach, które nie posiadały koni. Gospodarze mający konie przyjeżdżali do pracy z własnym wozem i narzędziami. W zamian za to otrzymywali zapłatę w formie odrobku robotnika pieszego. Była to bardzo popularna wymiana świadczeń, szczególnie, że brak gotówki w gospodarstwie utrudniał zapłatę pieniężną. W ten sposób bogatsze i uboższe gospodarstwa wchodziły w system wzajemnych usług, w których nie było ani pokrzywdzonych, ani poniżonych. Odwzajemniali się bowiem pracą za pracę i uważali, by ich odrobek był rzetelny”.

Brak mechanizacji i konieczność wykonywania wszystkich czynności gospodarskich przy użyciu pracy własnych rąk stwarzała niejako konieczność wymiany świadczeń pomiędzy poszczególnymi mieszkańcami wsi. Wspólnie sadzono i zbierano płody rolne, budowano domy i wykonywano inne prace w polu i zagrodzie. Odwzajemnienie mogło być wykonane przy okazji tego samego przedsięwzięcia lub dotyczyć innego rodzaju usługi. Jeżeli u jednego gospodarza pracowało się dłużej, to nadwyżki tej działalności były wyrównywane przy innej okazji. Odrabianie było sprawą honoru. W warunkach braku środków finansowych odrobek był jedynym sposobem na wykonanie prac rolnych wymagających dużego nakładu sił. Zespalał sąsiedztwo i usprawniał działalność rolniczą.

Zakończenie

Współdziałanie było charakterystyczne dla społeczności wiejskiej. Odbywało się na zasadzie wzajemnej wymiany świadczeń i „odrabiania”. Przybierało też formę pracy na rzecz ogólnego dobra mieszkańców danej osady, jak również w celu realizacji większego, ważnego dla wszystkich przedsięwzięcia.

Najczęściej pomagano sobie w pracach polowych (sianokosach, żniwach, młócce, wykopkach). Współdziałanie społeczne dotyczyło również obróbki surowców (lnu, konopi, wełny, kiszeniu kapusty, uboju), prac budowlanych, obrzędowości rodzinnej i dorocznej.  Wszystkie prace były wykonywane bezpłatnie, często za poczęstunek, który był bardzo ceniony na wsi. Odwzajemnienie pracy było obowiązkiem, powinnością i honorem.


 

Źródła:

  1. Dziura M.: Lokalne współdziałanie – pomoc sąsiedzka dawniej i dziś. Dokument dostępny w Word Wide Web:http://www.tematyzszewskiej.pl/wp-content/uploads/2012/05/dziura.pdf
  2. Drożdż, A.:  Komentarze do Polskiego Atlasu Etnograficznego. T.7, Pomoc wzajemna. Współdziałanie i pomoc sąsiedzka. Wrocław:   Wydaw. PTL ; Cieszyn:   Wydaw. UŚ Filia,   2002.
Pomoc sąsiedzka – współdziałanie społeczne na wsi

Planety i żywioły – ich znaczenie w dawnej tradycji i obrzędowości ludowej

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl – artykuł opublikowany oryginalnie w dwóch częściach: część 1, część 2.


W dawnej kulturze ludowej magia była jednym z podstawowych narzędzi opisywania i systematyzowania rzeczywistości. Wierzono, że istotny wpływ na los człowieka mają ciała niebieskie i żywioły, które decydują o naszym codziennym bycie, dlatego w ważnych obrzędowo momentach warto pozyskać ich przychylność.

Burza

Prawie we wszystkich kulturach burza była traktowana jako symbol walki dobra ze złem, a piorun stanowił broń życiodajnego bóstwa solarnego w walce z siłami podziemnymi, należącymi do strefy nocy. W mitologii słowiańskiej symbolizował boga Peruna, Perkuna – władcę nieba i błyskawic. Wierzono, że pierwsze uderzenie pioruna zapładnia ziemię. Był otoczony kultem, a wzniecony przez niego ogień uważano za święty. W mitologii greckiej za burzę odpowiedzialny był Zeus, władca błyskawic, w mitologii nordyckiej funkcję tę pełnił Thor, natomiast w mitologii rzymskiej bogiem burzy był Jowisz, najwyższy władca nieba i ziemi, ojciec bogów. Starożytni Egipcjanie za boga burzy uważali Seta, a Celtowie – Taranisa.

W kręgu tradycji chrześcijańskich burzę i piorun uznawano za przejaw gniewu Bożego. Niszczył on wszelkie ostoje zła i grzechu. Jego ofiarami byli ludzie nikczemni, którzy dopuścili się wyjątkowo odrażających postępków lub zbrodni. Ochronę przed zniszczeniami spowodowanymi przez burzę miała stanowić zapalona w oknach gromnica.

Według wierzeń ludowych wszystkimi zjawiskami atmosferycznymi, w tym także burzą, zawiadywał Pan Bóg. Towarzyszące jej grzmoty, to odgłosy przerzucania przez anioły w raju skał przygotowanych na Dzień Sądu. Według ówczesnych przekonań błyskawice sprawiały, że Niebo się otwierało, chociaż oślepiony jasnością człowiek nie był w stanie niczego w nim dostrzec.

Twierdzono, że za wywołanie burzy odpowiedzialni mogli być samobójcy lub zabita żmija. Świecące na żmiję słońce zwiastowało nadejście burzy w dniu następnym. Gdy burzowa pogoda trwała zbyt długo należało martwego węża przykryć kamieniami lub gałęziami, a zwłoki samobójcy odkopać i pogrzebać za dziewiątą miedzą licząc od granicy wsi lub spalić daleko poza jej granicami.

Nagłe deszcze w czasie żniw i sianokosów mogły wywołać grabie rzucone na ziemię zębami do góry, które rozdzierały niebo. Burzę sprowadzały również demony zwane płanetnikami czy chmurnikami.

Ochronę przed burzą i gradobiciem stanowiły dźwięki dzwonków loretańskich, którymi zawiadywali specjalni dzwonnicy. Funkcję tę pełnili wyłącznie wyjątkowo bogobojni mężczyźni, wybierani przez całą miejscową społeczność.

Aby ustrzec się przed burzą przestrzegano różnych zakazów magicznych: w Dni Krzyżowe nie wolno było prząść, a w czasie oktawy Bożego Ciała obowiązywał zakaz prania kijanką. Przed fatalnymi konsekwencjami tego zjawiska chroniły przedmioty, które miały jakikolwiek kontakt z sacrum, jak: poświęcone wianki, palmy wielkanocne i zioła. Zabezpieczenie stanowiły też święte obrazy i gromnica umieszczone w oknie, brona na podwórzu ustawiona do góry zębami i siekiera.

W celu ochrony upraw przez działaniem  burzy na polu ustawiano krzyże wykonane z witek poświęconej palmy oraz gałązek, którymi udekorowane były ołtarze na Boże Ciało, zakopywano w ziemi teksty Ewangelii i piętkę chleba z wieczerzy wigilijnej, a w Zielone Świątki chłopcy obiegali miedze pól z pochodniami zapalonymi od sobótkowego stosu.

Według powszechnego przekonania piorun nigdy nie uderzał w lipę, uważaną za drzewo Najświętszej Marii Panny i leszczynę, która dała schronienie Świętej Rodzinie podczas ucieczki do Egiptu.

Wiatr

W wielu kulturach wiatr był uważany za przejaw „kosmicznego życia”. Nazywano go  również „oddechem Ziemi”, a wszelkie związane z  nim anomalie  były traktowane jako zwiastuny chorób, klęsk i katastrof. Od niepamiętnych czasów wiatr był czczony jako bóstwo lub siła o boskim pochodzeniu. W starożytnym Egipcie wierzono w potęgę boga Szu, władcy czterech wiatrów, z czterech stron świata. Z kolei przyjazny ludziom wiatr północny był uważany za oddech boga Amona. W kulturze greckiej za poszczególne strony świata był odpowiedzialny innych bóg, natomiast Słowianie oddawali cześć Pochwistowi (Poświstowi).

W Starym Testamencie pojawianiu się Stwórcy towarzyszyły gwałtowne podmuchy wiatru, a kiedy na górze Horeb Bóg przeszedł obok Eliasza, uderzeniem wiatru ruszył górę i rozkruszył skały. W Nowym Testamencie  w wichrze nastąpiło zesłanie Ducha Świętego. Ten „oddech ziemi” wyrażał tu także potęgę i wielkość majestatu Bożego.

W tradycyjnej kulturze wiatr przybierał postać materialną, najczęściej mężczyzny z rozwianymi włosami, wydętymi policzkami, w potarganym odzieniu. Mieszkańcy okolic Krakowa wierzyli, że wiatry to żyjący w Niebie gospodarze, którzy mieszają powietrze. Na Łemkowszczyźnie żywioł ten był kojarzony z przebywającym na olbrzymim drzewie wielkoludem, który słał go na różne strony świata.

Pojawienie się silnego, porywistego wiatru łączono z powieszeniem się człowieka, wtedy bowiem diabeł porywał duszę i hulał z nią do piekła. Wierzono również, że gwałtowny podmuch zrywał się w chwili śmierci osoby o demonicznych właściwościach. Obawiając się, że szatan wkręci się wraz z wiatrem do przędzy, w niektórych regionach obowiązywał zakaz przędzenia w wietrzne dni. W wielu wsiach wiatr utożsamiano z duszami ludzi tragicznie zmarłych, nieochrzczonych, dzieci przyduszonych przez matkę w czasie snu, porońców i osób źle pochowanych. Ponadto w wietrze mogły ukrywać się strzygi, zmory oraz inne strachy, skłaniające ludzi do złego. Mógł też wywoływać choroby i epidemie wśród ludzi i zwierząt.

Wiatr był jednak nie tylko siłą niszczącą. Jego łagodne powiewy przyjemnie chłodziły podczas gorącego lata i umożliwiały żeglugę. Uważano go za siłę zapładniającą, bez której zamierało życie. Jego podmuchy miały korzystny wpływ na wegetację roślin i płodność zwierząt. W niektórych regionach wierzono, że może być także sprawcą brzemienności kobiet.

W celu obrony przed negatywnymi skutkami oddziaływania wiatru stosowano nakaz padania na ziemię, klękania lub ukrycia się. Podczas burzy, albo w chwilach pojawienia się wichru powietrznego nie wolno było wychodzić z domu bez poświęconych przedmiotów. Jeśli już nastąpiło zetknięcie z tym żywiołem, to należało trzykrotnie splunąć przez lewe ramie. Inną formą obrony było  skierowanie w jego stronę ostrego narzędzia, modlitwa, kropienie wodą święconą. W zależności od regionu na wiatr sypano mąkę, sól lub kaszę poświęcone w dniu świętej Agaty.

Wierzono, że wiatr jest dostarczycielem wiadomości z zaświatów. Były to informacje na temat pogody, przyszłych losów człowieka i świata, przyczyn chorób i możliwości ich leczenia. Twierdzono, że wiatr wschodni zwiastował brzydką pogodę, południowy – ciepło i słońce, zachodni – silne deszcze, a północny – chłody i niepogodę. Na Śląsku na podstawie kierunku wiatru przepowiadano przyszłość. Wiatr północny zapowiadał śmierć osoby starej, południowy – w średnim wieku, natomiast wschodni – śmierć dziecka.

Woda

W dawnych kulturach woda była postrzegana jako odwieczna materia, początek  istnienia, symbol życia i wieczności. Tej, wypływającej z głębi ziemi przypisywano moc oczyszczającą, a spadającej z nieba – moc zapładniającą. Wierzono, że woda bieżąca niesie życie i obmywa, zaś stojąca jest siedliskiem złych mocy i śmierci. W chrześcijaństwie za jej pośrednictwem w trakcie ceremonii Chrztu Świętego zmywany jest grzech pierworodny.

Woda jest darem Bożym, który powstał bez udziału człowieka i stanowi własność wszystkich istot żyjących na świecie, dlatego nie można jej odmówić nikomu, nawet największemu wrogowi. Zawsze otaczano ją szacunkiem, traktując jak żywą istotę. Przemawiano do niej, składano jej ofiary, chroniono przed zbezczeszczeniem i skalaniem. Wykorzystywano ją w celu przywrócenia sił witalnych, płodności i urodzaju. Była cennym lekarstwem dla ludzi i zwierząt.

Woda pełniła ważną rolę podczas różnego rodzaju zabiegów magicznych i obrzędowych. Szczególne znaczenie miało obmywanie i kropienie wodą, które nie tylko zabezpieczało ludzi oraz ich dobytek przed działaniem piekielnych mocy, usuwało wszelkie zło, ale także przynosiło zdrowie, dostatek i szczęście. W celu zapewnienia sobie powodzenia w życiu oraz dobrej kondycji fizycznej w wigilię Bożego Narodzenia domownicy obmywali twarz i ręce wodą, w której umieszczone były monety ze szlachetnego kruszcu. Dość powszechną praktyką były również  rytualne kąpiele w potokach i źródłach w noc z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek, przed wschodem słońca.

Wyjątkową wartość miała pierwsza kąpiel noworodka, którą przygotowywano z wody nabieranej z prądem potoku, a potem wylewano w ustronne miejsce, by nie pozbawić dziecka szczęścia. Powszechna była też ceremonia obmywania ciała zmarłego. Starano się by do zużytej do tego celu wody nie miały dostępu ani zwierzęta gospodarskie, ani ludzie, ponieważ mogło to grozić utratą zdrowia.

Kropienie wodą święconą towarzyszyło niemal każdej ważniejszej pracy oraz wielu obrzędom dorocznym i rodzinnym. Zraszano więc bydło przy pierwszym wiosennym wypasie, pług przed pierwszą orką, progi i kąty nowo wybudowanej chaty i budynków inwentarskich, wóz, którym młodzi jechali do ślubu, kołyskę dla dziecka czy trumnę.

Nad zbiornikami wodnymi odprawiano wiele zabiegów magicznych i obrzędowych. Na Podtatrzu palono Śmiertkę, czyli kukłę obnoszoną po wsi przez dziewczęta w tzw. Białą Niedzielę, podczas Wielkiego Postu, do wody wrzucano Marzannę, nad potokiem w Wielki Czwartek palono Judasza – pradawne symbole zimy lub śmierci.

Wierzono również w lecznicze właściwości wody, szczególnie jeśli była ona zaczerpnięta w jakiś szczególny sposób i o określonej porze. W tradycyjnych pieśniach ludowych symbolizowała kobietę, dziewczyńską cnotę, a jej picie lub ofiarowanie było porównywane z aktem miłosnym. W niektórych kulturach funkcjonowało przekonanie, że woda zabiera panieńską urodę. Oznaczała też przemijanie.

Ogień

Ogień odgrywał bardzo ważną rolę w kulturze ludowej. Z jednej strony był kojarzony z  bezpieczeństwem i ciepłem domowego ogniska, a z drugiej z niszczycielską siłą, której składano przebłagalne ofiary. W tradycji starosłowiańskiej czczono przede wszystkim „ogień niebieski”, czyli słońce i piorun, a także „ogień ziemski” uważany za jego symbol.

Według tradycyjnej wizji świata władzę nad ogniem sprawował Pan Bóg. Ogień pochodzący ze sfery sacrum był otaczany powszechnym szacunkiem i traktowany jak żywa istota. Wierzono, że można go rozgniewać, obrazić, przeprosić czy zyskać jego przychylność i dlatego obchodzono się z nim bardzo ostrożnie. Obowiązywał powszechny zakaz plucia do ognia, stawania do niego tyłem, deptania, przeklinania i wrzucania do niego ostrych narzędzi.

Ognisko (lub zastępujący je piec) stanowiło centrum życia rodziny. Raz rozniecony płomień płonął w domu bez przerwy, umiejętnie podsycany i zabezpieczany przed wygaśnięciem.  Przy każdym rozniecaniu płomienia czyniono znak krzyża, a pojawiającą się iskrę witano słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, Witaj gościu pożądany, Jezusieńku nasz kochany! Witam pana mojego i światłość Jego. Wierzono, że jeśli podczas palenia w piecu słychać piski (mokrego drewna) jest to odgłos albo pokutującej duszy (i trzeba się za nią modlić) albo zwiastun śmierci jednego z domowników.

Ogień rozpalony w odpowiedni sposób i we właściwym czasie zapewniał szczęcie, dostatek i bezpieczeństwo, miał wymiar magiczny. Na przykład poświęcone w Niedzielę Palmową nadpalone gałązki wierzbowe wiązano w krzyżyki i zatykano na polu, co miało uchronić uprawy przed suszą i gradobiciem. Ogień płonący w domu należało przynajmniej raz w roku „odnowić”, najlepiej na przełomie starego i nowego roku. W obrzędowości słowiańskiej gaszenie i rozpalanie ognia było ważną czynnością podejmowaną w czasie Bożego Narodzenia. Gaszono go w Wigilię lub na Trzech Króli, a ponownie zapalano następnego dnia, na przykład od płomienia kościelnych świec. W wielu regionach „nowy ogień” rozpalano w Wielką Sobotę, przynosząc zarzewie z poświęconego przez kapłana ogniska, palonego przy kościele.

Obrzędowe niecenie ognia należało uczynić w sposób naturalny, czyli poprzez pocieranie o siebie dwóch kawałków drewna lub krzesiwa. Specjalnych zabiegów wymagało również jego gaszenie, dokonywane najczęściej przy pomocy wody święconej. Wykorzystanie do tego celu zwykłej wody, a co grosza nieczystości, jak również zadeptywanie czy zasypywanie żaru było uznawane za zniewagę dla tego żywiołu i mogło spowodować jego zemstę. W Beskidach Zachodnich ogień wygaszano w wigilię uroczystości św. Wawrzyńca, żeby zmęczony całoroczną służbą człowiekowi mógł odpocząć oraz w chacie, w której znajdowało się ciało zmarłego. Nagłe zgaśnięcie płomienia było odbierane jako zła wróżba, zwiastująca niepowodzenie lub chorobę. W ważnych okolicznościach ogień można było pożyczyć, chociaż odnoszono się do tego dość niechętnie. Przekazanie uzyskanego w ten sposób płomienia odbywało się tylko po zachodzie słońca.

Ogień miał także charakter magiczny. Jego blask odstraszał demony, chronił ludzi oraz ich dobytek.  W XIX wielu powszechny był zwyczaj obchodzenia przez kobiety swoich gospodarstw z ogniem rozpalonym przez księdza w Wielką Sobotę. Rytuał ten  miał uchronić domostwo przed pożarem, a rodzinę przed nieszczęściem. W wielu regionach Europy w Noc Sobótkową palono ogniska wokół których zbierała się młodzież. Odbywające się wówczas skoki przez płomienie miały znaczenie oczyszczające i chroniły przed różnymi dolegliwościami. Dziewczyny, które nie odważyły się na taki wyczyn lub były nieobecne podczas rozpalania ogniska podejrzewano o czarownictwo.

Ogień był wykorzystywany przy różnego rodzaju praktykach medycznych. Używano go do przypiekania chorych miejsc, zwłaszcza przy leczeniu ran, ukąszeń, krost i wysypek. Uzdrawiające właściwości miało przechodzenie przez ogień lub obnoszenie go wokół chorego. Sprawdzał się on również w działaniach przeciw dolegliwościom spowodowanym czarami: „Aby usunąć rzucone przez czarownicę na dziecko uroki, zalecano na przykład by owinąć dziewięć ziarenek jęczmienia skoszonego przed wschodem słońca i spalić je na żarzących się węglach posypanych święconym zielem. Dzięki takim zabiegom, chory miał odzyskać zdrowie, a czarownica stracić na dziewięć lat swą moc”. Na podstawie obserwacji płomienia i dymu przewidywano pogodę.

Słońce

Chrześcijaństwo widziało w słońcu symbol Chrystusa, nad którego śmiercią płakało wraz z księżycem i gwiazdami. Porównywano do niego Najświętszą Maryję Pannę. Biblijnemu mitowi o oddzieleniu światła od ciemności przypisuje się symboliczną separację dobra od zła. Wędrówka słońca po niebie odzwierciedla odwieczną walkę światła z mrokiem, życia ze śmiercią, ładu z chaosem, i nieustanne zwycięstwo słońca, które podlega permanentnej regeneracji, zarówno w cyklu dobowym, jak i rocznym.

Od niepamiętnych czasów słońce organizowało ziemski czas i przestrzeń, jego ruch po niebie wyznaczał pory dnia i roku. Pełniąc tak ważne funkcje, kreowało rytm wydarzeń obrzędowych. Większość ceremonii świeckich i świąt liturgicznych nawiązywało do cykli słonecznych i miało wyraźny charakter solarny. Boże Narodzenie, Wielkanoc uroczystość Zesłania Ducha Świętego, święto Jana Chrzciciela i Wszystkich Świętych  przypadały właśnie w okresach astronomicznych przesileń.

Słońce stanowiło najstarszy temat mitów solarnych. Modlono się do słońca i pod różnymi imionami czczono jako bóstwo. W starożytnym Egipcie bóg Re był bogiem słońca, w Babilonie – Szamasz, w Persji i na Bliskim Wschodzie Mitra, w starożytnej Grecji a także Rzymie – Helios, w tradycji prasłowiańskiej ze słońcem związany był Swaróg – bóg nieba i ognia. Z odległych czasów w tradycji ludowej zachowało się przekonanie, że słońca nie można pokazywać palcem, ponieważ w ten sposób znieważa się sacrum. Wierzono, że słońce pochodzi od Boga i stanowi światłość – dar Stwórcy dla ludzi, by lżej im było znosić ziemskie wygnanie. Uznawano je za dar boży, okno w niebie, uchyloną bramę niebieską, a nawet oko Pana Boga lub oko dnia. Wschodzące słońce witano obnażając głowę, a żegnano je czyniąc znak krzyża. W tradycji ludowej znane były specjalne modlitwy i zaklęcia wygłaszane na powitanie słońca. Pierwsi chrześcijanie modląc się zwracali się w jego kierunku, obyczaj ten został zachowany przez długie wieki na ziemiach słowiańskich.

W kosmologii ludowej słońce często było uznawane za żywą istotę, która wędrując po niebie jest w stanie zaobserwować wszystko i nic się przed nim nie ukryje. Obnażanie się w promieniach słońca uważane było za ciężki grzech, a każde przekroczenie boskich i ludzkich praw przy słońcu oceniano bardzo surowo. Zdarzało się, że niesłusznie posądzeni o popełnienie przestępstwa, zapewniając o swojej niewinności, powoływali słońce na świadka. Wierzono, że  słońce mieszka w pałacu, ma rodzinę i twarz człowieka. Wykazuje również ludzkie uczucia – śmieje się, płacze, tańczy, gdy jest mu wesoło, zażywa morskiej kąpieli. Kiedy jego blask jest zamglony – choruje, podczas przesilenia zimowego – umiera. Szczególny lęk wywoływało zaćmienie słońca, które interpretowano jako uwięzienie planety przez złe moce, czarta czy pożarcie przez złego potwora. Jego następstwem miały być wojny, zaraza, głód i inne nieszczęścia. Zagrożeniem dla słońca była też żmija, która mogła je pożreć.

Z cyklem dobowym słońca po orbicie było związanych wiele magicznych wierzeń i obrzędów. Wschód słońca był zawsze witany z radością, bowiem oznaczał początek nowego dnia. To właśnie wtedy należało rozpocząć codzienną aktywność, dokonać wszelkich czynności magicznych i uzdrowicielskich, zebrać zioła, które później można było wykorzystać w celach leczniczych. Południe, czyli okres największego nasycenia promieni słonecznych było odbierane jako czas świąteczny i na tę chwilę zawieszano wszelkie prace i odmawiano modlitwy w jego intencji. Według niektórych wierzeń była to pora pojawiania się demonów, dlatego w niektórych krajach obowiązywał zakaz spania w południe, aby ustrzec się przed ich działalnością lub zażywania kąpieli, ponieważ demony mogły wciągnąć i utopić człowieka. Z kolei w celu zapewnienia szczęścia i wszelkiej pomyślności pierwszą wodę po kąpieli noworodka należało wylać w samym środku dnia. Od zachodu słońca do świtu trwała pora sprzyjająca działaniu złych mocy i sił piekielnych. Do tego czasu wszelkie prace musiały być zakończone, a kłótnie rozstrzygnięte. Po zachodzie słońca nie można było zostawiać dziecięcych pieluszek na dworze, siać gryki, pożyczać sobie różnych przedmiotów oraz czerpać wody na kąpiel dla dziecka. Wieczorami mieszkańcy wsi schodzili się pod figurę i odmawiali modlitwy. Północ była uznawana za czas dominacji szatana i największą aktywność istot demonicznych. O dwunastej swoją działalność rozpoczynały wszelkiego rodzajuzmory, a z grobów wstawały strzygi. W Zaduszki wszystkie zmarłe dusze udawały się o tej porze do kościoła.

Księżyc

Od zarania dziejów srebrzyste światło księżyca budziło zachwyt, a jednocześnie niepokój ludzi. Wraz ze słońcem, księżyc był symbolem wszechświata, towarzyszył chrześcijańskim scenom Narodzenia i Ukrzyżowania oraz apokaliptycznym wizerunkom Matki Bożej. Często był traktowany jako żywa istota, z ludzką twarzą. Przypisywano mu umiejętności kierowania ludzkim życiem, wpływ na wiele ziemskich zjawisk oraz zdolności wróżebne.

W kręgu kultury słowiańskiej księżyc określano mianem miesiąca. W tradycji ludowej mówiono o nim również: błyszcz, kawalerskie słonko, łysy, rogacz czy miesiączek. Wierzono, że ma duży wpływ na zjawiska przyrodnicze, życie ludzi i zwierząt oraz świat istot nadprzyrodzonych. Szczególne związki z tą planetą przypisywano zwierzętom lunarnym, które pojawiały się i znikały tak jak księżyc, np. ślimak czy niedźwiedź. Wielowiekowa tradycja dotycząca prac ogrodniczych i polowych, ale również zbioru ziół, wykonywania przetworów, wędkowania, prac przy pszczołach, opierała się prawie wyłącznie na rytmie księżyca wyznaczonym nowiem, pełnią i kwadrami. Wiedzę w tym zakresie wykorzystywano już w starożytności o czym świadczą zapiski w wielu dziełach z tego okresu. Dla przykładu Kolumella zalecał by nawożenie gleby przeprowadzać między pełnią i nowiem, zaś Katon by nawóz wywozić kiedy nie ma Księżyca Według Pliniusza dla przycinania gałęzi żywopłotów najlepszy był okres po pełni, natomiast niektóre gatunki roślin należało siać przed pełnią. W oceniebadaczy kultury ludowej, znajomość wpływu rytmów Księżyca na przyrodę, ludzi, zwierzęta była najpowszechniejsza u Słowian, chociaż znano ją i stosowano również w wielu innych krajach Europy i Ameryki.

W kręgu kultury chrześcijańskiej księżyc był uważany za małą latarnię, która z Bożego rozkazu ma władać nocą i odmierzać czas. Wierzono, że jego światło jest niezbędne do życia ludzi, zwierząt i roślin, a niedobory, podobnie jak nadmiar mogą być przyczyną wielu chorób i dolegliwości.

Według powszechnego przekonania księżyc był bramą prowadzącą w zaświaty, miejscem przejściowym, zawieszonym pomiędzy niebem, ziemią i strefą podziemną. Tu właśnie tu zatrzymywały się osoby, które nie były ani dobre, ani złe, jak również wielcy pokutnicy – Adam i Ewa czy legendarny mistrz Twardowski. Na planecie tej przebywali grzesznicy, którzy chcieli odkupić swoje winy, zwłaszcza za złamanie podstawowych nakazów rządzących ludzkim życiem. Według podań ludowych światło księżyca budziło demony wodne. Podczas księżycowych nocy można było zobaczyć dusze snujące się w pobliżu cmentarzy i na rozstajnych drogach oraz czarownice zbierające zioła. Uaktywniały się równieżdiabłyi zmory domowe. W czasie pełni wzrastała aktywność wampirów, upiorówi wilkołaków.

Najbardziej tajemniczą cechą księżyca był cykl przemian, który dzielił się na kwadry, fazy, w czasie których następował wzrost lub zanik tej planety. Wierzono, że poszczególne fazy mają decydujący wpływ na wiele ludzkich poczynań. W okresie nowiu dobrze było wykonywać wszelkiego rodzaju prace gospodarskie, polowe, lecznicze i magiczne. W tym okresie zalecano aby odstawić dziecko od piersi, bo wtedy będzie ładne, urządzić wesele, liczyć pieniądze, potrząsać kiełbasą, by spowodować jej pomnożenie i budować studnie. Znane były też czynności zakazane, jak: siew zbóż, ścinanie siana, wyrzucanie obornika czy wykonywanie niektórych praktyk medycznych. Wierzono, że nów jest porą działalności czarownic, które na skutek spotęgowania swoich właściwości mogą sprowadzić na ludzi i zwierzęta choroby oraz inne nieszczęścia.

Okres pełni był kojarzony z wysypem grzybów. Warto też było zacząć prace polowe, siać zboża, groch, ziemniaki, rozpoczynać sianokosy, ścinać drzewa przeznaczone na budowę, wprowadzać się do nowego domu czy dokonywać zakupu inwentarza. Był to czas sprzyjający zawieraniu małżeństw i odstawianiu dziecka od piersi.Funkcjonowało też wiele negatywnych przejawów tego zjawiska. Księżyc w pełni był niebezpieczny zwłaszcza dla ciężarnych kobiet i małych dzieci, dlatego kołyski ustawiano w miejscu, gdzie nie docierały jego promienie. Powszechne było przekonanie, że w tym czasie uaktywniają się choroby psychiczne i nerwowe. Zbyt długie wpatrywanie się w księżyc mogło grozić utratą wzroku lub inną ciężką chorobą. Zakazane było sienie pszenicy i koniczyny, szczepienie drzewek owocowych i nasadzanie drobiu.

Szczególną uwagę zwracano na wpływ księżyca na organizm kobiety, przypisując mu ścisły związek z menstruacją i ciążą. Postrzegano go za ciało niebieskie związane z żeńskim elementem wszechświata. W kręgu kultury chrześcijańskiej uważano go za własność Matki Bożej. W apokryficznych podaniach Maryja ofiarowała świętemu Jerzemu księżyc jako nagrodę za obronę dziewiczej czci i walkę z szatanem.

Gwiazdy

Gwiazdy nazywano Bożym światłem i ozdobą nieba. Wykorzystywano je do przepowiadania przyszłości, zwiastowały niezwykłe wydarzenia, były otoczone nabożnym lękiem, podziwem i szacunkiem. W tradycji słowiańskiej uważano je za światło niebieskie – lampki lub pochodnie aniołów lub latarnie Pana Boga. Twierdzono też, że gwiazdy są otworami w niebie przez które mieszkańcy Ziemi mogą oglądać rajską światłość. Wierzono również, że są odpowiednikami dusz ludzi zbawionych, a także stanowią światło ludzkiego życia. Każdy człowiek miał swoją gwiazdę. W chwili narodzin anioł zapalał ją na niebie, a w momencie śmierci spadała z nieboskłonu. Najjaśniejszym światłem świeciły gwiazdy ludzi prawych, żyjących zgodnie z przykazaniami bożymi. Na widok spadającej gwiazdy w wielu regionach Polski wypowiadano trzykrotnie: Nie moja, by odwrócić od siebie zły los. Wierzono także, że gdy człowiek wyjątkowo bogobojny i szlachetny widząc spadające ciało niebieskie wypowie życzenie, ma dużą szansę na jego rychłe spełnienie. Spadające gwiazdy były zapowiedzią nieszczęść, kataklizmów, wojen i śmierci. Obserwując gwiazdy można było przepowiedzieć pogodę, przyszłe plony, ilość mleka, jaj i grzybów. Gwiazda jasno świecąca nad domem zwiastowała szczęście domownikom, a dla panny na wydaniu oznaczała rychłe zamążpójście.

Gwiazdom i zespołom gwiazd nadawano różnego rodzaju określenia, bardzo często zaczerpnięte z Ewangelii. Mleczna Droga była nazywana Drogą Matki Bożej, Drogą Świętych, Drogą Umarłych, Drogą do Betlejem czy Drogą do Jeruzalem. Wiele z nich symbolizowało Najświętszą Maryję Pannę. Szczególne miejsce w ludowych wyobrażeniach o gwiazdach zajmowała Gwiazda Betlejemska zapowiadająca narodziny Jezusa Chrystusa. Uważano, że powstała ona w chwili Zwiastowania, ale była niewidoczna dla mieszkańców Ziemi, aż do chwili narodzin Zbawiciela. Dzięki niej Trzej Królowie i pasterze znaleźli drogę do groty Narodzenia. Wyobrażano ją sobie jako dużą gwiazdę o pulsującym świetle i „ogonie” jak u komety. Wierzono, że będzie zwiastunką końca świata, a jej ponowne pojawienie się na nieboskłonie będzie znakiem wzywającym wszystkich na Sąd Boży. Gwiazda Betlejemska była postrzegana jako rodzaj drogowskazu, szczególnie w kolędach i pastorałkach. Do dnia dzisiejszego kojarzy sięze świętami Bożego Narodzenia, a w noc Wigilią zapowiada przybycie Świętego Mikołaja. Od niepamiętnych czasów wyklejana z papieru kolorowa gwiazda jest głównym rekwizytem odwiedzających nasze domy kolędników.


 

Żródła:

  1. Brzozowska-Krajka A.: ,Symbolika dobowego cyklu powszedniego w polskim folklorze tradycyjnym, Lublin: Wydaw. UMCS, 1994.
  2. Janicka-Krzywda U.: Zwyczaje, tradycje, obrzędy. Kraków: Wydawnictwo WAM – Księża Jezuici, 2013.
  3. Kowalski P.: Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie. Warszawa: Wydaw. Nauk. PWN, 2007.
  4. Kłosiewicz S..:  Przyroda w polskiej tradycji. Warszawa:   Sport i Turystyka – Muza SA,   2011.
  5. Wójtowicz M.: Etnografia Lubelszczyzny – ludowe wierzenia o wietrze. Dokument dostępny w Word Wide Web: http://teatrnn.pl/
Planety i żywioły – ich znaczenie w dawnej tradycji i obrzędowości ludowej