Noc świętojańska i ścinanie kani na Kaszubach

Autor: Andrzej Busler. Znalezione na: http://www.kaszubi.pl/o/gdynia/artykulmenu?id=529


Od wieków czas przesilenia letniego jest postrzegany jako okres wyjątkowy, czasem wręcz magiczny. Do dziś obfituje on w różnego typu obrzędy i zwyczaje. Tak było i jest  na Kaszubach. Znajdziemy tutaj całe bogactwo wspomnianych zwyczajów.

Podobnie jak w przypadku innych charakterystycznych dat w kalendarzu, aby w pełni zrozumieć istotę obrzędów świętojańskich, warto cofnąć się czasów przedchrześcijańskich. Sięgając do dawnych korzeni tego święta możemy zauważyć, że od wieków łączyło się ono z kultem słońca, ognia i wody. To także dzień wyjątkowo hucznej zabawy i rozpusty. U naszych słowiańskich przodków istniał pogląd, że podczas nocy świętojańskiej każdy ma wręcz obowiązek upicia się do nieprzytomności, aby doznać tchnienia boskiego. Noc sobótkowa w zamierzchłych czasach nie była z pewnością lekcją dobrych obyczajów. Porównując współczesne zwyczaje kultywowane tego dnia możemy zauważyć, że mają one zdecydowanie łagodniejszy przebieg niż w dawnych czasach. Część pogańskich obrzędów nocy świętojańskiej przetrwała do dziś, jednak sporo z biegiem lat uległo schrystianizowaniu. Kościół katolicki związał ten dzień ze św. Janem, który jako chrzciciel Chrystusa jest niejako mocno związany z kultem wody.

Czarownice i demony

Według wierzeń kaszubskich noc świętojańska to czas niezwykły. W tym okresie szczególną władzę mają demony i czarownice, które spotykają się na najważniejszym w roku sabacie. Panował pogląd, że w tym dniu czarownice mają prawo wejścia po zachodzie słońca do domostw. Gdy tak się stało, na domowników mogły spaść nieszczęścia w postaci chorób, śmierci itp. Dlatego też istniał zwyczaj mający ochronić ludzi i zwierzęta przed następstwami działań sił ciemności. Polegał on na wieszaniu gałązek klonu nad wejściem do domów, w ich oknach, na rybackich łodziach, a także w celu ochrony pszczół ‒ na ulach. Owoce klonu zagrzebywano również przed progami drzwi. Skąd taki zwyczaj? Wierzono, że wymieniona roślina posiada siłę odstraszającą złe moce. Istniało powiedzenie – klón òdgóniô złé duchë (klon odgania złe duchy).

Podczas nocy sobótkowej na szczególnie groźne działanie demonów było narażone bydło. Według wierzeń, czarownice i demony usiłują w tym czasie odebrać zwierzętom mleko. Aby ochronić zwierzęta stosowano różne zabiegi. Jednym z nich było kreślenie krzyży na drzwiach obór. Podobne znaki pasterze kreślili święconą kredą pomiędzy rogami bydła. Także święconą kredą znaczono magiczne koła na łbach zwierząt. Obrysowano nią również wymiona, na których stawiano znak krzyża. Wszystkie te zabiegi miały chronić bydło przed demonami, a także przyczynić się do zdrowia i mleczności krów. Innym sposobem było podawanie w pożywieniu niewielkiej ilości dziegciu mającego dać zwierzętom ochronę przed czarami.

Dobro i zło

Śledząc obrzędy nocy świętojańskiej możemy zauważyć, że według Kaszubów ten czas od dawna postrzegany był, jako szczególny termin walki dobra i zła. Ślad tego znajdziemy w literaturze kaszubskiej.

W utworze Pawła Szefki – Sobótka, pochodzącym z 1958 roku czytamy takie słowa:

to je noc, gdze dzéń z nocą sã mòcëją, gdze złó z dobrym, łża z prôwdą i łaska z grzéchem wiélgą òdbywają bitwã (to jest noc, gdzie dzień z nocą się mocują, gdzie zło z dobrym, gdzie kłamstwo z prawdą i łaska z grzechem wielką odbywają bitwę).

Jak w naszym życiu ‒ dobro nie zawsze triumfuje nad złem. O walce dobra i zła podczas nocy świętojańskiej możemy przeczytać również w arcydziele literatury kaszubskiej Życie i przygody Remusa, autorstwa Aleksandra Majkowskiego. Jego główny bohater ‒ Remus toczy w tym czasie decydującą bitwę ze złem, którą z powodu braku wiary przegrywa.

Doskonale znanym zwyczajem, praktykowanym w wielu regionach Polski, jest zbieranie tego dnia przez kobiety ziół leczniczych. Według wierzeń zioła mają tego dnia najsilniejsze działanie.

Częstą czynnością wykonywaną tradycyjnie w popołudnie poprzedzające noc świętojańską było czyszczenie studni, a także sianokosy – na Jana zabierz sã do sana (na Jana zabierz się do siana).

Kwiat paproci i inne zjawiska

Nieodłącznym i bardzo znanym symbolem, związanym z nocą świętojańską jest kwiat paproci, który według wierzeń ludowych kwitnie o północy. Wiele niewiast stara się go znaleźć. Może to jednak uczynić, kobieta rozebrana do naga. Sprawę kwiatu paproci rozstrzygnął w swym wielotomowym Słowniku Gwar Kaszubskichna tle kultury ludowej – ks. dr Bernard Sychta, który pisał, że za gołymi kobietami zawsze gonią parobcy i być może, dlatego jeszcze nikomu nie udało się znaleźć i zerwać kwiatu paproci.

Tego dnia dziwne przypadki mogą nas spotkać na rozstajnych drogach. Według starych podań możemy dowiedzieć się, że rozstawiano tam brony powiązane nicią konopną, ustawione kolcami do góry. Spieszące na sabat czarownice, jadące okrakiem na miotłach musiały przesunąć się po wspomnianych gwoździach.

Sobótczi – Swiãti odziń (Sobótki – Święty ogień)

Doskonale znanym zwyczajem kultywowanym w wielu miejscach Polski jest palenie sobótkowych ognisk (sobótczi). Sobótkowe ogniska zwano świętym ogniem lub świętym światłem. Według wierzeń, święty ogień ma moc niszczenia niewidzialnych sił ciemności. Dlatego oprócz samej zabawy, dawne ogniska sobótkowe miały na celu odstraszenie demonów od obsianych pól. Dziś pali się je w różnych miejscach, dawniej czyniono to na najwyższych pagórkach w każdej miejscowości. Obecnie sobótkowe ogniska w większym stopniu skupiają młodzież, w czasach naszych przodków, ludność całych wsi. Dawniej sygnałem do zapalenia świętego ognia był hejnał bazun. Sam moment zapalania ognia miał uroczysty charakter, czynił to zazwyczaj senior danej społeczności wykorzystując zeszłoroczną sobótkową głownię. Sobótka była czasem pojednania, publicznie wyznawano swoje winy, oczekując przebaczenia od skrzywdzonych. Czasem jednak zdarzało się, iż podczas nocy świętojańskiej publicznie wykluczano winowajcę ze społeczności. Takie praktyki, stosowano w stosunku do tych, którzy nie chcieli stanąć przed sobótkowym sądem. Po wspomnianej, uroczystej części następowała zabawa wokół sobótkowego ognia trwająca wiele godzin. Na koniec, gdy ogień wygasał, młode pary trzykrotnie przeskakiwały nad ogniskiem w celu oczyszczenia z wszelkiego zła. Jeśli taka sztuka nie udawała się, był to znak, że w domu takiej osoby jest obecna czarownica. Wierzono, że sobótkowy ogień ma działanie oczyszczające. Dlatego też resztki spalonego drewna zabierano do domów, gdzie następnego dnia palono nimi w kominku.

W południowej części Kaszub na wody jezior puszczano kawałki żarzącego się drewna. Święty ogień umieszczano także na drucianych siatkach, które zawieszano wysoko na łodziach. Do ognia wkładano wianek ziołowy poświęcony w oktawę Bożego Ciała. Czyniono tak z myślą o dobrych połowach. W miejscowościach gdzie były jeziora, świętojański ogień puszczano tylko na wodę. Nie zapalano go na wzgórzach. Rozniecał go najstarszy rybak w asyście swych młodszych kolegów.

Na północnych Kaszubach istniał wśród rybaków zwyczaj palenia ognia na płyciznach w okolicy brzegu. W zależności kierunku wiatru czyniono to na Wiôldzim Mòrzu (Morzu Bałtyckim) lub Môłim Mòrzu (Zatoce Puckiej). Każda maszoperia mocowała na długich drągach beczki wypełnione smołą, naftą i drewnem. Aby wystraszyć czarownice strzelano do wspomnianych palących się beczek. Na brzegu w tym czasie królowały śpiewy i tańce, które trwały do momentu zgaśnięcia ognia. Zabawę przenoszono następnie do sali, gdzie trwała zazwyczaj do rana.

W Helu i Karwi na morze puszczano wianki. Jeśli pozwalała na to pogoda na wodę wypływano łodziami z muzyką i lampionami. Dobry obyczaj nakazywał, aby każda rybacka dziewczyna udała się w tym czasie na zabawę. Tego wieczora młodzi łączyli się często w pary.

Pisząc o sobótkowych ogniskach należy wspomnieć o jeszcze jednym zwyczaju praktykowanym głównie na południu Kaszub tzw. paleniu czarownic, mającym charakter widowiska. Kulminacyjnym punktem tego spektaklu jest oczywiście spalenie kukły czarownicy na lądzie lub na wodzie.

Noc świętojańska to także czas wróżb głównie dla młodych panien. Popularnym zwyczajem jest puszczanie wianków na wodę tzw. wianki. Jeśli wianek przepłynie i złapie go kawaler jest to wróżba szybkiego zamążpójścia.

Scynanie kani (Ścinanie kani)

Kania to dość rzadko występujący ptak drapieżny z rodziny sokołów. W przysłowiach kaszubskich zapowiadał często pojawienie się suszy – pragnie jak kania deszczu; wzdicha jak kania za deszczã (pragnie jak kania deszczu; wzdycha jak kania za deszczem). Nie jest to charakterystyczne wyłącznie dla Kaszub. Podobne wierzenia funkcjonowały na Ukrainie. Prawdopodobnie wzięło się od charakterystycznego głosu wydawanego przez kanię w locie. Kaszubom nasuwało to skojarzenie – pjic, pjic (pić, pić). Być może w tym stwierdzeniu tkwią korzenie charakterystycznego obrzędu kultywowanego do dziś na Kaszubach ‒ obrzędu scynania kani (ścinania kani). Ksiądz dr Bernard Sychta podaje jeszcze inną wersję dotyczącą korzeni tego zwyczaju w postaci legendy. Według tego podania w dawnych czasach, kaszubską ziemię dotknęła szczególnie silna susza, powodując wyparowanie jezior i rzek. Wówczas Stwórca litując nad umierającym z pragnienia ptactwem zalecił kopać studnie. Kiedy wszystkie ptaki zabrały się do pracy, jedna tylko kania w obawie o zabrudzenie nóg odmówiła pracy. Spotkała ją za ten czyn zasłużona kara. Od tego czasu kania ma prawo pić krople wody wyłącznie ze szczelin kamieni. Na północnych Kaszubach twierdzono, że ukarany ptak do dziś może pić wodę tylko z morza. Z tych stron pochodzi także opowiadanie łączące kanię z postacią kobiety. Według wspomnianego podania, gdy Chrystus wędrował ze św. Piotrem po ziemi, wstąpił do jednego z domostw, aby napić się wody. Chciwa kobieta pożałowała spragnionemu Jezusowi szklanki wody, za co została przemieniona w kanię. Do dziś można usłyszeć wołanie tego ptaka – pić, pić! Inne podania ludowe mówią o tym, że kania żyła kiedyś pod postacią czarownicy.

Mit znajduje odzwierciedlenie w używanych do dziś porzekadłach – pije wòdã jak kania (pije wodę jak kania). Obrzęd ścinania kani odprawiany w wigilię nocy świętojańskiej zwany jest również ‒ traceniem kani. Jest on odprawiany w postaci widowiska. Jego treścią jest oskarżenie, osądzenie i ukaranie kukły kani, która według wierzeń kaszubskich jest winny wszelkiemu złu. W tekście oskarżenia możemy usłyszeć wiele zarzutów. Oczywiście wszystkiemu zawsze winna jest kania. Stałymi postaciami tego widowiska są szôłtës (sołtys), przësãżni (przysięgli), kat, lesny (leśniczy), rakôrz i pachołek. Spektakl skupiał dawniej mieszkańców całych wsi. Odbywał się na dużym placu. W jego centralnej części na długim palu osadzano sądzoną kanię. Następnie odczytywano długą listę win kani. Przestrzegano także, że złych ludzi czeka w przyszłości podobna sprawiedliwość, po czym kat ścinał znienawidzonemu stworzeniu głowę. Następnie zakopywano kukłę w przygotowanym wcześniej dole. W dawnych czasach zamiast kukły kani ścinano żywego ptaka, a w późniejszym czasie nieżywą kurę.

We Władysławowie we wspomnianym widowisku udział brał jedynie kat, ścinając symboliczny czerwony kwiat, zatknięty na słupie, wznosząc okrzyk – Jak ta szabla sã swiécy, tak té kanje głowa zlecy! (Jak ta szabla się świeci, tak tej kani głowa zleci!)

Do dziś nie wyjaśniono ostatecznie istoty widowiska. Być może to swoista obrona i zrzucenie swych win na sądzoną kukłę. Istnieje przysłowie – wëbrojił, a terô sã bòji jak kania na swiãtégò Jana (broił, a teraz się boi jak kania na świętego Jana).Profesor Tadeusz Linkner podaje dwie hipotezy odnoszące się niniejszego zagadnienia. Według pierwszej, obrzęd miał pełnić funkcję dydaktyczno-moralizatorską. Według drugiej, być może został zainicjowany przez duchownych krzewiących nową wiarę lub stworzony przez lud pogański porzucający swe dawne tradycje.

Obrzęd ścinania kani znalazł swe stałe miejsce w literaturze kaszubsko-pomorskiej. Pisali o nim Florian Ceynowa, Jan Karnowski, Bolesław Fac, Jan Piepka, Marta Bystroń, Jan Rompski, Paweł Szefka i Jan Patock.

Poniżej wiersz Bolesława Faca nawiązujący do ścinania kani.

Stary sposób na kanię 

Kania – milvus ptak z sokoła
Ptak drapieżny z dziobem zgiętym
Na bezchmurnym niebie woła
Tocząc swe pragnienia pieśni

A jej susza
skrzydła rusza
A jej śpiew ‒
w lesie śmierć

Siada kania w swym strapieniu
Szuka wody na kamieniu
Na kamieniu suchym siada ‒
Mocna sieć na skrzydła spada

Bo jej pazur
ptaki raził
Święty Janie!
Zetną kanię

Pasterz – królem, pasterz – sędzią
Pasterz katem wnet tu będzie
kania żywa
kania z gliny-
Cieszą się na sąd dziewczyny

Tak więc z króla nakazu
Pasterz ją sądzi z odrazą
Kat już ścina mak czerwony
Lub piwonię z gwoździa brony
O, jak krwawo świeci szabla
kiedy głowa kani spadła!
A przy drzewie świeżo ściętym
kwitnie paproć w noc dziewczętom.

Obrzęd ścinania kani nie jest tak powszechnie kultywowany jak dawniej, ale możemy go spotkać w różnych częściach Kaszub. Widowisko jest od wielu lat przypominane w noc świętojańską przez Klub Studencki „Pomorania” w checzy w Łączyńskiej Hucie. W Gdyni w 2008 roku po wielu latach powróciło do tej tradycji Koło Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Wielkim Kacku.

Udając się na tegoroczne sobótki warto pomyśleć przez chwilę o dawnej tradycji naszych przodków. Porównajmy również obrzędy świętojańskie funkcjonujące w innych regionach Polski, a także poza jej granicami. Regionalne tradycje są ogromnym bogactwem kulturowym, które obecnie w świecie popkultury mogą być swoistym mechanizmem obronnym społeczeństwa. Być może nie będzie odkrywcze, ale z pewnością prawdziwe stwierdzenie, że świat będzie ciekawy jeśli będzie różnorodny.

Reklamy
Noc świętojańska i ścinanie kani na Kaszubach

Jastrë czyli kaszubskie Święta Wielkanocne

Autor: Andrzej Busler. Znalezione na: http://www.kaszubi.pl/o/gdynia/artykulmenu?id=495


Podobnie jak w przypadku Świąt  Bożego Narodzenia, możemy w obrzędach Wielkanocnych, zauważyć łączenie starosłowiańskich wierzeń z chrześcijańską praktyką. Aby w pełni przekazać atmosferę i symbolikę opisywanych Świąt niezbędnym jest rozpocząć niniejszy opis od okresu poprzedzającego ich nadejście. Tak jak Boże Narodzenie poprzedza Adwent, tak w Jastrë (Wielkanoc) wprowadza nas Wiôldżi Pòst (Wielki Post).

Wiôldżi Pòst (Wielki Post)

Analogicznie jak w całej Polsce, na Kaszubach Wielki Post rozpoczyna Pòpielcowô Strzoda (Popielcowa Środa). Do dziś chrześcijanie wzbraniają się w tym dniu od spożywania potraw mięsnych. Należy jednak zauważyć, że dawniej wymieniony post był przestrzegany w sposób o wiele bardziej rygorystyczny. Wierzono, że w noc poprzedzającą Środę Popielcową diabeł zwany z kaszubska – purtkiem, pojawia się w karczmie i przegania batem tych, którzy jeszcze tańczą. W Popielec chowano na okres całego Wielkiego Postu wszystkie instrumenty muzyczne.

Na Kaszubach południowych we wtorkowy wieczór, poprzedzający Popielec, kobiety piekły pieczywo zwane pòpjelnikiem. Pieczywo było sporządzane z resztek ciasta po pączkach zapustnych.

Przez cały okres Wielkiego Postu, bardzo rygorystycznie przestrzegano niespożywania potraw mięsnych. Gospodynie dokładnie myły, szorowały wszystkie naczynia, w których niedawno pieczono, smażono mięso na zapusty. Wszystkie rondle, patelnie były chowane, aż do Świąt Wielkanocnych.

Główne pożywienie postne stanowiły suszone owoce, z których sporządzano zupy owocowe tzw. brzad, ponadto bardzo popularny żur, krupy jęczmienne, ziemniaki podawane najczęściej z zsiadłym mlekiem lub maślanką, ryby (głównie śledź, nazywany żartobliwie postnikiem), woda solona ze śledzi tzw. sledzówka, która była stosowana do omasty. Unikano spożywania jaj i masła.

Ważnym punktem Wielkiego Postu był dzień św. Grzegorza przypadający na 12 marca. W tym dniu młodzież topiła w rzekach, jeziorach słomianą kukłę, będącą symbolem zimy. Zauważamy tutaj podobieństwo do stosowanego do dziś zwyczaju topienia marzanny w pierwszy dzień wiosny w większości regionów Polski.

Dzień św. Grzegorza miał duże znaczenie dla kaszubskich rybaków z Nordy. W jego czasie następowała uroczysta inauguracja sezonu łososiowego. Przed pierwszymi połowami o wschodzie słońca dokonywano na brzegu poświęcenia niewodu. Odbywało się to bez udziału kobiet. Pierwsze zarzucenie sieci dokonywał szyper wraz ze swymi pomocnikami. Wierzono, że obfitość połowu, uzyska się dzięki zabraniu na morze niewielkiej ilości piasku zabarwionej krwią łososia.

Dla kaszubskich rolników ważnym terminem w Wielkim Poście był dzień św. Józefa – 19 marca, kiedy to gospodarze rozpoczynali orkę. Czyniono to symbolicznie nawet przy niesprzyjającej pogodzie.

W tym dniu kaszubscy pszczelarze zaglądali do uli, szczególnie starannie je oczyszczając. Panował pogląd, że to szczególny dzień do wypraszania przez kobiety zamążpójścia – na swiãtégò Jopa gdowë i dzéwczãta proszą ò dobrégò chłopa (Na świętego Józefa wdowy i dziewczęta proszą o dobrego mężczyznę).

Czas Wielkiego Postu to okres, w którym przyroda budzi się do życia. Według dawnej tradycji za przełomowy dla wiosennej wegetacji uznawano dzień św. Marii, przypadający 25 marca, zwany strumiannym lub roztwórnym. Zwyczajowo tego dnia kaszubscy rolnicy zapoczątkowywali siew. Czasami ze względu na złą pogodę miało to znaczenie wyłącznie symboliczne.

Wiôldżi tidzéń

Wielki tydzień to najważniejszy czas Wielkiego Postu. Rozpoczyna go Niedzela Palmowô (Niedziela Palmowa), będąca pamiątką po triumfalnym powitaniu Chrystusa w Jerozolimie. W ówczesnych czasach, z dala od kaszubskiej ziemi, witano Jezusa palmowymi liśćmi.

Na Kaszubach oraz w wielu innych miejscach w Polsce na pamiątkę tego zdarzenia do dziś, palmy zastępowane są gałązkami kwitnącej wierzbiny i gałązkami bukszpanu. Stąd inne nazwy określające Niedzielę Palmową tj. Niedzela Kwietnô (Niedziela Kwietna) lub Niedzela Wierzbnô (Niedziela Wierzbna).

Dawnym zwyczajem było niegdyś odwiedzanie tego dnia przez kaszubskich gospodarzy swych sąsiadów i lekkie uderzanie rózgą palmową wraz ze słowami:wierzba bije, jô nie bije. Za tidzéń wiôldżi dzéń, za nocë trzë i trzë są Jastrë (wierzba bije, ja nie biję. Za tydzień wielki dzień, za noce trzy i trzy jest Wielkanoc).

Poświęcone wiązki wierzbinowych witek zwane palmami przez długi czas zdobią wejścia do domostw, stajni. Zawieszane są nawet nad pszczelimi ulami. Służą one do wypędzania bydła na pierwszy wiosenny wypas. Według wierzeń młode pędy wierzbiny mają zapewnić zdrowie i żywotność. W pradawnych zwyczajach przypisuje się im moc magiczną, ochronną i leczniczą. Podczas burzy spalano ukwiecone witki, wierząc że jak daleko sięga ich dym, piorun nie ma tam dostępu. Posiekane lub sproszkowane bazie mieszano także z ziarnem siewnym w celu uzyskania dobrych plonów.

Wiôldżi Czwiôrtk

W religii chrześcijańskiej Wielki Czwartek to początek Triduum Paschalnego, obejmującego czwartek, piątek i sobotę Wielkiego Tygodnia.

Wierzono, że Wielki Tydzień to najlepszy czas dla wczesnych siewów, sadzenia kwiatów oraz młodych drzewek. Szczególnie dobrym dniem do tego typu czynności jest Wiôldżi Czwiôrtk (Wielki Czwartek). W tym dniu rozpoczynano barwienie wielkanocnych jajek. Używano do tego procesu barwników roślinnych – cykorii, łupin cebuli, kory dębowej, olchowej, brzozowej. Dawniej  nie znano pisanek, jajka barwiono na jednolity kolor.

Wiôldzi Piątk – Płaczëbóg (Wielki Piątek – Płaczebóg)

Dzień ukrzyżowania Jezusa, określany jest na Kaszubach bardzo często terminem Płaczëbóg.

Tego dnia kaszubskie gospodynie wczesnym rankiem smagają domowników gałązkami agrestu lub jałowca. Zwyczaj ten zwany jest Bòżé Ranë (Boże Rany). W niektórych częściach Kaszub rozpoczynany jest już w Wielki Czwartek.

W Wielki Piątek przestrzega się ścisłego postu, dawniej tego dnia spożywano jedynie chleb i wodę  oraz nieomaszczone ziemniaki. Kończono świąteczne porządki, przed wschodem słońca zamiatano izby wyrzucając śmieci na podwórze, grunt lub granicę sąsiada. Miało to uwolnić od pcheł i robactwa. Zwyczaj ten znany był dawniej na całym Pomorzu oraz w wielu innych regionach Polski.

Wieczorem obmywano się w jeziorze, rzekach wierząc że takowa kąpiel uwolni od chorób oczu i skóry. Taka rytualna czynność miała znaczenie oczyszczające.

Do dzisiaj we wszystkich polskich kościołach w Wielki Piątek milkną dzwony kościelne, które zabiją dopiero w Wielkanoc dając znak, że Chrystus zmartwychwstał. W dawnych czasach na Kaszubach, wieczorem w Wielki Piątek grupy chłopców rozpoczynały dawny zwyczaj, polegający na chodzeniu po całej miejscowości i hałasowaniu klekotkami, terkotkami itp. Czyniono tak również w Wielką Sobotę. Wspomniany hałas miał przypominać o żałobie po śmierci Jezusa.

Kaszubscy gospodarze bacznie obserwowali tego dnia pogodę. Deszcz wróżył mokre lato, natomiast słońce zapowiadało upalne miesiące letnie.

Tak jak w całej Polsce, na Kaszubach tego dnia odbywają się szczególnie licznie odwiedzane przez wiernych Drogi Krzyżowe. Bardzo znanym miejscem jest Kalwaria Wejherowska, po której stacjach w Wielki Piątek, pielgrzymują tysiące osób. Ze względu na piękną, zabytkową Kalwarię Wejherowską, miasto to jest często zwane kaszubską Jerozolimą. W Gdyni przez cały okres Wielkiego Postu kaszubskie Drogi Krzyżowe są od wielu lat odprawiane w parafii Św. Wawrzyńca na Wielkim Kacku.

Wiôlgô Sobòta (Wielka Sobota)

W Wielką Sobotę ważnym punktem dnia było święcenie ognia. Żarzące węgielki były zanoszone do domostw i tam rozpalano z nich wygaszony wcześniej ogień. Był to prastary obrzęd magicznego oczyszczenia ogniska. Wymienione węgielki służyły także do kreślenia krzyży na drzwiach domostw i stajni. Zwyczaj ten miał uchronić przed złymi demonami. W podobnym celu przybijano do drzwi kolące ciernie.

Na południowych Kaszubach rankiem palono tego dnia ognisko na cmentarzach. Popiół rozrzucano po polach wierząc, że uchroni przyszłe plony przed gradobiciem.

Na północy Pomorza, Słowińcy palili ogniska w porze wieczornej.

Tak jak wspomniano wcześniej, w postnym menu bardzo popularną potrawą był żur. Przyglądając się dawnym zwyczajom Kaszubów, można podejrzewać, że była to potrawa spożywana wyjątkowo często w czasie Wielkiego Postu. W niektórych częściach Kaszub funkcjonował zwyczaj tzw. tracenia żuru. Istniało powiedzenie –wnet bãdą Jastrë, wëlejemë żur (wnet będzie Wielkanoc, wylejemy żur). Gromady chłopców chodziły po wsi od chaty do chaty recytując układankę o kończącym się panowaniu żuru. Na koniec obrzędu, rozbijano garnek z żurem.

Jastrë (Wielkanoc)

Skąd wzięło się określenie Jastrë? Naukowcy upatrują pochodzenia tej nazwy w różnych źródłach. Niektórzy z nich cofają się do czasów pogańskich wywodząc wymienioną nazwę od bożka czczonego w dawnych czasach przez Słowian, zwanego Jastrzebóg, Jutroboh lub Jutrzejbog. W tym samym czasie Anglosaksoni, na początku wiosny czcili boginię światła zwaną Eostra (Ostara) i zwali wiosenny miesiąc kwiecień – Ostarmenoth (Ostermonat). Stąd pochodzi niemiecka nazwa Ostern na określenie chrześcijańskiej Wielkanocy. Znany językoznawca prof. Jerzy Treder wspomina w swych pracach naukowych, że nazwa jaster pierwotne oznaczała tyle co świetlisty, jasny. Według prof. Tredera właśnie od podstawy jaster pochodzi nazwa wiosennego święta. Wiosna to przecież czas, kiedy dzień staje się coraz dłuższy, a więc noc ustępuję miejsca jasności dnia. Patrząc z punktu religii chrześcijańskiej Jastrë to także czas, kiedy poprzez zmartwychwstanie Jezusa następuję zwycięstwo światła nad mrokiem.

Wierzono, że w jastrową noc, o północy szczególnych właściwości nabiera woda, która ma taką moc do wschodu słońca. O północy lub wczesnym rankiem przynoszono wodę do domostw. Zdarzało się, że w jastrową noc wodę podawano koniom, bydłu, wierząc w jej ochronne działanie. Niektórzy gospodarze pędzili także w tym czasie bydło nad strumienie, aby zwierzęta spożywając wodę zyskały odporność na różnego typu choroby na cały rok.

Przed wschodem słońca, przed rezurekcyjną mszą często zażywano oczyszczającej kąpieli rzekach i strumieniach wierząc w cudowne działanie jastrowej wody.

W jastrową noc w niektórych kaszubskich miejscowościach charakterystycznym zwyczajem było tzw. bãmblowanié (bemblowanie – bębnienie). Po wsi chodził bębniarz, który bijąc w bęben budził mieszkańców, by spieszyli na jutrznię czyli nabożeństwo nocne. Dziś zwyczaj ten kojarzony jest głównie z północnymi Kaszubami, a w szczególności z Jastarnią. W ostatnich latach zwyczaj ten był kultywowany właśnie w tym mieście. Poranne bicie w bęben obwieszcza mieszkańcom Jastarni zmartwychwstanie Pana, jest także swoistym zaproszeniem na mszę rezurekcyjną. Korzenie tego zwyczaju znajdziemy w historii dawnych klasztorów franciszkańskich, które wymieniony zwyczaj przyniosły z Ziemi Świętej.

Rankiem składano życzenia nie tylko w rodzinach, ale także sąsiadom, obdarowując się barwionymi jajkami.

Post był przestrzegany do południa. Podczas wielkanocnego śniadania spożywano prażnicę (jajecznicę na słoninie), ryby, śliwki z kluskami. Świąteczne, bardzo obfite śniadanie było dawniej przeciągane na Pomorzu do popołudnia. Obiadu tego dnia zazwyczaj nie przygotowywano.

Zwyczaj święcenia pożywienia był praktykowany przez bogatych gburów i szlachtę. Pojawił się on  na ziemiach polskich w XV wieku. Na Pomorzu powszechnie znany stał się po I wojnie światowej. Wcześniej w wielu kaszubskich rodzinach funkcjonował zwyczaj święcenia pokarmu przed rozpoczęciem wielkanocnego śniadania przez najstarszego mężczyznę. W bogatszych domach pomorskich, pokarmy były święcone na miejscu w Wielką Sobotę przez odwiedzającego kapłana.  Dziś w wielkanocnych święconkach znajdziemy ogromną różnorodność różnego typu pokarmów. Dawniej święconki były o wiele bardziej proste. W ogólnopolskiej tradycji istniała tradycja siedmiu błogosławionych darów. Każdy ze święconych pokarmów miał inną symbolikę związaną z ludową i chrześcijańską tradycją:

  • chleb: podstawowy pokarm człowieka, symbol dobrobytu i pomyślności. W tradycji chrześcijańskiej symbol Ciała Chrystusa
  • jajko: symbol odradzającego się życia
  • sól: życiodajny minerał, posiadający moc odstraszania zła. Symbol oczyszczenia oraz prawdy.
  • wędlina: ma zapewnić zdrowie i płodność oraz dostatek
  • ser: symbol więzi między człowiekiem a siłami przyrody, symbol dobrego rozwoju stada zwierząt domowych
  • chrzan: ludowy symbol siły i fizycznej krzepy
  • ciasto: symbol umiejętności i doskonałości

W niedzielny wieczór dość często na Kaszubach odbywały się tzw. zmówinë zwane inaczej zrãkowinë. Było to spotkanie rodziców przyszłej młodej pary, dotyczące posagu panny młodej. W Jastrową Niedzielę bardzo często wyprawiało się huczne wesela.

Wśród Kaszubów panuje przekonanie, wypływające ze zwyczajów chrześcijańskiej wiary w świętych obcowanie oraz prasłowiańskich wierzeń, że w takim czasie jak Wielkanoc następuję zbliżenie dwóch światów – naszego świata doczesnego, realnego i świata pozaziemskiego.

Jastrowi Poniedzôłk – Dëgus (Wielkanocny Poniedziałek)

Powszechnie znany zwyczaj ogólnopolski to polewanie wodą dziewczyn i kobiet. Na Kaszubach był on praktykowany jedynie w niektórych miejscach na północy oraz w południowo-wschodniej części. Bardziej znany w całym regionie stał się dopiero po I wojnie światowej. Symbolika tego obrzędu polega na pobudzeniu sił twórczych i płodności.

Zdecydowanie częściej kultywowany był zupełnie inny obrzęd. Pradawny zwyczaj polega na tym, iż chłopcy i mężczyźni chłoszczą lekko rózgami zazielenionej brzeziny lub jałowca dziewczęta oraz kobiety po nogach, rękach. Stosowano różne podstępy, aby zaskoczyć śpiące kobiety. Wbrew pozorom płeć żeńska, nie unikała zbytnio spotkania z dëgownikami. Funkcjonuje pogląd, iż bardziej chłostana niewiasta będzie cieszyła się w najbliższym roku większym powodzeniem u mężczyzn. Korzenie tego obrzędu tkwią w tajemnicy wiecznego odradzania się sił przyrody. Smaganie gałązkami to także przekazanie ludziom siły żywotnej zawartej w młodych roślinach.

Dëgownice składają często życzenia domownikom otrzymując barwione jajka, placki czasem także niewielkie datki pieniężne wręczane przez kobiety i dziewczęta. Wymienione zwyczaje znane są także w niektórych częściach Wielkopolski i Mazowsza.

Jastrë czyli kaszubskie Święta Wielkanocne

O symbolice chleba w tradycji ludowej

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl


O zlepku żytni! Okruszyno marna! Jakże twe dzieje ciekawe dla człeka!
Z twoimi losy jak ścisłe się splata i jasny pałac, i chruściana chata!

Ludwik Kondratowicz

Chleb, którego postaci jest tak wiele, spożywamy kilka razy dziennie. Podświadomie starając się, aby się nie zmarnował, aby nie upadł na ziemię, aby nie został wyrzucony na śmietnik, aby nie wbijać w niego noża przed nakreśleniem na nim znaku krzyża …. Szacunek dla chleba jest częścią naszego dziedzictwa kulturowego, oparty na symbolice, zwyczajach i obrzędach. Mogłoby się zdawać, że nieistotny szczegół – chleb – odbija cały światopogląd ludowy. Światopogląd ten nigdy nie został sformułowany; wyrażało go samo życie. Przejawiał się w odziedziczonym po przodkach systemie wartości, obrzędach, wierzeniach, magii; przejawiał się niejako na co dzień – w pieśniach, legendach i opowieściach, w sposobie postrzegania zjawisk naturalnych, wykonywania zwykłych zajęć, w odpoczynku…

W polskiej i słowiańskiej tradycji kulturowej chleb był symbolem pożywienia, a także dostatku i pomyślności. Nie zawsze bowiem i nie dla wszystkich był pożywieniem podstawowym i codziennym. W biedniejszych częściach kraju, jeszcze w I połowie XX w. pojawiał się w domu jedynie w większe święta.

Chleb miał duże znaczenie w całym roku obrzędowym. We wszystkich uroczystościach związanych ze świętami chleb odgrywał istotną rolę. Na przykład podczas świąt Bożego Narodzenia na wigilijnym stole chleb zawsze zajmował miejsce najważniejsze.  Pieczono parę rodzajów chleba: chleby zwykłe i trochę lepsze, podobne do dzisiejszych ciast, strucle a także drobne bułeczki pieczone dla kolędników i dzieci. Pieczenie odbywało się w Wigilię Bożego Narodzenia lub poprzedniego dnia. Z wigilijnym pieczeniem chleba związany jest jeden ciekawy zwyczaj. Gospodyni, wsadziwszy strucle do pieca, robiła ze słomy wiecheć i wkładała go do buta. Z wiechciem tym chodziła do Trzech Króli, kiedy to paliła go i okadzała dymem domowników. Miało to nie tylko przynosić szczęście, ale także chronić od bólu gardła.

Przypuszcza się, że dzielenie się opłatkiem przy Wigilii jest u nas zmodyfikowanym starym zwyczajem dzielenia się pieczywem obrzędowym. Dzielenie się chlebem ze zwierzętami pozostało żywe po dziś dzień. Wigilijne dzielenie się chlebem z rodziną, sąsiadami i ze zwierzętami podkreślało jedność świata: ludzie odrzucali na bok urazy i waśnie i życzyli sobie szczęścia. Symbolizowało wszystkie najważniejsze wartości egzystencjalne: dostatek, dobre plony, płodność kobiet i zwierząt, życie spokojne i bezpieczne.

Chleb towarzyszył również rozpoczynaniu najważniejszych prac gospodarskich. Ich początek miał charakter obrzędowy. Na przykład górale beskidzcy przygotowując się do pierwszej w roku orki wynosili pług poza obejście, wracali do zagrody i założywszy na woły jarzmo dawali im chleb i miód, aby były silne. Chleba nie mogło także zabraknąć przy rozpoczynaniu zbiorów. Czynność ta, zwana popularnie zażynkami, była obwarowana licznymi zakazami i nakazami magicznymi. Żniwo rozpoczynała kobieta, a więc osoba, która piecze chleb. Żniwiarka przynosiła na pole chleb, który pozostawał na polu jako ofiara.

Chleb w obrzędach rodzinnych. Chleb pojawia się w zwyczaju związanym z narodzeniem się dziecka. W okresie międzywojennym po narodzinach dziecka położnica i potka (matka chrzestna) obdarzają się nawzajem pieczywem. Odbywało się to w ten sposób, że położnica przesyłała przez męża potce kolędę składającą się z kołacza, chleba lub babki. W zamian potka przychodząc na uroczyste odwiedziny położnicy przynosi kołacz i wódkę. Przyjęcie chleba przez potkę było symboliczną akceptacją propozycji zostania matką chrzestną, z wszelkimi konsekwencjami tego faktu.

W niektórych regionach Polski, po spowiciu dziecka matka „aby złe oczy mu nie szkodziły” zatykała dziecięciu za pasek kawałeczek chleba, który miał chronić przed ewentualnymi czarami.

Odnośnie związku pieczywa z obrzędami narodzinowymi, można wskazać, że chronił położnicę i dziecko przed wpływem złych mocy, zabezpieczał osoby postronne przed nieczystością kobiety w połogu. Darowanie pieczywa położnicy, akuszerce i dziecku stanowiło akt obrzędowego powitania w świecie ludzi.

Bardzo istotna była rola chleba (pieczywa) w obrzędach weselnych. Tzw. kołacz weselny stanowił podstawowy element tych uroczystości, symbolizując mądrość, gościnność i płodność

Chleb eksponowano także podczas obrzędów pogrzebowych.W zwyczajach pogrzebowych Słowian i ludów ościennych występował w każdym niemal momencie tych obrzędów. Częstotliwość występowania pieczywa we wszystkich obrzędach związanych ze śmiercią dowodziłaby, że również po zakończeniu życia doczesnego chleb w różnych jego postaciach odgrywał znaczącą rolę w przygotowaniu duszy do ostatecznej podróży „na drugą stronę”. W dawnej guberni woronieskiej lud w dzień pogrzebu stawiał na mogile drabinki zrobione z ciasta, żeby duszy nieboszczyka lżej było wstępować do nieba.

O śmierci lub pomyślności gospodarzy można było wnioskować także z wyglądu świeżo upieczonego chleba. Gdy chleb rozpękł się w piecu lub w inny sposób się nie udał, wróżył rychłą śmierć jednego z gospodarzy. Sama symbolika pieca pozwala lokalizować to miejsce jako siedzibę dusz przodków, a w każdym razie jako miejsce, które kontakt taki umożliwiało. Należy też pamiętać, że zaniedbanie którejś z czynności wypieku rzutowało na pośmiertną pomyślność przodków, a tym samym również na jakość życia doczesnego gospodarzy.

Pieczywo było pożywieniem dla duszy zmarłego i dusz przodków, środekiem ochrony przed niepożądaną interwencją ze strony świata zmarłych, mogło stanowić także zapłatę przy przeprawie przez rzekę oddzielającą świat żywych od świata zmarłych, było też darem dla dusz przodków.

Jak mówią ludowe mity chleb był tym rodzajem pramaterii, z której Bóg stworzył człowieka. W legendach białoruskich i ukraińskich przewija się motyw o tym, że zamieszkująca ziemie szlachta polska uformowana została z chleba, podczas gdy miejscowa ludność chłopska ulepiona została z gliny.

Motyw chleba jest ściśle związany z legendami i przypowieściami biblijnymi, szczególnie z ewangeliczną historią o pomnożeniu chleba przez Pana Jezusa. Dwukrotny cud Jezusa dokonany podczas jego publicznej działalności w Galilei w okolicach Kafarnaum, opisany został w pismach Nowego Testamentu. Pierwsze rozmnożenie, w czasie którego nakarmiono 5 tys. mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci, zostało nazwane „cudem pięciu chlebów i dwóch ryb”. Drugie rozmnożenie, podczas którego nakarmiono 4 tys. osób, określane było, jako „cud siedmiu chlebów i ryb”. Żaden z innych cudów nie pozostawił tak wiele śladów w Ewangeliach.

Przykład ten pozwala stwierdzić, iż chleb jako dar boski lub też jedna z postaci Boga traktowany był jako żywa istota o właściwościach sakralnych. Chleb będący najbardziej podstawowym i powszechnym rodzajem pożywienia był każdego dnia rodzajem komunii. Nie wolno było go spożywać nie będąc „właściwie przygotowanym”, za grzech uważano dotknięcie chleba nie umytą ręką, a tym bardziej jedzenia go bez umycia się. Obowiązywał również zakaz spożywania wszelkich darów bożych w czapce na głowie. Uważano też, że wzajemne obdarowywanie się pieczywem jest warunkiem istnienia świata, a proces składający się na wyprodukowanie bochenka chleba porównywalny jest jedynie z męczeństwem Chrystusa. Męczeństwo chleba zawiera więc pewien „ciężar sakralny”. Owa sakralna siła chleba jest tak wielka, że ugiąć się przed nią musi każdy demon.

Dla wierzeń ludowych powszechny był zakaz stąpania po okruszynach chleba. Nie wolno było chleba upuścić na ziemię, gdyż takie zachowanie taktowano, jako wielkie przestępstwo moralne. Nie wolno było bawić się chlebem, bębnić po bochenku palcami lub nożem, gdyż traktowano to jako znęcanie się nad chlebem.

Kiedyś wierzono, iż bochenka chleba nie wolno kłaść na stole stroną wypukłą, ale płaską. Istnienie tego wierzenia wynika z właściwego, dla niemal całej półkuli północnej, wartościowania kierunku ruchu i stron. Mówiąc w skrócie pozytywna jest strona prawa, negatywna – lewa, dodatnim jest ruch do siebie, w górę, ze słońcem, ujemnym zaś ruch od siebie, w dół, pod słońce. Opozycje te mogą być przeniesione na wiele dziedzin życia; dotyczyć mogą przedmiotów i ich cech. Mogą one również odnosić się do stron czy części przedmiotów. To, co dodatnie umożliwia życie, podtrzymuje je, zbliża do Boga; natomiast to, co ujemne skraca życie, powoduje śmierć, zbliża do Diabła i świata demonów. Płaska strona chleba będąca rewersem bochenka powinna być zatem wartościowana negatywnie.

Co do samego wypieku chleba, to podczas wykonywania tej pracy obowiązywał zakaz przebywania w izbie kogokolwiek poza kobietą. Niedobrze jest również, gdy w tym czasie zjawi się w domu ktoś obcy. Lecz jedno z wierzeń mówi, że gdy przy mieszaniu chleba ktoś obcy przyjdzie, wypiek wtedy udać się musi. Obydwa wierzenia różnią się klasyfikacją przybysza. W pierwszych traktowano go jako przedstawiciela złej strony „obcego świata”, a w drugich jest on reprezentantem pozytywnych aspektów „obcego świata” boskiego. Wierzenie to stanowi dodatkowy dowód ukazujący chleb, jako symboliczny pośrednik czasoprzestrzenny.

Wierzono, że ciasto chlebowe posłużyło Bogu jako surowiec do stworzenia kobiety, wierzenie to znakomicie podkreśla związek między kobietą a chlebem.

Chleb był kreatorem przestrzeni świętej, jaką stanowi dom wiejski. Przed postawieniem chałupy, w jej węgłach układano kawałki chleba; pierwszą wnoszoną do izby rzeczą podczas przeprowadzki był bochen chleba. Również na co dzień w izbie wiejskiej chleb zajmował miejsce poczesne. Cały dzień leżał na stole przykryty białym lnianym obrusem, będąc w gotowości służenia domownikom i podróżnym.

Wierzono też, że w czasie pieczenia chleba istnieje pierwiastek konkurencji pomiędzy Aniołem i Diabłem, element ten jest warunkowany faktem wypieku podpłomyków i palenia w piecu po wyjęciu zeń gotowego chleba. Porównywane jest to do kreacji Świata (Ziemi), podczas której odbywa się walka pomiędzy Bogiem i Szatanem. Można tu poczynić analogię między chlebem i ziemią. Chleb jest istotą zrodzoną przez ziemię. Podobnie jak ona i on nazywany jest świętym i analogicznie też traktowany: „Jak chleb, tak i ziemia jest święta, i głupiec, który dla igraszki bije prętem ziemię, otrzymuje upomnienie lub chłostę, skoro go starsi zobaczą”.

Te i inne przykłady znaczenia chleb w tradycji i wierzeniach ludowych, pozwalają stwierdzić jak wszechstronnie był traktowany. Już sam proces przygotowywania pieczywa był procesem niezwykłym, obwarowanym licznymi przepisami, zaklęciami i zwyczajami. Również z narzędziami do wypieku i przechowywania chleba wiązały się swoiste wierzenia i obrzędy. Chleb odgrywał znaczącą rolę w całym roku obrzędowym i licznych obrzędach rodzinnych. Poza tym wierzono w ścisły związek chleba z religią i wiarą. Traktowano go, jako materię pośredniczącą w kontaktach ludzi ze światem boskim i diabelskim, ściśle związaną z magią, wróżbami i lecznictwem. Stąd szacunek dla chleba celebrowany od zarania dziejów, aż po dziś dzień.


 

Źródła:

  • Chleb pełnoziarnisty: polska tradycja: wszystko zaczyna się od pola, Warszawa 2010
  • Fiedoruk A., Domowy wypiek chleba, Warszawa 2005
  • Gloger Z., Encyklopedia staropolska ilustrowana, T. 1-4, Warszawa 1978
  • Kubiak I., Kubiak K., Chleb w tradycji ludowej, Warszawa 1981
  • Siuta A., Chleb jako podstawowy składnik pokarmowy diety cz. 1. Zarys historyczny i symbolika chleba, [w:] Przegląd Zbożowo-Młynarski 2012 nr 5, s. 8-9
O symbolice chleba w tradycji ludowej

Zaduszki na wsi – wierzenia i zwyczaje

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl


 

Wstaje mglisty dzień ponury,
Dzwon od rana huczy z wieży –
Dziś Zaduszki, Święto Zmarłych,
Każdy na mogiły bieży

Czesław Maj

Wedle polskiej tradycji Dzień Wszystkich Świętych (1-go listopada) i Dzień Zaduszny (nazywany też Zaduszkami 2-go listopada) wedle polskiej tradycji są świętami pamięci o zmarłych. Pierwszy termin został ustanowiony w 835 r. przez papieża Jana XI ku czci zmarłych świętych. Ponad wiek później – w 998 r. ustanowiono Dzień Zaduszny, a to dzięki opartowi benedyktynów z opactwa w Cluny, późniejszemu świętemu Odilonowi. Jednak tradycja Zaduszek sięga jeszcze czasów przedchrześcijańskich. Pierwotnie obrządki odprawiane w dniu tzw. Dziadów miały na celu nawiązanie kontaktów z duszami zmarłych oraz zyskanie ich przychylności. Obrzędy te stały się inspiracją dla Adama Mickiewicza i jego wielkiego poematu narodowego „Dziady”, który poprzedzony był takimi oto objaśnieniami autora: „Dziady: Jest to nazwisko uroczystości obchodzonej dotąd między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandii, na pamiątkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim sięga czasów pogańskich i zwała się niegdyś ucztą kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huslar, Guślarz, razem kapłan i poeta (gęślarz). Dziś pospólstwo święci dziady tajemne w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza…”.

W Polsce tradycja Dnia Zadusznego zaczęła się tworzyć w XII w., a pod koniec XV w. była już znana w całym kraju. Dziś w obydwa te dni odwiedzamy na cmentarzach groby naszych zmarłych bliskich, aby ich wspominać i modlić się za ich dusze. Pięknym polskim zwyczajem jest zapalanie znicza na grobach. Tradycja ta związana jest z pogańskim zwyczajem rozpalania ognisk na mogiłach; wierzono, bowiem, że płomienie ogrzeją błąkające się po ziemi dusze. Ogniska rozpalano także na rozstajach dróg i w obejściach, aby wskazywać drogę duchom. Chrust na te ogniska składano w ciągu całego roku (ten kto przechodził, kładł obok grobu gałązkę i w ten sposób tworzył się stos do spalenia w noc zaduszną). Wierzono, że ogień palony daje również ochronę żywnym przed złymi mocami.

W nocy z 1 na 2 listopada nie należało wychodzić z domu. Wierzono, że w tę noc, zmarli księża odprawiają w kościołach msze, na które ze wszystkich stron przybywają zmarli. Spotkanie z nimi, a tym bardziej wejście do kościoła w czasie takiego nabożeństwa może być niebezpieczne. Po takiej mszy duchy zmarłych udają się do swych domów. Do początku XX w. na wsiach polskich istniał zwyczaj przygotowywania w dniu poprzedzającym Dzień Wszystkich Świętych różnych potraw. Pieczono chleby, gotowano kaszę i bób, a na wschodzie kutię z miodem i wraz z wódką pozostawiano na noc (na stołach) dla dusz zmarłych. Warto dodać, że wyznawcy prawosławia ustawiali jedzenie na grobach. Wieszano też czysty ręcznik, obok stawiano mydło i wodę. Wieczorem uchylano drzwi wejściowe, aby dusze zmarłych mogły w swoje święto odwiedzić dawne mieszkania. Był to znak gościnności, życzliwości i pamięci. Zwyczajem było również nawoływanie zmarłych po imieniu.

Wierzono, że dusze zmarłych doświadczają pragnienia i głodu, potrzebują bliskości krewnych i wypoczynku. Obowiązkiem żyjących było zaspokojenie tych pragnień, bowiem rozgniewane dusze mogły wyrządzać szkody, straszyć, sprowadzić nieszczęście lub przedwczesną śmierć. W 1 i 2 listopada tuż po zapadnięciu zmroku zabronione było klepanie masła, maglowanie, deptanie kapusty, cięcie sieczki, przędzenie i tkanie, wylewanie pomyj i spluwanie, aby nie skaleczyć, nie rozgnieść i nie znieważyć odwiedzającej domostwo duszy. W te dni wszędzie goszczono obficie żebraków i przykościelnych dziadów – pątników pielgrzymujących z jednego miejsca kultu do drugiego, obwieszonych medalikami i szkaplerzami, a utrzymujących się z jałmużny. Wszędzie otaczano ich szacunkiem. Mówiono, że są to „ludzie święci”, „ludzie boży”, „ludzie kościelni”, żywiący się ukwestowanym, obmodlonym „chlebem Pana Jezusa”. Wierzono skrycie, iż postać dziada kościelnego przybrać może duch zmarłej bliskiej osoby. Wiara ta, utrzymująca się wśród starych ludzi po dzień dzisiejszy, dyktowała rozliczne rozkazy i szczególne zachowania w dniu Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny. W podzięce za poczęstunek goście (dziady) byli zobowiązani pomodlić się za dusze zmarłych.

Dziś na kilka dni przed Świętem Zmarłych i Zaduszkami ludzie porządkują groby, zdobią je kwiatami i zielonymi gałęziami. Dawniej sprzątano też domy: „Sprzątali po izbach, myli szczotkami ściany drewniane, sufity, piece bielili wapnem. (…) Modlili się straśnie po domach i całą noc świecili świecki, bo mówili, że wszyćkie duszycki, kozdy przychodzi do swojego domu” (Podhale). Ludzie przekazywali sobie opowieści o spotkaniach z duszami zmarłych, które błąkały się po lasach, a od zmierzchu na cmentarzach i w pobliżu kościołów. Szczególnie niebezpieczne były dusze potępionych, które straszyły przy młynach, mostach i na rozstajach dróg. Po dziś dzień starzy ludzie na wsi opowiadają, że na własne oczy widzieli cienie zmarłych, które tłumnie ciągnęły do kościoła i zasiadały w ławkach. Inni mówili, że w tę niezwykłą noc obok kościoła słyszeli przytłumioną grę organów, śpiewy i ledwie dosłyszalne bicie dzwonów kościelnych. Jeszcze inni, iż modląc się w kościele w Dzień Wszystkich Świętych lub w Dzień Zaduszny w starcu siedzącym obok nich w ławce kościelnej rozpoznawali swego zmarłego krewnego. Mocno wierzono, że istnieje silny związek między światem żywych i zmarłych, a dusze mogą obcować z żyjącymi. Zaduszki rozpoczynały czas niezwykły, naznaczony intensywnymi kontaktami z mieszkańcami zaświatów, którzy mogli pomóc ludziom w ich działaniach, ponieważ byli uważani za opiekunów urodzaju i gwarantów dobrobytu.

Cały rok obrzędowy, to cały rok spotykania się z duszami zmarłych, które żyją nie tylko gdzieś w oddali, ale często przychodzą do nas, spotykają się z nami przy stole, możemy im pomóc nie tylko modlitwą, ale i pożywieniem czy zapaleniem świateł na grobie.  Wierzono, że w Wielki Czwartek zwany „Wielkanocą umarłych”, oraz w innych dniach, otwierają się wrota innego świata, a umarli mogą na chwilę wrócić do swych bliskich. Dziś o zmarłych również pamięta się przez cały rok, a szczególnie 1 i 2 listopada. W naszym współczesnym świętowaniu i przeżywaniu Dnia Zmarłych podobni jesteśmy do swych pradziadów i dziadów, choć dzień ten obchodzimy już inaczej niż oni.


Literatura:

  • · Hryń-Kuśmierek R., Rok Polski: zwyczaje i obrzędy, Poznań 2001
  • · Kamocki J., Kubiena J., Polski Rok Obrzędowy, Kraków 2008
  • · Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • · Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • · Ogrodowiska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
Zaduszki na wsi – wierzenia i zwyczaje

Wspomnienie o żniwach

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl


W ludowym światopoglądzie praca nieodłącznie wiązała się z codziennością, dlatego okres świąteczny wykluczał wysiłek fizyczny. Tylko w zwykłym czasie ludzie mogli zbierać plony z pól i sadów, wypasać bydło na łąkach czy owce na halach. Jednak nawet dniem powszednim rządziły odwieczne reguły, wynikające z wyobrażeń o tamtym świecie i tamtym czasie: pracę należało kończyć o zmierzchu, a podczas żęcia zboża nie wolno było odwracać się plecami do słońca.

Żniwa to był czas największej kulminacji robót polnych. Ziemia wypłacała się za ciężką pracę, jaką się w nią włożyło, trzeba było należycie jej za to podziękować. W wielu okolicach, w pierwszy i ostatni dzień żniw szło się do pracy w świątecznych ubraniach. Oskar Kolberg napisał: „Do żniwa tak kobiety, jak i mężczyźni ubierają się czysto; parobcy i dziewki przystrajają głowy w kwiaty”.

Dobrze było zaczynać żniwa w sobotę, jako w dzień poświęcony Matce Boskiej, a w żadnym zaś wypadku w piątek, w dniu Męki Pańskiej. Czas rozpoczęcia zbiorów nazywano Zażynkami. Na Lubelszczyźnie wg folkloru wyznaczał go głos przepiórki. Zatem nawet, gdy zboże nie było dość dojrzałe, wychodzono w sobotę na pole, ścinano niewielką ilość zboża i czekano spokojnie na stosowną porę. Żniwa były przecież już zaczęte, i z dalszą pracą nie trzeba było się spieszyć.

Zboże żęto poświęconymi sierpami i kosami. Pierwsze kłosy, ścięte z pól pobłogosławionych znakiem krzyża, układano na krzyż. Czynił to zawsze właściciel ziemi. Ludność wychodząc w pole, jak i wracając z całodziennej pracy zawsze śpiewała. Kolberg pisał: „Każdy pracował osobno na swoim wydziale, szli zawsze ze słońcem, ze wschodu na zachód, czyli od lewej do prawej strony”. Tylko taki kierunek zapewniał właściwe wykonanie każdej pracy, ponieważ całodzienna wędrówka słońca wyznaczała porządek życia, łączyła wschód z początkiem każdego działania, a zachód z jego końcem.

Kiedy piały koguty, ludzie wstawali do pracy przy żniwach. Toczyła się ona w określonym rytmie i porządku. Zboże żęto od świtu do południa. Gdy słońce stawało w zenicie, żeńcy przerywali pracę, aby się posilić i odpocząć. Wierzono, że właśnie w południowej godzinie na ziemię przybywają demony i duchy: płanetnicy (sprowadzali deszcz w porze żniw), południce (powodowały łamanie w kościach, dusiły śpiących żniwiarzy, porywały dzieci pozostawione przez nieostrożne matki) i dziwożony (wabiły tańcami, kogo porwały mógł umrzeć lub postradać zmysły). Ciemności nocy także kryły w sobie zagrożenie i tajemnicę. Wierzono, że po zmroku człowiek może łatwo paść ofiarą różnych istot z tamtego świata: topielców, diabłów i boginek. W nocy nie wolno było pracować ani jeść chyba, że nastawał czas święta. Ta pora doby była przeznaczona na sen.

Pośród licznych prac polowych żniwa były najważniejsze, toteż dopuszczenia do kośby było pewnego rodzaju zaszczytem dla młodego człowieka, uznaniem go za dorosłego. W wielu okolicach w Polsce był zwyczaj wyzwalania młodego parobka na pełnoprawnego kosiarza. Był to obrzęd inicjacyjny, zwany też wilkiem, frycem albo frycowaniem kosiarza. Do dziś zachowały się opisy z Mazowsza, gdzie młody człowiek w dniu swego pierwszego samodzielnego koszenia, dostawał kosę źle naostrzoną, tak by pracować ciężej niż inni. Po skończonej pracy musiał uklęknąć na żwirze lub oście przez „wyzwalającym”, który go „spowiadał”, bijąc przy okazji ostem, i targował się o ilość wódki, którą młody „wilk” ugości towarzyszy. Ostatecznie nowicjusz był uroczyście odprowadzany do karczmy, gdzie ogłaszano, że jest pełnoprawnym parobkiem.

Przed postępującymi kosiarzami uchodziło ptactwo gnieżdżące się wśród zboża, głównie przepiórki. Ptaki te miały wzywać żniwiarzy do pracy – w ich wołaniu doszukiwano się słów: pódźcie żąć, pódźcie żąć…, podobnie jak wiosną miały wzywać: pódźcie pleć. W różnych miejscach Ci zbierający plon zostawiali dla nich niezżętą ostatnią garść zboża. Wiązało się w niej kłosy tak, aby powstał rodzaj szałasu, w którym na kamieniu kładziono kawałek chleba. Tę małą kępkę zboża nazywano „przepiórką”. Nie mogła być ona jednak jakimkolwiek schronieniem dla ptactwa, ale wierzono, ze prócz ptactwa żyją w zbożu duchy, z którymi trzeba żyć w zgodzie, by zezwoliły na zżęcie pól. „Przepiórkę” taką trzeba było dokładnie opielić, a następnie „obrać”. W tym celu chwytano kogoś, zazwyczaj dziewczynę, która pierwszy raz pracuje przy żniwach i ciągnie się ją za nogi trzy razy dookoła „przepiórki”. A przy tym nie ustają pieśni. Stawianych „przepiórek” nie można było sprzątnąć, dopóki ptactwo nie odleciało. Do dziś, na wschodnim Mazowszu, po żniwach, nawet przy orce traktorem, uważa się, by przypadkiem nie zniszczyć przepiórek.

Tak jak doba dzieliła się na porę bezpieczną i niebezpieczną, tak i w tygodniu były dni dobre i złe do rozpoczynania ważnych prac w polu czy w gospodarstwie. Za najlepsze dni uważano wtorek i czwartek, czasem środę. Poniedziałek nie wróżył powodzenia zapoczątkowanej wówczas pracy, a piątek uważany był za dzień feralny. Sobota, o której wspomniano wcześniej, sprzyjała zarówno kończeniu, jak i rozpoczynaniu różnych prac. Ludzie wierzyli, że w sobotę zawsze, choć na chwilę pokaże się słońce, ponieważ tego dnia Matka Boża suszyła pieluszki Pana Jezusa. Szczególna pozycja soboty wynikała najprawdopodobniej z faktu, że następował po niej dzień świąteczny. Niedziela była dniem wolnym od pracy, w którą każdy chrześcijanin miał obowiązek uczestnictwa we mszy świętej. Poniedziałek był dniem zbyt bliskim święta, aby mógł całkowicie przywrócić czas zwyczajny, codzienny, sprzyjający dobrej pracy.

Do II wojny światowej zwyczaje żniwne rozwijały się głównie we dworach, które w okresie zbiorów zatrudniały, oprócz własnej służby, wielu uboższych mieszkańców wsi. Gdy koszono na niwie dworskiej, chwytano i wiązano powrósłami przybywającego w pole dziedzica lub członków jego rodziny, a kiedy pojawiał się konno, wiązano mu słomą nogę do strzemienia, i zwalniano dopiero po złożeniu stosownego okupu. W nowszych czasach był to już tylko tradycyjny sposób na otrzymanie dodatkowej zapłaty, dawno już zapomniano o jego pierwotnym, magicznym sensie – o wiązaniu w ten sposób właściciela z plonem jego pola.

Żniwa w Polsce trwały i trwają dwa miesiące – od 15 czerwca do 15 sierpnia – a kończono je dożynkami (Święto Plonów). Dożynki obchodzone były w każdym gospodarstwie, gdyż stanowiły nie tylko zakończenie pewnego cyklu prac polnych, lecz były obrzędem, mającym zapewnić dobre plony w przyszłych latach. Jednocześnie były formą dziękczynienia Bogu za urodzaj, a być może również i duchom przodków, gdyż niektóre zwyczaje dożynkowe zdają się nawiązywać do uroczystości zaduszkowych. Na Lubelszczyźnie dożynkami zwano okres obejmujący cały czas żniw i zbiorów. Jego obchody dzielono na polne i wieńcowe. Żniwiarze wykonali ciężką pracę, a na jej dowód składali gospodarzowi dar z wieńców, owoców, orzechów i chleba upieczonego z ziarna zżętego zboża. Obecnie podziękowania za urodzaj kieruje się ku Bogu i Matce Boskiej. Święto obchodzone jest we wszystkich regionach Polski, a jego nieodłącznym elementem jest wieniec dożynkowy, wyplatany z kłosów zbóż, kiści czerwonej jarzębiny, warzyw, owoców, kwiatów oraz kolorowych wstążek. W przeszłości wieńce miały zwykle kształt korony lub koła, dziś przybierają przeróżne kształty i formy. Uroczystość przypada na pierwszy dzień jesieni (23 września) i ma charakter religijno-ludowy, towarzyszy jej msza święta, a często także konkurs wieńców oraz festyn ludowy.


Literatura:

  • Kamocki J., Kubiena J., Polski rok obrzędowy, Kraków 2008
  • Hryń-Kuśmierek R., Rok Polski: zwyczaje – obrzędy, Poznań 1998
  • Nowak A. [oprac.], Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
Wspomnienie o żniwach

Ściele się wesele … Jak to było kiedyś?

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl.


Ściele się wesele

Po udanych swatach i zaręczynach dla narzeczonych i ich rodzin następował emocjonujący i bardzo pracowity czas wielkiej krzątaniny i różnorakich przygotowań. Ślub i wesele były ważnym wydarzeniem, a jednocześnie radosnym, zapowiadającym zabawę, taniec, śpiew, ucztę i wielką odmianę w monotonnej codzienności. Wydarzeniem tym przez całe tygodnie, oprócz rodziny, żyli wszyscy znajomi i cała lokalna społeczność. Jak pisał J.S. Bystroń: „Wesele stanowiło okres nadzwyczajny: wieś zapomina o ciężkiej pracy, śpiewa o bogactwie domu weselnego; we dworze zbytek niedostosowany do sytuacji majątkowej ma oznaczać wagę i wielkość chwili; zamki magnatów występują z królewskim przepychem, rujnującym nieraz ogromne fortuny”. Często bowiem stosowano zasadę: zastaw się a postaw się. Wszystko miało być na odpowiednim poziomie: szumnie, barwnie, obficie, tłumnie i wesoło.

W przeddzień wesela na dworach i w rezydencjach przygotowywano sale jadalne, zestawiano stoły, zszywano obrusy, przyrządzano weselne potrawy, przynoszono trunki z piwnic, woskowano posadzki w salonach przeznaczonych na tańce. Przygotowania takie trwały także w wiejskich chatach, gotowano wołowe flaki, białe pszenne kluski, suto kraszoną kapustę, pieczono ciasta, a przede wszystkim weselne kołacze. Zgodnie ze zwyczajem, kołacz weselny piekła lub zamawiała u specjalistki najstarsza starościna.

Podczas wypieku kołacza weselnego (inaczej korowaja) do izby nigdy nie wpuszczano mężczyzn. Udany i pięknie udekorowany korowaj wróżył młodej parze dostatek i szczęście małżeńskie. Mówiono, że wesele z korowajem wolno mieć tylko raz w życiu.

Wieczorem państwo młodzi spotykali się z rówieśnikami swojego stanu. Wieczór kawalerski wesoły i beztroski nie odznaczał się niczym szczególnym. Za to wieczór panieński, wieczór dziewiczy, zwany także wieńczynami, rózgownami miał znaczenie symboliczne. Aż do końca XIX w. towarzyszyły mu, bowiem ważne rytuały i obrzędy, wyrażające społecznie uznaną wartość dziewictwa i niewieściej cnoty oraz aprobatę legalnego małżeńskiego pożycia, które dziewczyna miała już niebawem zacząć. Dziewczęta wiły wianki śpiewając przy tym: wito przede wszystkim wieniec – koronę ślubną pani młodej, z kwiatów, a także z mirtu, rozmarynu, lawendy lub barwinku i ruty. Wierzono, że ruta poza sprawdzonym działaniem leczniczym, ma właściwości afrodyzyjne. Wszystkie wianki były symbolem dziewictwa i panieńskiego stanu.

Ważnym obrzędem podczas wieczoru panieńskiego były rozpleciny warkocza panny młodej. Obrzęd ten potwierdzał zawartą wcześniej umowę małżeńską i prawo pana młodego do wianka dziewiczego i warkocza narzeczonej. Czasem, w czasie rozplecin obcinano pannie młodej małe pasmo włosów. Obcięte pasemko brat panny przywiązywał wraz ze wstążką z jej warkocza do uzdy konia, na którym jechał do kościoła w ślubnym orszaku. Dzięki temu wszyscy obecni mogli widzieć, że panna, jej dziewiczy warkocz i cnota zostają oddane panu młodemu za zgodą rodziny i aprobatą całej gromady, w legalnym zawieranym związku małżeńskim. Wieczór panieński kończył się odśpiewaniem pieśni pożegnalnych.

Przedślubny dziewiczy wieczór był, więc nie tylko pożegnaniem z rówieśnicami i ostatecznym rozstaniem z dotychczasowym wolnym stanem, ale także pochwałą niewinności panny młodej i dobrego obyczaju.

O dniu ślubu powiadano, że jest najważniejszy w życiu. W polskiej tradycji najważniejszym momentem wszystkich tych uroczystości był ślub wyznaniowy – ślub w kościele, który wykluczał rozwody, zgodnie z formułą Kościoła rzymskokatolickiego: „co Bóg złączył, człowiek niech nie waży się rozłączyć”. Wielki obrzędowy spektakl weselny, trwający zwykle dwa, a nawet trzy dni, rozpoczynał się już od wczesnych godzin porannych. Przed domem „młodej” zbierali się odświętnie ubrani goście, druhny pomagały ubrać się pannie młodej, a drużyna pana młodego formowała orszak i udawała się w stronę panny młodej. Zgodnie ze starym obyczajem, panna chowała się przed narzeczonym, a zamiast niej do młodego wychodziły kolejno wszystkie druhny i każda przedstawiała się, jako kandydatka do ołtarza. Wszystkie ceremonie domowe tj. pożegnanie z domem, podziękowanie, przeprosiny, błogosławieństwo rodziców i rękowiny,odbywające się przed wyjazdem kościoła należały do najważniejszych, a zarazem najstarszych, recepcyjnych obrzędów weselnych.

Ukrywanie pani młodej – miało symbolizować zdobywanie pani młodej przez przyszłego męża, podkreślać wartość jej dziewictwa.

Przestrzegano, aby do kościoła państwo młodzi jechali osobno, na znak, że małżeństwem staną się dopiero po udzielonym im w kościele sakramencie. Starano się także, by orszak przedstawiał się okazale. Wreszcie przychodził czas na ceremonię kościelną. Zwracano uwagę, czy świece palą się jasno, czystym płomieniem, czy organista nie myli się, czy cała uroczystość przebiega bez zakłóceń. Wszystko to wróżyło państwu młodym dobre, udane pożycie. Zdarzało się, że kiedy klęczeli już przed ołtarzem, panna młoda, niby poprawiając fałdy spódnicy, nakrywała nią nogi pana młodego albo przydeptywała mu but, wierząc, że przez to będzie miała nad nim władzę, że weźmie go „pod pantofel”. Po zakończonej ceremonii państwo młodzi wychodzili razem z kościoła i w drodze powrotnej jechali już razem.

Poczęstunek i tańce weselne najczęściej odbywały się w domu rodzinnym panny młodej. Po sutym poczęstunku, tańczono do upadłego liczne kujawiaki, galop polski, polki z nogi, polki pod majder, polki cięte, szarpaki, sztajerki, krzyżaki, walce wolne i szybkie… Tańczono i bawiono się hucznie do czasu dzielenia weselnego kołacza oraz oczepin, które należały do najważniejszych obrzędów wesela.Oddanie wianka i oczepiny symbolizowały obrzęd przejścia kobiety. Był to zawsze punkt kulminacyjny domowych uroczystości weselnych. Całej ceremonii towarzyszyły pieśni i przyśpiewki. Najważniejsza była pieśń zwana chmielem, o bardzo starym rodowodzie, uważana za najstarszą polską pieśń weselną. Zarówno pień o chmielu, jak i inne oczepinowe pieśni i niefrasobliwe przyśpiewki zawierały pewne aluzje do mającej niebawem nastąpić konsumpcji małżeństwa i wynikających z tego następstw.

Pieśń o chmielu

Czyś ty chmielu nie miał matki            Coś ty urósł taki ostry?

Coś ty urósł taki gładki?                       Czyś ty chmielu nie miał brata

Czyś ty chmielu nie miał ojca              Co ty urósł za trzy lata?

Coś ty urósł, gdyby chojca?                 Oj chmielu, chmielu niedowarzony!

Czyś ty chmielu nie miał siostry,        Oj babski pysku niewyparzony!

Kiedy odbyły się już wszystkie najważniejsze i najbardziej znaczące obrzędy, goście weselni bawili się i tańczyli, zwykle przez całą noc, do białego rana, a nierzadko, jeszcze przez następną dobę. Końcowym aktem domowych uroczystości weselnych były pokładziny. Był to uroczysty pochód gości weselnych prowadzący nowożeńców do łożnicy oraz zespół różnych innych rytuałów towarzyszących ich nocy poślubnej. Rytuał pokładzin czynił małżeństwo i wszystkie zawarte wcześniej akty prawne prawomocnymi; umożliwiały np. wypłatę posagu i wiana. Dopiero po odbytych pokładzinach pan młody wchodził w swoje prawa, jako małżonek.

Pokładziny miały w Polsce wiele lokalnych wariantów, ale zawsze odbywały się według schematu utrwalonego przez tradycje. Odbywały się w pierwszą lub drugą noc wesela, najczęściej po oczepinach. Zawsze jednak, niezależnie od terminu, pokładziny były wyrazem ogólnie respektowanej zasady: pierwszy akt płciowy młodej pary, którego konsekwencją miało być wydanie na świat prawego potomstwa, powinien mieć pewne cechy jawności i odbywać się pod społeczną kontrolą.

Młodym przygotowywano łożnicę, robiąc posłanie z grochowin, siana lub słomy. Dla żartu niekiedy wyjmowano deskę, a złamanie łóżka było powodem do śmiechu. Pod poduszkę wkładano młodym szmacianą lalkę, żeby podczas pokładzin zostało poczęte dziecko. Czasami leżących w łożu nowożeńców bito cepem, ją – na chłopca, jego na dziewczynkę. Wreszcie gaszono świecę, sypialnię zamykano na klucz, a goście weselni tymczasem bawili się dalej.

Pokładziny, jako niemal publiczny akt konsumpcji małżeństwa, był kontrolowany następnego dnia po otwarciu łożnicy. Ocena dokonanych pokładzin i dziewictwa panny młodej po defloracji należała do starosty lub starościny wesela, na podstawie oględzin prześcieradeł, koszuli i zachowania młodych.  Jeśli uznano, że małżeństwo zostało skonsumowane, a panna młoda aż do nocy poślubnej zachowała cnotę, z radością obwieszczano to wszystkim obecnym, wołając głośno: mamy tu piękne wesele! Wieszano wtedy na drzwiach komory czerwoną chustkę, triumfalnie wynoszono koszulę panny młodej przewiązaną czerwoną wstążką i wiązano czerwone wstążki na weselnych pierogach, podawanych gościom na śniadanie.

Ostatnim etapem uroczystości weselnych były przenosiny, zwane także zwozinami, oddawinami, przekludzinami, przebabinami. Miały one swój porządek i swoje odrębne ceremonie. Była to przeprowadzka pani młodej i jej ślubnej wyprawy na nowe gospodarstwo, do domu i rodziny męża. Odtąd dla młodych zaczynało się „nowe” życie, nowe problemy i codzienność…


Żródła:

  • Czerwiński T., Wyposażenie domu wiejskiego w Polsce, Warszawa 2009
  • Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowska B., Polskie tradycje i obyczaje rodzinne, Warszawa 2008
  • Ogrodowska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
  • Szymanderska H., Śluby polskie: tradycje, zwyczaje, przepisy, Warszawa 2008
Ściele się wesele … Jak to było kiedyś?

Pierwsze miłostki, zaloty i swaty … Jak to było kiedyś?

Autor: Aleksandra Szymańska. Żródło: rme.cbr.net.pl.


Pierwsze miłostki, zaloty i swaty

Przy zbliżających się Walentynkach warto przypomnieć jak dawniej przeżywano pierwsze miłostki, zaloty i swaty… Czas na tego rodzaju uczucia przychodził niepostrzeżenie i nieodwołalnie. Sam Melchior Wańkowicz mówił, że „Idzie ku dorosłemu”… Dziewczyny i chłopcy – odrębne dotychczas światy, nagle zaczynali spoglądać na siebie inaczej i inaczej siebie spostrzegać. Zaczynały się wzajemne fascynacje i nieznane dotąd uczucia…

Okazją do zalotów były młodzieżowe majówki z muzyką i tańcami, zabawy przy ognisku, na świeżym powietrzu, a przede wszystkim zabawy świętojańskie, z puszczaniem wianków na wodę i poszukiwaniem kwiatu paproci. Na wsi zalotami były spotkania i wspólne zabawy np. na pastwisku. Zalotami były też gawędy przy płocie, czy przesiadywanie wieczorami „na miedzy”. Doskonałą okazją do zamanifestowania swoich uczuć były doroczne uroczystości i różne święta. Zalotny charakter miały zabawy wielkanocne, a szczególnie szalone figle i psoty śmigusa-dyngusa, chodzenie z kurkiem dyngusowym (co uosabiało chłopaka idącego w konkury), dyngusowe przywoływki, stawianie słupów majowych pod oknami urodziwych panien; obdarowywanie wybranych chłopców najpiękniejszymi, własnoręcznie wykonanymi pisankami. W okresie świątecznym odwiedziny kawalera w domu, w którym była panna na wydaniu – traktowano zawsze, jako przyjście w konkury i deklaracja matrymonialnych zamiarów.

Kurek dyngusowy – zgodnie z obyczajem, nieodzownym elementem obchodów Lanego Poniedziałku był żywy, dorodny kogut. Kogut, jak wiadomo, to symbol urody, męskości, sił witalnych i płodności, poza tym, swoim głośnym pianiem obwieszcza zmiany pogody.

Dyngusowe przywoływki zwyczaj ten polegał na tym, że w Wielką Niedzielę wieczorem ludzie na czele z Komitetem Klubu, prezesem niosącym księgę protokołów oraz orkiestrą obchodzili wieś, a następnie udawali się na centralny plac, gdzie kawalerowie reprezentujący grupę wychodzili na dach stojącego tam budynku, na wysokie drzewo lub specjalnie przygotowaną trybunę, z której po krótkim wstępie donośnie wygłaszali przywoływki. Były to krótkie teksty odnoszące się do każdej z panien z danej wsi

W tak zwanych dobrych domach podobne uczucia i te same prawa natury rządziły młodymi. Inne były jedynie obowiązujące tu konwenanse. Panny na wydaniu musiały zachowywać się skromnie, nie ujawniać zbyt pochopnie swych uczuć. Wymagano, aby inicjatywę w zalotach podejmowali mężczyźni, jeżeli byli pretendentami do ręki panienki. Uosobieniem niewinności, dobrych manier i cnoty były spuszczone wstydliwie oczy i buzia w ciup. Spotkania młodych zawsze odbywały się w obecności przyzwoitki, zazwyczaj w domu panny.

Buzia w ciup – ściągnięcie warg, robiące wrażenie osoby dobrze wychowanej

Konwenans wymagał, aby kawaler zainteresowany panną, odwiedzał ją w domu, przedstawił się rodzicom i pozyskał ich zgodę na następne wizyty. Podczas tych wizyt, młodzi spędzali czas na konwersacji, przy herbacie i ciasteczkach, często grali na fortepianie – na cztery ręce, co stwarzało okazje do muśnięć rąk i palców. Wizyty kawalerów i mężczyzn wolnego stanu były dobrze przyjmowane przez rodzinę, bowiem świadczyły o powodzeniu panny i szansy na zawarcie udanego małżeństwa. Rodzina poddawała własnej ocenie ewentualnego kandydata na męża. Brała po uwagę przede wszystkim koligacje i majątek kawalera, a uczucia wcale nie były koniecznym dodatkiem. Dla rodziny żadną przeszkodą do zawarcia małżeństwa nie był zaawansowany wiek, często młode panny były wydawane za dużo starszych od nich mężczyzn.

Swoje przyszłe małżonki, kawalerowie mogli spotkać na balach karnawałowych, które często nazywano „giełdą małżeńską”. Tam (dosłownie) „pokazywano” panny na wydaniu, tańczyły one pod czujnym okiem matek, które spośród asystujących im kawalerów wybierały później najodpowiedniejszego ich zdaniem. Karnawał był czasem kojarzenia małżeństw. Dla młodych dziewczyn zwłaszcza ten pierwszy bal był nie lada przeżyciem, awansował ją bowiem na osobę dorosłą i gotową do zamążpójścia.

Konwenans nakazywał, aby kawaler bywający w domu panny zachowywał się wobec niej z największą galanterią, spełniał jej życzenia, służył jej, nigdy nie pozwolił sobie w jej obecności na niestosowne uwagi lub żarty. Wzajemne uczucia młodych wyrażały się w sekretnych liścikach, a panny swoje uczucia przelewały na karty pamiętników.

Inaczej bywało na wsiach, bo inny obowiązywał tu konwenans i obyczaj. Ale i na wsi o skromnej i dobrze prowadzącej się dziewczynie powiadano, że jest dobra i porządna. Pochlebnie mówiono o dobrze wychowanym chłopcu, nie o rozpustniku i hulace.

Dziewczęta na wydaniu zazwyczaj zgadzały się z matrymonialnymi planami rodziców, lecz zawsze marzyły o młodym, silnym i urodziwym mężu. Małżeństwa z wielkiej miłości, w których liczyły się wyłącznie uczucia młodych, cechy charakteru, temperament czy uroda najczęściej zdarzały się w pieśniach i marzeniach.

Na wsiach, o fizycznym aspekcie zalotów i miłości rozprawiano bez krępacji, a powszechnie znane i śpiewane piosenki pełne były rozbudzonej zmysłowości. Mimo iż opinia społeczna na wsiach nie była tak surowa jak w innych stanach, to i tak pilnowano, aby młodzi w swoich zalotach nie posunęli się zbyt daleko.

Zawarcie małżeństwa było sprawą niezwykle ważną, zatem procedury towarzyszące temu wydarzeniu były uroczyste, liczne, ściśle przestrzegane, utrwalone przez tradycję, obyczaj i społecznie przyjęte normy. Kończył się czas westchnień, a nastawał etap poważnych małżeńskich decyzji i pertraktacji.

Zgodnie z przyjętymi i obowiązującymi normami, najpierw musiało dojść do porozumienia rodzin do zawarcia wstępnej, bo jeszcze niezobowiązującej umowy matrymonialnej, do pozyskania i wymiany informacji: o młodych i ich sytuacji rodzinnej i materialnej. Był to jakby rekonesans dotyczący spraw majątkowych i koligacji.

Te wstępne ustalenia odbywały się bez obecności młodych i miały różne gwarowe nazwy: zwiady, oglądy, oględy, opatry, prześpiegi. Bywały one wstępem do dalszych, bardziej wiążących rozmów. Przyzwoleniem na dalsze pertraktacje bywał zawsze poczęstunek z wódką, z którym występowali rodzice panny, albo przyjęcie wódki jako podarunku – przyniesionego przez swata i spełnienie stosownego toastu. Dopiero wówczas zaczynano wychwalać zalety młodych, rozmawiać o majątku i ustalać termin dalszych rozmów.

Dziewczęta z podkrakowskich wsi wydawano za mąż w wieku 16-18 lat, chłopcy żenili się po 20 roku życia, najczęściej po odsłużeniu służby wojskowej /25 lat/. Dopiero po ożenku młodzi osiągali jakby dojrzałość społeczną i od tej pory mówiono do nich używając formy „wy”/ Wojciechu, gdzie idziecie?/ Zamiast „ty”/gdzie idziesz/.

Następnym etapem domowych i rodzinnych matrymonialnych układów były zmówiny, czyli swaty, swaciny, inaczej dziewosłęby, rainy, rajby, snymby, swadźba. Tym razem była to oficjalna wizyta i rozmowa, która doprowadzała do wiążących ustaleń pomiędzy rodzinami młodych. Swaty tak jak zwiady odbywały się z zachowaniem odpowiednich form i obowiązującego konwenansu. W ustalonym terminie, odświętnie ubrany swat, przychodził do domu dziewczyny. Na piersi miał czerwoną wstążkę i bukiecik ruciany. Zaproszony do środka zajmował wskazane mu miejsce za stołem, co równało się z poważnym i godnym potraktowaniem zarówno swata, jak i posłannictwa, z którym przychodził.

Zwyczajem było, że dziewczyna, o której rozmawiano, kryła się w zakamarkach domu i nie uczestniczyła w rozmowach. Jeśli rozmowa przebiegała korzystnie, czyli oferta małżeńska została przyjęta, wzywano dziewczynę i jedynie dla formalności pytano ją o zgodę, a ona zwykle z zażenowaniem kiwała głową. Teraz można było przystąpić do układów majątkowych i wzajemnych zobowiązań, dotyczących wyposażenia młodych, ustalić termin i podział kosztów wesela, liczbę gości, skład drużyny weselnej itd.


Źródła:

  • Kokocińska T., Polski Rok: tradycje i obyczaje, Warszawa 2009
  • Nowak A., Folklor i zwyczaje w Polsce, Katowice 2010
  • Ogrodowiska B., Święta Polskie: tradycja i obyczaj, Warszawa 2000
  • Reymont W.St., Chłopi, wyd. jubileuszowe, Rok Reymontowski 2000
Pierwsze miłostki, zaloty i swaty … Jak to było kiedyś?